W mroku PRL
Pisarstwo Janusza Krasińskiego
Janusz Krasiński jako jeden z nielicznych pisarzy podjął się dzieła jak
najpełniejszego przedstawienia rzeczywistości PRL, będąc jej wiarygodnym i
doświadczonym, nawet zbyt doświadczonym, świadkiem i uczestnikiem. W ciągu
ostatnich kilkunastu lat oczekiwaliśmy rozrachunkowych utworów literackich o
czasach, w których zakazywano wolności, więcej, w których nakazywano oszustwo,
kłamstwo, koniunkturalizm. Odzyskanej w 1989 r. wolności nie wykorzystano do
powiedzenia pełniejszej prawdy w literaturze, nie powstały znaczące utwory o
niedawnym zniewoleniu, nie rozliczono się z komunistyczną przeszłością.
Literatura późniejsza stała się poniekąd kontynuacją okresu PRL, literaturą
rzeczywistości nadal nieprzedstawionej, co najwyżej literaturą przemilczeń,
aluzji albo literaturą szyderstwa, ironii lub sentymentu wobec PRL, najmniej
literaturą prawdy.
Janusz Krasiński już przed rokiem 1989 rozpoczął pracę nad autobiograficznym
cyklem opowieści o PRL. Jego pierwszą częścią był tom "Na stracenie" wydany w
1992 roku. W następnych latach powstały dwa dalsze tomy: "Twarzą do ściany"
(1996) i "Niemoc" (1999). W 2005 r. wyszła czwarta część cyklu pt. "Przed
agonią" opisująca okres od końca lat 60. do połowy lat 80. Cała opowieść Janusza
Krasińskiego o PRL ma charakter autobiograficzny. Jej bohaterem jest Szymon
Bolesta, niewątpliwie uosabiający doświadczenia autora. Jednocześnie ta postać o
znaczącym imieniu jest symbolicznym i syntetycznym przedstawieniem
najtrudniejszych polskich doświadczeń i tragicznych dziejów, na które przemożny
wpływ wywarły dwa wrogie totalitaryzmy. Szymon Bolesta przechodzi wszystkie
etapy polskiej gehenny: okupację, Powstanie Warszawskie, Auschwitz, gdzie traci
matkę, obóz w Dachau, oskarżenie o walkę z reżimem komunistycznym i absurdalny
zarzut szpiegostwa na wielką skalę. Dostaje wyrok 15 lat, odbywa karę w ciężkich
więzieniach na Mokotowie, we Wronkach i w Rawiczu. W 1956 r. wychodzi "na
wolność", która jest złagodzonym systemem totalitarnym, z więzienia ścisłego do
więzienia obszerniejszego, jakim jest PRL po stalinizmie i krótkiej "odwilży"
1956 roku. "Październik skończył się w listopadzie" – mówią bohaterowi lepiej
zorientowani w trzecim tomie cyklu.
Proza Krasińskiego ujawnia cały mechanizm działania UB, sądów i więzień. Nikt,
kto dostał się w tryby tego mechanizmu, nie wychodzi z niego cało. W pierwszych
dwóch tomach, "Na stracenie" i "Twarzą do ściany", autor opisuje różne, często
skrajne zachowania ludzi podczas procesów i w więzieniach. Dzięki nastawieniu
autora zapamiętuje się jednak zachowania heroiczne, solidarność ludzi, których
próbowano złamać, upokorzyć, odebrać im wszelką godność, nad którymi znęcano się
fizycznie i psychicznie, a niektórych w końcu mordowano.
