Unia ucieka przed problemem

Z Witoldem Waszczykowskim, historykiem i dyplomatą, byłym wiceministrem
spraw zagranicznych, rozmawia Piotr Falkowski

Co spowodowało, że Unia Europejska rozważa odejście od jednej ze swoich
fundamentalnych zasad: swobody poruszania się?

– Unia została zbudowana na czterech wielkich swobodach przepływu: osób,
towarów, usług i kapitału. Ale Wspólnota ogólnie przeżywa kryzys, nie tylko
zresztą Unia, ale i cała Europa. Mamy do czynienia z klasycznym uciekaniem od
zagrożeń zewnętrznych. Czasem jest to złudne. W różnych kryzysach testowano już
taką strategię. Na przykład w czasach kryzysów w celu ochrony własnego rynku
tworzono różne bariery celne. A tutaj próbuje się tworzyć zabezpieczenie przed
napływem ludności. Jeden tego aspekt jest zrozumiały. Rzeczywiście wokół Europy
toczy się kilka równoległych konfliktów albo jest sytuacja kryzysowa. I mamy
niebezpieczeństwo znacznego napływu ludności, w pewnym sensie niepożądanej. Ze
względu na poprawność polityczną wprost się tego nie mówi, ale taka opinia u
wielu polityków funkcjonuje. W państwach rozwiniętych jest oczekiwanie na
migrację specjalistów, wysoko wykwalifikowanej kadry, ludzi z kapitałem.
Natomiast teraz mamy falę uchodźców, którzy docierają np. z Afryki Północnej,
ludzi biednych, wyrzucanych z własnego kraju albo niebędących w stanie w nim
pozostać, gdyż utracili cały dobytek. W związku z tym szukają pomocy w państwach
bogatych, a to spotyka się z kryzysową sytuacją w Europie. Zatem uboga ludność
napływowa jest teraz tym państwom niepotrzebna.

W jakimś sensie Unia się wyizolowała?
– Problem zaczął się wcześniej. Kilka lat temu we Włoszech i we Francji była
potężna fala niechęci do ludności romskiej z Europy Środkowej: Rumunii, Słowacji
itd. Jeszcze wcześniej nastąpiło zderzenie z fundamentalistycznym islamem, w
związku z zamachami 11 września 2001 roku. Teraz przyjeżdżają ludzie z Libii,
Tunezji i okolic. To też są muzułmanie, ale uciekają ze względu na wojnę i
niestabilność polityczną, a nie z przyczyn religijnych. Tak więc mieliśmy trzy
fale oporu ruchów migracyjnych, które ukształtowały podłoże dla tej nowej
polityki Wspólnoty. Europa, mimo że budowana była na szczytnych zasadach, w tych
trzech przypadkach sobie nie radzi. Zatem albo te zasady są wyrażane nieszczerze
i wielu polityków nie wierzy w nie, albo zostały one zbyt idealistycznie i
naiwnie skonstruowane, bo w zderzeniu z kryzysem i poważnymi problemami migracji
nie wytrzymały.

Jak Unia Europejska próbuje rozwiązać ten problem?
– To jest dramatyczne pytanie. Nie tylko o emigrację wojenną, ale także o to,
czy asymilować przybyłych w sytuacji jakiejkolwiek migracji i otwartych granic,
czy też utrzymywać tzw. społeczeństwo wielokulturowe. Mimo dużo większej
spójności między naszymi społeczeństwami nawet fala polskiej emigracji
zarobkowej do Wielkiej Brytanii i Irlandii wywołała problemy. Bo są różnice w
obyczajach, tradycjach, wyznaniu itd. Francja prowadzi politykę nastawioną na
asymilację. Ale np. Holandia i Wielka Brytania postawiły na wielokulturowość.
Wydaje się, że obie strategie się nie sprawdziły. Na przykład we Francji znaczna
część imigrantów się nie zasymilowała. Powstały całe getta na przedmieściach
miast, w których dochodziło wręcz do powstań. A w Wielkiej Brytanii i Holandii
społeczności obcego pochodzenia skwapliwie korzystały z polityki pomocy państwa,
aż zaczęły nadużywać tego, żądać nie tylko równych praw, lecz także przywilejów.
Na przykład Pakistańczycy w Anglii domagali się islamizacji całych obszarów. Tak
więc klęska obu tych polityk powoduje, że na nowo zaczyna się dyskusja, jak
sobie z tym poradzić. Na razie znaleziono rozwiązanie najprostsze: zamknąć
granice.

Co lepszego można zrobić?
– Trzeba szukać drogi pośredniej. Starzejąca się Europa potrzebuje napływu
ludności. To już widać nawet po naszym państwie. Ja zacząłbym od polityki
prorodzinnej, aby państwa Unii nie myślały tylko o poprawności politycznej,
związkach partnerskich itd., ale zajęły się rodzinami – skierowaniem polityki na
dzietność własnych obywateli. To jest oczywiście kwestia pokolenia, żeby
przyniosło efekty na rynku pracy. Konieczna jest sensowna polityka migracyjna.
Najlepiej oparta, tak jak robią to od lat Amerykanie, na jakichś kwotach, które
spowodują, że nie dojdzie do zachwiania równowagi, gdy nagle pojawią się setki
tysięcy ludzi z innej części świata, co prowadzi do problemów społecznych,
ekonomicznych (imigranci są z reguły ubożsi). Nie ma jednoznacznej odpowiedzi i
prostego rozwiązania tych problemów.

To jest chyba w ogóle pytanie o przyszłość Unii Europejskiej.
– Właśnie. Także tego, czym ona jest. Czy tylko grupą państw, czy też koncepcji
federacyjnej, w której zarządzają nie rządy, ale centralne komisje. Tylko że
trudno o poważne, głębokie dyskusje, badania itd. w sytuacji kryzysu
gospodarczego. Europie potrzeba odważnych ludzi z wizją, mężów stanu, a nie
polityków, którzy chcą jedynie wygrać najbliższe wybory. Pytanie, czy w obecnym
establishmencie w ogóle tacy są.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj