Utylizacja śmierci?

Kilka dni temu „Dziennik Gazeta Prawna” podał informację o nowych założeniach ustawy o pochówku, jakie zostały opracowane przez Główny Inspektorat Sanitarny podległy Ministerstwu Zdrowia. W 2007 roku rzecznik praw obywatelskich, w związku „z niejasnością uregulowań i zagrożeniami dla sfery wolności swobód obywatelskich”, zwrócił się do ministra zdrowia o unormowanie tych kwestii. Temat został podjęty. Rzecznik GIS Jan Bondar, argumentując potrzebę zmian, przypomniał, iż obecne regulacje prawne mają już 50 lat i nie przystają do rzeczywistości. Zastrzegł, iż są to wstępne propozycje, które stanowią jedynie punkt wyjścia ostatecznej formy dokumentu.

Co proponuje GIS? Chce umożliwić tzw. alternatywne formy pochówku. Chodzi m.in. o możliwość trzymania prochów zmarłej osoby w domu, ewentualnie pozwolenie na rozsypanie jej prochów poza cmentarzem (obie formy do tej pory były nielegalne). Jan Bondar wyjaśnia, iż powinien przy tym zostać zachowany pełny szacunek wobec zwłok i wyeliminowane zagrożenie sanitarne. – Dlaczego jeśli zmarły wyrazi taką wolę, jego ciało nie mogłoby być skremowane, a prochy rozsypane w górach, bo za życia to miejsce cenił najbardziej? Obecnie wiele osób, chcąc wypełnić wolę bliskiej osoby, musi obchodzić prawo – argumentuje rzecznik GIS.
Zapowiedź nowelizacji kodeksu wywołała sporo dyskusji, pojawiły się głosy sprzeciwu wobec proponowanych zmian. Powrócił także wątek stosunku Kościoła do spotykanych dziś form pochówku ciała ludzkiego po śmierci.

„Hurtownie” ludzkiego żalu

Sposób przeżywania śmierci przez współczesną kulturę może bardzo dużo powiedzieć o jej kondycji i lękach. Ma na to wpływ wiele czynników, począwszy od historycznych (doświadczenie wojny, w Polsce żywa pamięć obecności krematoriów w niemieckich obozach zagłady), przez kulturowe (pluralizm religii, tradycja, synkretyzm), aż po społeczne i cywilizacyjne. Spośród nich na czoło wybija się konsumpcyjny model życia, czemu towarzyszy gwałtowna sekularyzacja, zagubienie duchowego wymiaru istnienia. To z kolei generuje lęk przed śmiercią i sprowadza jej temat do kategorii tabu. Wyalienowano ją z życia, stała się tematem wstydliwym, znakiem ludzkiej porażki. Obrzędy żałoby zostały wyjałowione z wielowiekowej mądrości, która bardzo precyzyjnie wyznaczała ramy zachowań. „Przez wieki żegnaliśmy naszych bliskich w domu, w środku życia” – pisze ks. prof. Piotr Morciniec w swojej książce „Bioetyka personalistyczna wobec zwłok ludzkich”. Dziś to się radykalnie zmieniło. Ciało zmarłego zabiera zakład pogrzebowy, specjaliści od kosmetyki funeralnej za pomocą różnorakich zabiegów tworzą „bezpieczną” wersję nieboszczyka, potem chłodnia i – jak to się dzieje w nekropoliach dużych miast – „dwadzieścia minut dla wieczności” poświęconych na obrzęd w kaplicy przedpogrzebowej. Potem złożenie do grobu. Tyle. I tylko tyle.
Od lat kremacja zwłok, popularna na Zachodzie, zdobywa sobie coraz więcej zwolenników w Polsce. Obecnie, według różnych badań statystycznych, ich liczba sięga już ponad 40 proc. społeczeństwa i stale rośnie. W USA kremacji poddaje się 36 proc. zmarłych, w Niemczech spopielanych jest 30 proc., w Szwecji niemal 70 proc., w Czechach 80 procent. W Polsce w 2006 r. wykonano prawie 19,5 tys. kremacji, co stanowi ok. 5 proc. wszystkich pochówków. Liczba ta z roku na rok wzrasta. Obecnie kremacją zwłok zajmuje się w Polsce dziesięć krematoriów. Zwolennicy kremacji jako argument „za” podają względy ekologiczne i finansowe (jest taniej), tłumaczą też, iż taka forma jest „łatwiejsza dla ducha”. Czy na pewno?