W świetnie zarysowanych scenach ze zbiorowej celi więziennej na Mokotowie, gdzie
znaleźli się przedstawiciele niemal całego polskiego społeczeństwa po wojnie, od
przywódców państwa podziemnego, konspiratorów i partyzantów, przez ludzi nauki,
aż do pospolitych kryminalistów, autorowi udało się powiązać rozliczne wątki i
ludzkie losy z okresu zdobywania władzy i budowania systemu komunistycznego w
Polsce. Losy poszczególnych więźniów, które autor przywołał, były naznaczone nie
tylko represjami i prześladowaniami; ujawniona została także przemyślana
strategia polityczna najpierw fizycznej likwidacji przeciwników, później
systemowego przetwarzania świadomości społecznej za pomocą zmasowanej propagandy
i indoktrynacji, montowania sfingowanych procesów sądowych i wydawania
drakońskich wyroków, zastraszania terrorem państwowym, konfliktowania środowisk,
wciągania do współpracy z nową władzą.
W utworze Krasińskiego zostało to przedstawione w relacjach różnych postaci ze
wspomnianych środowisk. Jest więc tutaj historia o słynnym na Podhalu oddziale
Józefa Kurasia "Ognia", opowieść partyzanta "Młota", który miał pewny wyrok
śmierci za walkę z UB mimo powojennej amnestii, a w sądzie dostał "tylko"
dożywocie dzięki temu, że przechytrzył oprawców. Mamy tu relację o zastępcy
prezydenta Starzyńskiego, pułkowniku Wacławie Lipińskim, któremu sam szef
więziennego UB Różański powiedział: "Bierut pana ułaskawił, ale ja pana nie
ułaskawiam". Wkrótce potem pułkownik popełnił rzekomo samobójstwo, skacząc ze
schodów, według innej wersji zmarł na zawał serca.
Są też relacje pośrednie i bardziej literacko skomponowane o wydarzeniach, które
pozostały nieznane lub ukryte. Jedynymi ich świadkami mogli być oficerowie
śledczy UB lub anonimowy pluton egzekucyjny. Taka jest relacja o rotmistrzu
Witoldzie Pileckim, dobrowolnym więźniu Oświęcimia, który zorganizował tam
pierwszą siatkę konspiracyjną i uciekł, gdy groziło mu zdemaskowanie. Po wojnie
został schwytany i skazany przez komunistów. "Kara śmierci dla Witolda – powiada
bohater książki Krasińskiego – to pośmiertna zemsta nazi. Wyrok gestapo
utrzymany w mocy przez polskich sędziów". Więźniowie wiedzą, że Pilecki przebywa
gdzieś obok, jeden z nich rozpoznaje go prowadzonego na egzekucję. Resztę musi
dopowiedzieć pisarz: "Teraz przemarsz strzelców. Nocny ront paradnym krokiem
przemierza więzienne podwórze. Sztandar ciemnych chmur i złowieszczy werbel
kroków. Jest w tym przemarszu jakiś szatański triumf, triumf nocy. Trójca
rozluźnia szyk, naprężają się kajdanki. Ten w środku rozdarty między dwoma
oprawcami. Wykręcone ramiona, dusi go sznur na szyi, kukła omotanej głowy,
szamoce się, ciska. Chciałby wyjrzeć spod kaptura, pozbyć się czarnej opończy.
Zimno. I gdyby choć jedna gwiazda, świadek tej śmierci!… (…) W sionce zdejmą
mu kaptur, odepną kajdanki i popchną do przodu. Śmiało, panie rotmistrzu,
ostatnia szarża! Który to pułk ułanów? Ale nie będzie już cudu nad Wisłą.
Wnętrze wybite dębowymi belkami, żeby kula, gdy przebije głowę, nie dała
rykoszetu. (…) Strzału słychać nie będzie… Za dwie, trzy godziny poprowadzą
tą samą drogą Unterführera Handtke. Nikt już wówczas nie wyjrzy. Dopiero o
świcie. Gdy usłyszą, że terkocze furka zaprzęgnięta w ryżawego konia. Wtedy
znowu podbiegną do kraty. Będą chcieli zobaczyć, jak tajni grabarze wrzucają
obydwa ciała na wóz, aby wywieźć je w nieznanym kierunku i zepchnąć do wspólnego
dołu".
Po latach więzienia jedynym świętem dla tych, którzy przeżyli, będzie śmierć
Stalina. Zamyka ona drugi tom cyklu, "Twarzą do ściany", obejmujący razem z
tomem "Na stracenie" więzienną epopeję autora i postaci przez niego
przywołanych.
