W Krzemieńcu ubyło Polski
Była człowiekiem-instytucją. Osobistością powszechnie szanowaną. A
przy tym osobą niezwykłą i niezłomną. Niewzruszoną opoką polskości miasta,
zwłaszcza w czasach najtrudniejszych, organizatorką harcerstwa, nauczycielką,
autorką „Elementarza krzemienieckiego”, katechetką, organistką w polskim
kościele. Nie mianowanym, ale faktycznym tamtejszym ambasadorem Polski i
polskości, także ministrem edukacji i kultury narodowej, dyrektorem prywatnej
biblioteki, prowadziła otwarty dla wszystkich, prawdziwie polski
dom.
Nie ma w Krzemieńcu Polaka, który nie zwracałby się do Ireny Sandeckiej o
radę i którego by nie wsparła w potrzebie duchowej i materialnej, w miarę swych
skromnych przecież możliwości.
Mieszkała w starej części miasta, w
najpiękniejszym dawnym krzemienieckim dworku należącym niegdyś do Wilibalda
Bessera, wybitnego florysty i profesora Liceum Wołyńskiego. Do jej okien
nieustannie zaglądała Góra Bony…
To była jej kresowa strażnica polskości,
na niej wytrwała do 25 marca 2010 r., prawie do swoich dziewięćdziesiątych
ósmych urodzin.
Krzemienieckie powidoki
Nadejścia tej wiadomości obawiali
się wszyscy znający panią Irenę, już od kilku lat niespokojni o jej stan
zdrowia, trudne i skromne warunki bytowania. Wydawało się jednak, że ta chwila
nigdy nie nadejdzie… Bo w Krzemieńcu, ba, na świecie nawet, mogło wszystko się
zmienić i wszystkiego zabraknąć, ale przecież nie Ireny Sandeckiej… Zwłaszcza
że jeszcze nie tak dawno, bo gdy dobiegała dziewięćdziesiątki, zażywała pływania
w Ikwie, a ze swojego domku wbiegała na Górę Bony w… 15 minut.
Irenę
Sandecką odwiedziłem i poznałem osobiście którejś wiosny, gdy Krzemieniec i jej
domek tonęły w kwiatach. Mimo że dzieliły nas wiekowo prawie dwa pokolenia,
nawiązaliśmy – co mogę dziś wyznać z dumą – porozumienie w sprawach „istotnych”.
Okazało się, że była zaprzyjaźniona z częścią mojej dalszej rodziny, która
zamieszkiwała przed wojną w Krzemieńcu, co tym bardziej zmniejszyło dystans przy
pierwszym spotkaniu. Potoczyła się więc rozmowa o Słowackim, Kresach i ich
tragicznych dniach w trakcie ostatniej wojny… I spotkanie musiało się
zakończyć, nim się tak naprawdę zaczęło, z uwagi na krótki czas pobytu, gdyż do
Krzemieńca wstąpiłem przejazdem. Irena Sandecka powiedziała mi wtedy: „Proszę
przyjechać do mnie na dłużej, mam tu przy bibliotece taki mały pokoik z widokiem
na Bonę, a w nim łóżko polowe na wielkiego oficera, będzie panu wygodnie”. Na
pożegnanie zagrała na swym fortepianie dawną patriotyczną pieśń „Bywaj dziewczę
zdrowe!”, mówiąc, że to właściwie ja powinienem ją zagrać. Obiecałem, że
niebawem zjawię się ponownie, ale przedtem odezwę się, by ustalić dogodny
termin.
Zatelefonowałem pod koniec lata, sumitując się, że owo „niebawem”
nieco się wydłużyło, a Irena Sandecka na to: „Wiem, dlaczego pan nie przyjeżdża,
zauważył pan, że nie mam w domu miejskich wygód, nawet wody bieżącej, a toaleta
jest na dworze – ale proszę się nie przejmować, z identycznej korzystał
Słowacki…”. I tak podbudowany przyjeżdżałem do domku Bessera na dłużej, gdzie
po przekroczeniu progu czekała na przybysza… Polska. Bo przecież Irena
Sandecka nigdy jej nie opuściła, a to Polskę przecież od niej
odsunięto…
Rozpoczynały się wtedy długie nocne „rodaków rozmowy” o czasach
bliskich i odległych, sprawach codziennych i epokowych, podczas których poznałem
dzieje rodziny pani Ireny i bieg trudnego, ale jakże owocnego dla utrzymania
polskości na Kresach jej życia. Prowadziła mnie po malowniczych zaułkach
Krzemieńca, po starych licealnych murach… „Pokażę teraz panu moją klasę, a
teraz salę Kołłątaja, proszę spojrzeć, nad drzwiami zachowała się dawna plakieta
z nazwą…”. Drzwi nie były zamknięte, otwarty był także stojący w klasie
fortepian. Wokół zupełna cisza, trwały jeszcze szkolne wakacje, jedynie w oknach
brzęczały leniwe letnie muchy. Siadłem do instrumentu i zagrałem zwrotkę naszego
hymnu narodowego, którego ta sala, ten gmach, nie słyszały zapewne od wielu lat,
a którego dźwięki przywołały dawne wspomnienia. Irena Sandecka miała łzy w
oczach… To był jeden z najbardziej wzruszających momentów w moim życiu.
Z
tych wędrówek po ścieżkach przeszłości i niezwykłych spotkań powstał album pt.
„Krzemieniec – Ateny Wołyńskie”, który zadedykowałem Irenie Sandeckiej. Ale
wróćmy do niej samej.