„Requiem” zamiast „Ojcze nasz”

Kremacja zwłok może odbyć się z towarzyszeniem rodziny lub bez niej. Jeśli są obecni bliscy, najpierw odbywa się pożegnanie zmarłego. Słychać wtedy „Requiem” Wolfganga Amadeusza Mozarta, „Marsz” Fryderyka Chopina. Można przynieść także swoją muzykę, odczytać wiersz. Potem przy dźwięku dzwonów kartonowa trumna ze zmarłym na specjalnej platformie wjeżdża do pieca. Jeśli ktoś ma życzenie, może to obserwować przez specjalną szybę, ewentualnie na ekranie monitora. Proces spopielania trwa od 1 do 1,5 godziny. Dokonuje się w rozgrzanym powietrzu, bez bezpośredniego oddziaływania ognia na ciało zmarłego. Temperatura w piecu waha się pomiędzy 750 a 1200 st. C. Pozostałości po spaleniu są rozdrabniane w specjalnym młynie i wsypywane do urny. Zwykle prochy ważą od 2 do 3,5 kilograma. Kremacja potwierdzona jest specjalnym protokołem. Tyle pozostaje z człowieka…
W naszej polskiej tradycji zazwyczaj z krematorium urna transportowana jest do kościoła, gdzie w stosownym czasie odbywa się ceremonia pogrzebowa. Urna zostaje na koniec złożona w grobie na cmentarzu, rzadziej zamurowana w tzw. kolumbarium. Niepokojące jest to, że coraz częściej domy pogrzebowe rezygnują z obecności jakichkolwiek elementów religijnych podczas kremacji, nie zaprasza się księdza. Dba się o odpowiedni nastrój, czynnościom towarzyszy muzyka, poezja – brakuje modlitwy. Zostaje zachwiana perspektywa wieczności oraz ulega zakwestionowaniu odniesienie człowieka do Boga.

Babcia w pierścionku? Dlaczego nie…

Pomysłów na unieszkodliwienie destrukcyjnej (dla określonej koncepcji życia) pamięci przemijania i zmarginalizowania faktu nieuchronności śmierci przybywa w postępie geometrycznym. Najnowszym sposobem na oswojenie przemijania i sublimację wspomnień po zmarłej osobie są tzw. pierścienie pamięci. Ich produkcja przebiega w następujący sposób: w wyniku skomplikowanych procesów technologicznych prochy krematoryjne poddawane są działaniu potężnej prasy aż do uzyskania konsystencji kryształu. Wystarczy go potem tylko w odpowiedni sposób oszlifować, oprawić w szlachetny metal i rodzinna „pamiątka” gotowa!
Od lat na zachodzie Europy istnieją pola urnowe – tzw. Ogrody Pamięci (nowelizacja ustawy zawiera m.in. projekt zezwalający na tworzenie tego typu miejsc w Polsce), gdzie można rozsypać prochy zmarłego. Istnieje także możliwość zatopienia urny w morzu (w Polsce zajmuje się tym firma ze Szczecina), zdarza się też, że prochy rozrzuca się z samolotu bądź rozsypuje w górach, jeśli np. zmarły za życia w szczególny sposób je kochał. Zdarza się, zwłaszcza w krajach bardzo mocno zlaicyzowanych, że życzeniem zmarłego jest, by po kremacji prochy wrzucić do jednej zbiorowej mogiły, bez jakiejkolwiek imiennej tablicy – tak, by pamięć została zatarta, a bliscy zwolnieni z… opłacania miejsca na cmentarzu. Przykładów „utylizacji” śladów śmierci jest więcej. Kto chce zachować pamięć bliskiej osoby w postaci ciągu zero-jedynkowego, może wykupić miejsce na wirtualnym cmentarzu. Można wpisać dedykację, zapalić znicz. Poza tym rynek usług funeralnych jest otwarty na wszelkie dziwactwa. I pewnie jeszcze nieraz będziemy zaskoczeni jego inwencją.