Polska była więzieniem
Czy człowiek, który był więźniem politycznym PRL przez prawie dziesięć lat,
wychodząc z więzienia, wychodzi na wolność? Czym stał się ten kraj przez
pierwsze dziesięciolecie po powojennym "wyzwoleniu" i kim może być w nim ów
człowiek? Przed takimi niebagatelnymi pytaniami staje bohater tomu "Niemoc",
trzeciego w cyklu. Gdy w 1956 r. otwierają się przed nim bramy ostatniego
więzienia, dokąd wraca? Czy Polska nie była wtedy więzieniem o nieco złagodzonym
rygorze, z pozorami swobody i normalnego życia? Szymon Bolesta opuszcza
więzienne mury, by znaleźć się w trochę obszerniejszym więzieniu o
niewidzialnych murach i kratach. Było to szczególne więzienie, gdzie dokonywało
się uwiarygodnienie, "normalizacja", uprawomocnienie stanu zniewolenia,
reedukacja w nowym, dialektycznym duchu, który odwracał znane ludziom pojęcia,
wzorce i wartości do tego stopnia, że w niewoli kazał znajdować nową wolność. W
ten sposób więzienie stawało się w istocie dobrowolne i niemal dobroczynne, choć
– jak łatwo można się było przekonać – dobrze strzeżone. Gdy umocnił się
sowiecki system komunistyczny w Polsce, więzienie to stawało się też coraz
bardziej "wewnętrzne". Stopniowo, bo działanie systemu obliczone było na
przyszłość, nikt nie miał być więźniem, bo więźniami będą wszyscy.
Przemiana Polski w PRL nastąpiła, gdy po początkowym okresie walki i oporu
przeciw nowemu systemowi – zwanemu do dziś przez niektórych "wojną domową", z
misjonarskim poczuciem własnych racji zaczęto tworzyć podstawy nowatorskiego
ustroju, nowej wspólnoty i nowej tożsamości, skierowanych przeciw wszystkim
dotychczasowym porządkom, by wtłoczyć rzesze ludzi w inny, obcy krwiobieg,
zagarnąć je i wchłonąć już nie drogą podboju i przemocy, lecz drogą wewnętrznej
przemiany ku nowemu człowieczeństwu odkrywanemu przez zwycięski system.
Wynaleziono w nim nowe dobro, które unieważniało dawne zło i przemoc. Zło
przemieniało się cudownie w dobro. W nowym systemie dzięki propagandowej magii
urzeczywistniało się odwieczne marzenie o wyzwoleniu ludzkości. Według wszelkiej
dialektyki bowiem jeśli miarą wolności jest niewola, to do wyzwolenia ludzi
najlepsze jest dobre więzienie. PRL powstawała rzeczywiście na ruinach i
zgliszczach, wśród pokonanych i martwych lub ocalałych i żywych, którzy jednak
musieli lub chcieli się jej poddać. Z pewnymi, na szczęście, wyjątkami.
Pierwszy dzień "wolności"
Szymon Bolesta uodporniony dziewięcioletnim więzieniem na moce i iluzje nowego
systemu wychodzi na nową wolność i patrzy na nią trzeźwym, bezwzględnym okiem
nuworysza ustrojowego. Zderza się z szarą magmą PRL, w którą zdołała się już
obrócić przeważająca część życia kraju; zadziwiają go nowi ludzie, którzy
zdążyli już wyrosnąć, uderza go widok obcych budowli: Pałacu Kultury – jakby
żywcem przeniesionego z Moskwy, placu Konstytucji i Mariensztatu, którym
zabudowano miejsca jego dzieciństwa. To wszystko jawi się niczym pomniki –
dosłowne i zarazem przenośne – socjalistycznego budownictwa i ideologii. System
rozrastał się i wzmacniał, zostawiając trwałe ślady, znaki i symbole swego
panowania. Bohater książki zostaje rzucony w obcy świat, który już na zawsze,
jak się wówczas musiało wydawać, ukształtował się bez niego w kraj fikcji,
pozorów, kłamstwa, z państwa polskiego przetworzonego w sowieckie. Gdy wychodzi
z więzienia, opada już fala propagandowego entuzjazmu i wyłania się szara,
ponura, uboga we wszystkich dziedzinach rzeczywistość realnego komunizmu. Po
śmierci Stalina, która w więzieniu była wielkim świętem, jest już jednak
ukształtowany cały system władzy i rozbite przez UB niepodległościowe podziemie.