Kresowe dzieje
Irena Sandecka urodziła się 11 kwietnia
1912 r. w Humaniu, w ówczesnej guberni kijowskiej. Jej rodzice pochodzili z
Warszawy. Ojciec, Ryszard Sandecki, ukończył Wyższą Szkołę Rolniczą w Wiedniu i
pracował w wielkich majątkach rolnych, m.in. na Ukrainie. Zajmowały go także w
czasach zwiastujących odzyskanie niepodległości przez nasz kraj kwestie natury
politycznej (zatem miejsca Polski w Europie), które rozwinął w broszurze pt. „La
Fédération de l’Europe Centrale”. Kładł w niej nacisk na konieczność
porozumienia się dla integracji przyszłych młodych państw tego regionu, co w
ówczesnych latach było wizją bardzo przyszłościową. Matka zaś – Maria z
Czartkowskich (blisko spokrewniona z Elizą Orzeszkową), po ukończeniu w
Warszawie tajnej polskiej szkoły oraz państwowej rosyjskiej (gdzie język polski
był zakazany) była prywatną nauczycielką. Za udział w tajnym nauczaniu w zaborze
rosyjskim otrzymała w 1933 r. Medal Niepodległości. Już po osiedleniu się w
Krzemieńcu kierowała internatem żeńskim. Rodzice Ireny Sandeckiej byli
patriotami i ludźmi głęboko etycznymi, w takim klimacie wzrastał także jej
jedyny brat Jerzy, któremu II wojna nie pozwoliła ukończyć konserwatorium – był
muzykiem i dyrygentem chórów żołnierskich i dziecięcych, także uczestnikiem
Powstania Warszawskiego.
Rodzina Sandeckich po podpisaniu traktatu ryskiego w
1921 r., który określił granicę pomiędzy Polską a Rosją Sowiecką, uciekła z
Humania do Polski przez „zieloną granicę”. Dotarła do Warszawy, gdzie Irena
uczęszczała do 1. i 2. klasy na pensji im. Emilii Plater, stamtąd zaś rodzina
udała się do Krzemieńca, gdzie rodzeństwo ukończyło Gimnazjum im. Tadeusza
Czackiego, Irena dodatkowo zaś, jako eksternistka – Seminarium Nauczycielskie
im. Hugona Kołłątaja. W latach 1930-1936 studiowała w Krakowie na Uniwersytecie
Jagiellońskim. Otrzymała dyplom magisterski z pedagogiki w 1936 r., później
pracowała w szkołach podstawowych w Równem, w Krzemieńcu i w Sosnowcu. 1
września 1939 r. została skierowana do średniej szkoły pedagogicznej w
Pszczynie. Wcześniej jednak znalazła się w Belgii, gdzie z ramienia harcerstwa
prowadziła w Limburgii kolonie dla dzieci polskich robotników. Do kraju wracała
przez Francję, Szwajcarię, Włochy, Węgry i Rumunię, dotarła do Lwowa na dzień
przed zbombardowaniem dworca kolejowego. W mieście tym przebywała przez kilka
miesięcy, pracując przez pewien czas w kuchniach wojskowych, a także jako
prywatna pielęgniarka, sanitariuszka oraz bibliotekarka. Później powróciła do
Krzemieńca, podejmując pracę sekretarki w szkole leśnej w pobliskiej
Białokrynicy. Po zajęciu Krzemieńca przez Niemców w 1941 r. pracowała w biurze
jako stenotypistka, następnie wraz z krzemieniecką inteligencją w piwnicach przy
sortowaniu ziemniaków dla wojsk niemieckich; dwa lata później wspomagała
uchodźców z okolicznych wsi mordowanych przez banderowców. 11 maja 1944 r.
została aresztowana przez NKWD i przez miesiąc była przetrzymywana w Krzemieńcu
oraz dwa i pół miesiąca w lochach w Zbarażu, skąd została zwolniona mimo odmowy
podjęcia współpracy. Jeszcze w 1943 r. rozpoczęła pracę jako laborantka w
szpitalu, kontynuowała ją (z siedmioletnią przerwą spowodowaną chorobą matki) do
1969 r., kiedy przeszła na emeryturę. Była też w latach 1945-1974 organistką, a
w latach 1953-1992 – katechetką. Od 1991 r. przygotowywała ofiarnie i skutecznie
krzemieniecką młodzież do konkursowych egzaminów na studia w Polsce. Za to
wszystko zyskała ogromne uznanie i miłość krzemieńczan, a ci najbardziej ofiarni
jak jej chrześniaczka Emilia Wolanicka-Szulgan nie opuścili jej do ostatnich
chwil.
U schyłku życia Irena Sandecka podjęła ważną i przemyślaną decyzję –
swój zabytkowy dom wraz z ruchomościami przekazała zapisem testamentowym
Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska” w Warszawie, by służył sprawie polskiej na
miejscu (działa tam Towarzystwo Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza
Słowackiego) oraz przyjezdnym z Macierzy badaczom i naukowcom. Urządzenie tego
przyszłego polskiego domu w Krzemieńcu przez „Wspólnotę Polską” będzie hołdem
złożonym niezłomnej kresowej patriotce za jej wybitne zasługi w krzewieniu
wartości nadrzędnych, ale też i zaszczytem dla tej instytucji, że właśnie ją
Irena Sandecka obdarzyła tak wielkim zaufaniem.
Irena Sandecka spocznie w
sobotę, 27 marca, na miejscowym polskim cmentarzu, w grobie swoich rodziców.
Wstąpmy tam podczas naszej obecności w Krzemieńcu, by westchnąć za jej jasną
duszę.
Dr Jan Skłodowski
Autor jest historykiem sztuki, artystą fotografikiem,
miłośnikiem Kresów Wschodnich i polskich gór. Bardzo dużo podróżuje po Kresach,
czego pokłosiem są publikacje i wystawy dokumentujące polskość tych
ziem.