Za i przeciw Kościoła

Często w różnego rodzaju opracowaniach i tekstach publicystycznych pojawia się stwierdzenie, że Kościół pozwala na kremację zwłok. Uważam, że lepszym określeniem jest, iż Kościół toleruje kremację zwłok. Dlaczego? Zaraz to uzasadnię. Stanowisko takie potwierdza Kodeks Prawa Kanonicznego ogłoszony przez Jana Pawła II: „Kościół usilnie zaleca, by pobożny zwyczaj grzebania ciał zmarłych był przestrzegany; jednakowoż nie zakazuje kremacji, o ile nie została ona wybrana z pobudek przeciwnych nauce chrześcijańskiej” (kan. 1176, par. 3). Kościół katolicki oficjalnie zalegalizował kremację w Instrukcji Kongregacji Świętego Oficjum z dnia 8 maja 1963 r. „O paleniu zwłok”. W polskim przekładzie „Obrzędów Pogrzebowych”, zatwierdzonym przez 152. Konferencję Episkopatu Polski 29 kwietnia 1976 r., czytamy: „Tym, którzy wybrali spalenie swoich zwłok, należy udzielić pogrzebu chrześcijańskiego, chyba że na pewno wiadomo, iż podjęli oni tę decyzję z motywów przeciwnych zasadom wiary chrześcijańskiej”. Jeżeli tak by się stało, Kodeks Prawa Kanonicznego nakazuje odmówienie pogrzebu katolickiego (kan. 1184, par. 2).
Faktem jest, że na przestrzeni wieku w stosunku Kościoła do kremacji dokonała się znacząca metamorfoza. Jeszcze na początku XX w. w dokumencie Stolicy Apostolskiej (wydanym 19 czerwca 1926 r.) znalazł się zapis, iż Kościół uważa zwyczaj palenia zwłok za „praktykę barbarzyńską – sprzeciwiającą się nie tylko pobożności chrześcijańskiej, ale również naturalnemu poszanowaniu ciał zmarłych – której Kościół, od początku niezmiennie zakazywał”. Postawa taka miała swoje głębokie uzasadnienie historyczne. Wynikała ona stąd, iż początki kremowania zwłok (w nowożytnej tradycji europejskiej) miały miejsce podczas rewolucji francuskiej, która jako jeden z celów postawiła sobie zniszczenie chrześcijaństwa. J. Taine w „La rivoluzione: il governo rivoluzione” pisał: „Już więcej nie będzie kultu katolickiego, ani jednego chrztu, ani jednej Mszy(…)nikt nie będzie udzielał ani przyjmował sakramentu(…)zamkniemy kościoły, zabronimy religijnych pogrzebów, nauczymy się pogrzebów cywilnych!”. W praktyce kremacja zwłok była równoznaczna z zakwestionowaniem prawdy o zmartwychwstaniu i deklaracją apostazji. Nic więc dziwnego, że Watykan w dekrecie z 19 maja 1886 r. za spalenie ciała nałożył sankcję w postaci kary ekskomuniki.
Dlaczego zatem po niespełna 80 latach Kościół tak radykalnie zmienił pogląd na kwestię kremacji? Jako podstawowy powód podaje się zmianę argumentacji jej zwolenników. Wielu z nich, decydując się na spalenie zwłok, nie miało nic wspólnego z antychrześcijańską demagogią. Doszły sprawy praktyczne, jak np. przywóz doczesnych szczątków osoby z zagranicy (gdy koszta sprowadzenia trumny są zbyt duże) czy brak miejsc na cmentarzu bądź w rodzinnej mogile. Decyzje o kremacji nie były równoznaczne z zakwestionowaniem prawdy o zmartwychwstaniu.
Niedawno KAI podała informację, iż Konferencja Episkopatu Polski zaproponowała zmiany w tekstach modlitw towarzyszących obrzędom pogrzebu z urną zmarłego. I tak m.in. dotychczasowa formuła: „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, została zmodyfikowana i będzie brzmieć: „z prochu powstałeś i prochem jesteś”. Przy tradycyjnym pochówku, tuż przed złożeniem trumny do grobu, kapłan mówił: „Niech Bóg da tobie pić ze źródeł wody życia”. Formuła wygłaszana przed złożeniem urny będzie brzmieć: „W Chrzcie św. zostałeś odrodzony z wody i Ducha Świętego, niech Bóg dopełni w tobie to, co wtedy rozpoczął”.