Bolesta styka się z młodymi adeptami władzy komunistycznej i od nich dowiaduje
się o wydarzeniach poznańskiego czerwca 1956 roku. Później wrócą one w finale
powieści zamykającej się kolejnym przesileniem 1968 roku i zostaną szczegółowo
wyjaśnione w opowieści młodego autora przytoczonej przez Krasińskiego. Jest to
opowieść o śmierci Romka Strzałkowskiego, chłopca zastrzelonego w gmachu UB w
1956 roku.
Szymon Bolesta próbuje zostać dziennikarzem, potem pisarzem, chce opowiedzieć o
tym wszystkim, co przeżył w więzieniu, wykrzyczeć całą prawdę. Udaje mu się w
czasie "odwilży" 1956 roku wydać w czasopismach parę opowiadań. Z ich zbiorem w
formie książkowej już nie zdąży. "Październik skończył się w listopadzie" –
powiedzą mu w wydawnictwie i poradzą, by realia jego więziennej prozy przerobił
na jakieś inne, najlepiej hiszpańskie.
Nasza mała destabilizacja
"Niemoc" ukazuje pewien średni stan PRL, stan stabilizowania się systemu, jego
władz i struktur. Ten system zwycięża, wówczas wydaje się, że na długo, może
nawet na zawsze. W PRL powstaje sytuacja bez żadnej innej perspektywy, bez
nadziei na inną rzeczywistość, stan skazania na taki świat bez wyjścia, na
realność niemocy. Zaczyna przeważać wzór przystosowania i zgody na przaśną,
biedną i przekłamaną, ale niby bezpieczną rzeczywistość, utrwalenie pozoru –
niby małe, ale własne, bo jedyne. Trzeba wchodzić w układy z rzeczywistością,
która jest rzeczywistością systemu, ale innej już nie będzie. Trzeba się
uśmiechnąć do władzy, wtedy i ona się uśmiechnie. Krytykować mądrze, jak to
zrobi Bolesta na zjeździe pisarzy zwołanym po publicznych głosach krytyki pod
adresem cenzury, gdy sam aluzyjnie wspomni swoje perypetie z cenzurą. Wtedy i
tow. Gomułka – obecny na zjeździe – uśmiechnie się do niego.
Chyba właśnie wówczas powstał groźny przełom w świadomości i mentalności
Polaków. System zdobył już całą władzę, zdążył w dużym stopniu opanować ludzkie
umysły. Zaczęło przeważać przekonanie, że nie ma innego wyjścia jak zgoda na
PRL. Powoli wszystko zaczęło grzęznąć w magmie i szarzyźnie socjalizmu z coraz
mniej ludzką twarzą. Powstała niebezpieczna, wyniszczająca także wewnętrznie
perspektywa, w której nie było widać końca tej sytuacji. Wydawało się, że system
zapanował już na zawsze. Tak narodziło się fatum PRL – upiór niemocy,
beznadziejności i niewiary.
A jednak PRL niepostrzeżenie, wówczas niezauważalnie, staczała się po równi
pochyłej, co dopiero po latach można było zauważyć z większą pewnością.
Utrzymywała się w pozornej i chwiejnej równowadze od przełomu do przełomu, od
jednego kryzysu do następnego. Po 1956 roku przybliża się rok 1968, na którego
przedmarcowych początkach ten tom powieści się kończy.
