Umowa w dwie doby
Z Ignacym Golińskim, pilotem, ekspertem prawa lotniczego, byłym
członkiem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, rozmawia Marcin Austyn
Pana zdaniem opinia publiczna ma świadomość, jaki organ faktycznie
prowadził badanie katastrofy samolotu Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku?
– Wiemy tylko, że badanie prowadzone było przez Międzypaństwowy Komitet
Lotniczy i tzw. komisję ministra Jerzego Millera. Wiemy też, że w badaniach
uczestniczyło ze strony polskiej kilku ekspertów, którzy zgodnie z załącznikiem
13 do konwencji chicagowskiej byli jedynie obserwatorami. Dlatego polscy
eksperci nie byli dopuszczani do niektórych badań, jak np. do oblotu środków
radiotechnicznych lotniska Siewiernyj, a to sprawia, że osobiście mam
wątpliwości co do rzetelności badań rosyjskich.
Tym organem była Komisja Wspólna Międzypaństwowego Komitetu
Lotniczego i Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej w ścisłej współpracy ze
stroną polską na mocy załącznika 13. Co to znaczy?
– W załączniku 13 jest zapisane, że przedstawiciele państwa, z którego
pochodzi samolot (państwa rejestracji statku powietrznego), który rozbił się na
terenie innego państwa, są dopuszczeni do badań w charakterze obserwatorów i
można im udostępnić niektóre wyniki badań. W tym przypadku mieliśmy do czynienia
z akredytowanym przy MAK, ale w świetle przyjętych rozwiązań nie mam pewności co
do tego, jaki był zakres jego kompetencji.
Drugim, obok MAK, oficjalnym organem badającym katastrofę była komisja
ministra Jerzego Millera, powołana na takiej samej zasadzie jak np. komisja do
zbadania głośnego wypadku śmigłowca Mi-8 z premierem Leszkiem Millerem na
pokładzie, tzn. gros komisji to wojskowi eksperci i siedmiu ekspertów dobranych
z PKBWL. Trzeba jednak pamiętać, że komisja Millera pracowała na niekompletnej
dokumentacji. Mogła polegać na informacjach udostępnionych przez Rosjan. I to
jest powód do pewnych wątpliwości. Z doświadczenia wiem, że w tego rodzaju
badaniach nie wierzy się nikomu i trzeba wszystko samemu zbadać. Wszystkie
ustalenia musiałyby mieć mocne potwierdzenie w dowodach. A tu często polegaliśmy
na zaufaniu w dobre chęci Rosjan.
Członkowie komisji Millera nie powinni być doradcami akredytowanego,
to mogło krępować ich działania. Może złamanie tej zasady było powodem problemów
w kontaktach z Rosjanami?
– Moim zdaniem, najpierw należałoby zweryfikować, jaki zakres uprawnień miał
Edmund Klich. Co może zdziałać ów akredytowany przy MAK? Co to za instytucja?
Przecież przy badaniu wypadków lotniczych, także na terenie innych państw,
komisje, w których pracowałem, zawsze działały samodzielnie, a po zakończeniu
badań pełny egzemplarz raportu przekazywany był także do prokuratury.
Konwencja chicagowska wyłącza badanie na jej mocy wypadków statków
państwowych. Mimo to na mocy porozumienia Polski i Rosji przyjęto zasady
załącznika 13. To uzasadniona konstrukcja?
– Rzeczywiście konwencja chicagowska odnosi się do badania wypadków statków
powietrznych lotnictwa cywilnego. Biorąc pod uwagę suwerenność państwa, to
uważam, że była podstawa – chociażby porozumienie z 1993 roku – na mocy którego
prezes Rady Ministrów mógł ze stroną rosyjską zawrzeć umowę dwustronną
precyzującą ów zapis. To porozumienie nie określa dokładnie, w jaki sposób ma
wyglądać wspólne badanie wypadku. Ale była taka możliwość i premier mógł
wystąpić do strony rosyjskiej nawet o przekazanie całego badania stronie
polskiej. Mógł też ustalić drogę wspólnego badania wypadku na zasadzie równego
podziału miejsc w komisji.
Zaawansowanie prac badawczych to argument przeciwko przejęciu
postępowania?
– Przede wszystkim był to samolot wojskowy, a zatem konwencji nie powinno się
tu stosować. Dla nas byłaby korzystniejsza umowa z 1993 roku. Ona była zbyt
wąska, ale przecież jej szczegóły można było dopracować. Gdyby istniała dobra
wola obydwu stron, to w ciągu 24 godzin można było nakreślić zakres badań i
zasady współpracy. Należało też zostawić klauzulę, że w sprawach
nieuregulowanych będą wprowadzane dodatkowe ustalenia w trakcie badań. W czasie
dopracowywania szczegółów można było wykonać na miejscu katastrofy czynności
niezbędne i zabezpieczyć miejsce wypadku. Tego nie zrobiono. Nie rozumiem też,
dlaczego nie wykonano dokładnej dokumentacji fotograficznej miejsca katastrofy z
wykorzystaniem śmigłowca. Dzisiejsza technika pozwala nawet na wykadrowanie z
materiału filmowego interesujących nas szczegółów, zatem zadanie byłoby
dodatkowo uproszczone. Dysponując takim materiałem, nie byłoby wątpliwości co do
miejsca położenia poszczególnych elementów samolotu.
Zgadza się Pan z sugestią, że załącznik 13 wzmocnił polską pozycję w
badaniu katastrofy?
– Wręcz przeciwnie. Jego przyjęcie osłabiło naszą pozycję i ograniczyło
polski udział do roli obserwatora, podczas gdy badania prowadziło państwo
miejsca zdarzenia. Mogliśmy być przynajmniej równorzędnym członkiem gremium
badającego tę katastrofę, a nawet przejąć ciężar badań. Rosjanie mogli zgodzić
się na oddanie nam badania, oferując nam swoją pomoc. Wówczas polski
przewodniczący organizowałby prace i badania. W obecnej sytuacji tak naprawdę
nie wiemy, co zbadano i jak zbadano. Teraz okazuje się, że jakość badań jest
wątpliwa. Widzimy przecież, że wyniki analiz prowadzonych w Polsce są rozbieżne
z rosyjskimi ustaleniami, tak jak to było w przypadku stenogramów z rejestratora
głosowego.
Skoro przyjęto normy załącznika 13, to powinny one być stosowane bez
ograniczeń prawa rosyjskiego?
– Oczywiście. Jeżeli przyjęto załącznik 13 jako obowiązujący, to powinno się
prowadzić badania w oparciu o jego zapisy. To jednak ma zastosowanie do działań
MAK i komisji Millera. Oczywiste bowiem jest, że działania prokuratury oparte są
na innych, oddzielnych zasadach.
Te zasady, w przypadku komisji, były przestrzegane?
– W mojej ocenie, nie. Przecież Rosjanie nawet polskiego akredytowanego przy
MAK nie dopuścili do szeregu badań czy danych. No i co z tego, że było to
lotnisko wojskowe? Co z tego, że Rosjanie zasłaniali się tajemnicą wojskową?
Należało zająć twarde stanowisko, bo skoro obydwie strony wyraziły zgodę na
działanie według zasad załącznika 13, to oznaczało, że przyjęły go z całym
dobrodziejstwem i nie może być tu miejsca na jakieś wyjątki.
Dziękuję za rozmowę.