Kremacja – tak, ale…

Kościół, godząc się na kremację, zachęca swoich wiernych, aby jednak korzystali z tradycyjnej formy pogrzebu, czyli złożenia ciała do ziemi. W świecie, który gloryfikuje synkretyzm religijny i zaciera kontury religii, bardzo łatwo o bałagan aksjologiczny. Według założeń religii Wschodu, to właśnie spalenie zwłok wyzwala uwięzioną dotąd w ciele duszę, zarazem oczyszcza ją i przygotowuje, zgodnie z zasadami reinkarnacji, do wcielenia się w nową formę organiczną. Już dziś wielu „chrześcijan” nie widzi sprzeczności pomiędzy prawdą o powszechnym zmartwychwstaniu a ideą wędrówki dusz. Chrześcijańska tradycja, nakazująca oddanie po śmierci ciała ludzkiego ziemi, ma przebogatą teologię. Ciało człowieka jest świątynią Ducha Świętego – przypomina św. Paweł Apostoł, w związku z tym przysługuje mu należny szacunek. Uwypukla go bardzo wyraźnie ryt pogrzebowy. Już Sobór Nicejski II uznał, iż relikwie świętych, czy w ogóle ciało ludzkie jest nośnikiem Bożej łaski. Proces kremacji może – choć nie musi – zaciemnić tę prawdę. Zwolennicy tradycyjnego pochówku przywołują też argumenty biblijne: ani razu w Piśmie Świętym nie ma mowy o paleniu zwłok, ciało porównane jest do ziarna pszenicznego, które dopiero gdy wpadnie w ziemię, obumiera, aby przynieść plon; ukazywane jest także ciało Chrystusa, które zdjęte z krzyża traktowane było z wielką czcią. Jako argument „za” podaje się również fakt, że w pierwszych wiekach istnienia Kościoła, gdziekolwiek pojawiła się Dobra Nowina, zwyczaj kremacji (praktykowany np. w starożytnej Grecji) zanikł.
Za tradycyjnym pochówkiem stoją również argumenty psychologiczne i socjologiczne. Widzialny grób pozwala na pożegnanie się z bliską osobą i pogodzenie z faktem jej odejścia. A to trwa zazwyczaj długo. Uczestnictwo w tradycyjnym pogrzebie to doskonała forma rekolekcji. W świecie obezwładnianym przez pustkę, zorientowanym na nicość, gdzie kwestionuje się możliwość życia wiecznego, takie wydarzenie jest znakiem zapytania. Bywa, że i wykrzyknikiem!
Można powiedzieć, że w Polsce pod tym względem nie jest jeszcze źle. Miliony samochodów mknących setki kilometrów 1 i 2 listopada w rodzinne strony, wiozących z daleka tych, którzy chcieliby fizycznie dotknąć przemijania, odwiedzić groby bliskich, tysiące Mszy Świętych zamawianych codziennie w intencji zmarłych itd. tworzą pozytywny obraz. Zmiany mentalnościowe postępują jedynak błyskawicznie. Dochodzi do tego moda, podatność na pustkę i synkretyzm religijny, nieumiejętność poradzenia sobie z przemijaniem. Praktyka życia pokazuje, że chcąc oszukać lęk, „zutylizować” niepokojącą sumienie myśl o śmierci, ukryć jej prawdziwe oblicze, człowiek jest gotowy na wszystko, na wszelkie „alternatywne” formy, byleby tylko wyzbyć się lęku.


Ks. Paweł Siedlanowski
drukuj