Bohater powieści Krasińskiego znalazł się w środku PRL, wraca jednak stale
pamięcią do dawniejszych wydarzeń, które stały się treścią dwóch poprzednich
tomów. Do absurdalnego oskarżenia młodego chłopaka o szpiegostwo po jego
powrocie z obozów w Oświęcimiu i Dachau, do sfingowanego perfidnie przez UB jego
pokazowego procesu i ciężkiego więzienia, do monstrualnego piętna na resztę
życia. Wychodząc z więzienia, Bolesta pamięta o pewnym zobowiązaniu, o którym
przypomina mu inny współwięzień spotkany już "na wolności". Jest to zobowiązanie
pamięci i świadectwa o ofiarach zamęczonych w śledztwach i więzieniach.
Cały cykl powieściowy Janusza Krasińskiego o narodzinach i trwaniu PRL jest więc
poniekąd wypełnieniem tego wielkiego zobowiązania pamięci wobec ofiar, jest
świadectwem wiernie oddającym prawdę i sprawiedliwość bezwzględnie niszczonemu
światu. Dzieło Krasińskiego przywołuje ten świat i stara się go utrwalić na
sposób literacki, by nie zapomnieć o tych, którzy nie godzili się – bez względu
na cenę – na nieludzki system i obcą władzę. Przypomina – nie waham się użyć
tego zawstydzającego dziś wielu słowa – o martyrologii wielu Polaków broniących
swego kraju. Krasiński przekonuje, jak ważna jest pamięć o tym najwcześniejszym
oporze, jak ważna okazała się ta pierwsza niepodległościowa opozycja dla
przyszłości, która nadszedłszy, miała do czego się odwoływać i co kontynuować.
To ta opozycja bowiem poprzedzała tę następną, która powstała w połowie PRL
wśród ludzi, którzy ją budowali, zostali zarażeni komunizmem lub ulegli mu, a
później rozczarowali się do tego najlepszego z ustrojów. Ta głębsza pamięć i
głębsze poczucie sprawiedliwości i po prostu obowiązek prawdy okazały się – jak
dowodzi "Niemoc" Krasińskiego – znów ważne, a nawet niezbędne dla przyszłości,
gdy samodzielne istnienie Polski i Polaków stało się na powrót możliwe.
Suma PRL
Tom ostatni, "Przed agonią", obejmuje wydarzenia od rozruchów studenckich w
marcu 1968 r. do stanu wojennego i powojennego; kończy się śmiercią księdza
Popiełuszki. Był to najpierw stan umocnienia się systemu komunistycznego w
Polsce w latach 60. po zniszczeniu przeciwników i pacyfikacji społeczeństwa,
okres "małej stabilizacji", która oznaczała też dość beznadziejną perspektywę
trwania systemu bez końca. Wtedy to odczuwało się już rezygnację społeczeństwa,
poddanie systemowi, przyzwolenie w sytuacji beznadziejnej na nieuniknione
funkcjonowanie w nim. Następowało uwikłanie ludzi w system, coraz głębsze – choć
najpierw niedostrzegalne – kompromisy z władzą komunistyczną i jej instytucjami,
codzienna kolaboracja z nimi na przełomie lat 60. i 70.
Po wyjściu z więzienia Szymon Bolesta próbuje kariery dziennikarskiej, później
pisarskiej. Chce mówić o tym, co przeżył i widział, wierzy, że w nowej sytuacji
można będzie powiedzieć prawdę. Ale zmiany systemu są tylko powierzchowne i
taktyczne, pozorowane i chwilowe, zmieniają się metody, ale nie system. W
środowisku dziennikarzy i pisarzy, do którego trafia Bolesta, nadal rządzi
Partia i cenzura, nadal dominują ludzie, którzy do niedawna wspierali system, a
teraz się rozczarowali, zmienili poglądy, często tylko się przefarbowali i
dopasowali do nowej sytuacji. Bolesta pozostaje więc na marginesie, ledwie
tolerowany, jego próby literackie, w których nie chce ukrywać prawdy, skazane są
na działanie systemu posługującego się głównie cenzurą, kłamstwem i manipulacją.
Łamiącego ludzi i urabiającego ich do coraz ściślejszej współpracy, jeśli nie
wprost, to pośrednio, do stopniowej zgody i codziennej, coraz mniej zauważalnej
znormalizowanej kolaboracji.
Bolesta ma także zwykłe, ale w komunizmie podstawowe kłopoty życiowe, o czym
decydują również odpowiednie władze. Grozi mu eksmisja z mieszkania, które
zajmował po wyjeździe na Zachód pisarza-dysydenta. By ratować mieszkanie i
rodzinę, podejmuje się współpracy przy filmie polsko-sowieckim o tematyce
oświęcimskiej. Temat mu bliski; w swym scenariuszu opowiada o chłopcu rosyjskim,
który w obozie został odebrany matce i po wojnie wychowany przez Polkę. Po
latach odnajduje go matka Rosjanka; już jako dorosły człowiek ma wrócić do ZSRS.
Tu powstaje dylemat: nie można powiedzieć prawdy o tym, że odnajduje go dopiero
po wielu latach, dlatego że była w łagrze. Scenariusz Bolesty przewiduje, że
bohater wraca z Rosji do Polski, do przybranej matki i ojczyzny, Rosjanie
protestują, że nie wraca do ojczyzny sowieckiej. Spory i dyskusje dotyczące
filmowego epilogu odbywają się w trybie posiedzeń partyjnych i decyzji
politycznych, co dziś wydaje się niewiarygodne i dość groteskowe, ale wtedy było
naprawdę groźne. W tym czasie rzeczywiście ważyła się pozycja Bolesty; musiał
się obawiać, czy nie będzie po prostu "wrogiem systemu", czy w samej Moskwie nie
zdecydują o jego losach.
Te rosyjskie partie książki są szczególnie interesujące. To jakby powieść w
powieści. Autor zręcznie przeplata tu wątki poprzednich części cyklu,
oświęcimskie i więzienne – wiemy, że autobiograficzne – z fikcyjnymi wątkami
swego bohatera ze scenariusza i z realizacji filmu, który w końcu powstaje, i to
zgodnie z myślą autora, co jest jego cichym zwycięstwem.
W losach Szymona Bolesty autor przedstawił uwikłanie wielu Polaków w rozwinięty
już system komunizmu w PRL. Tom ostatni przedstawia głównie środowisko bohatera
– dziennikarskie i pisarskie, redakcje i instytucje kulturalne przeniknięte już
duchem systemu, który działał w nich bezpośrednio i przemieniał ludzi. W tym
czasie wszedł już w krwiobieg społeczny, przerabiał ludzką mentalność, wzajemne
relacje, życiowe perspektywy i horyzonty. Czas "Solidarności" był pierwszym
wspólnym zrywem przeciw systemowi PRL, ale represje stanu wojennego i
symboliczna śmierć księdza Popiełuszki, które to wydarzenia zamykają ostatni tom
książki, nie zapowiadają jeszcze wcale upadku komunizmu kilka lat później.
W całości to pokaźne, niedające się już pominąć dzieło Janusza Krasińskiego
ukazuje zbrodnicze początki komunizmu w Polsce, to, jak został zbudowany na
ofiarach, krwi, cierpieniu i śmierci, na strachu i totalnym kłamstwie,
doprowadzając do wyniszczenia polskie społeczeństwo, które dopiero co wyszło z
wojny, to rzecz o komunizmie jako kontynuacji, choć już w innej formie, takiego
samego totalitaryzmu jak faszyzm. Za dużo martyrologii – słyszy się nieraz, gdy
mowa o trudnej przeszłości. Ale martyrologia to nie ideologia. Jeśli "martyr" to
nie tylko ofiara, ale i świadek, to nie odmówimy pisarzowi prawa do świadectwa,
w którym oprócz swoich szczególnych doświadczeń i przeżyć, mówi on jeszcze o
faktycznych ofiarach innych – tych, którzy nie mogą już sami przemówić, sami o
prawdzie zaświadczyć.
Dr Marek Klecel
