Uformowali mnie rodzice, Rodzina Rodzin i IESE

Z Cezarym Mechem, doradcą prezesa NBP Sławomira Skrzypka, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, wiceministrem finansów i szefem Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, absolwentem prestiżowego programu studiów doktoranckich IESE w Barcelonie (doktorat z finansów „cum laude”, czyli „z wyróżnieniem” – jedyny w Polsce), oraz żoną Katarzyną, córką Małgorzatą i synem Bartłomiejem rozmawia Mariusz Bober


Pana nazwisko wywołuje popłoch w kręgach wielkiego biznesu. Tak było chociażby niedawno, gdy pojawiła się informacja, że został Pan doradcą prezesa NBP Sławomira Skrzypka. Skąd takie reakcje?


Cezary Mech: – Ja też im się dziwię. Przecież w 1997 roku proponowano mi objęcie funkcji doradcy ministra finansów, gdy był nim Marek Belka. Również premier Leszek Balcerowicz proponował mi dołączenie, obok prof. Gomółki, do grona jego sześciu doradców głównych. Gdybym wtedy przyjął te propozycje, nikt nie dziwiłby się temu. Tymczasem, gdy zostałem doradcą prezesa Sławomira Skrzypka, niespodziewanie doszło do alergicznej reakcji ze strony „Gazety Wyborczej”. A ja zawsze uważałem, że rolą państwa jest budowanie infrastruktury rynku kapitałowego wspierającego konkurencję. Nie może ono dopuszczać do tego, aby różne grupy interesów ustalały swoje prawa, które będą korzystne tylko dla nich, by dzięki nim szybko powiększać swój zysk. Tymczasem nawet zysk nadzwyczajny powinien być efektem wydajniejszej pracy.


Czy czuje się Pan obrońcą kieszeni emerytów? Tak przedstawiały Pana niektóre media, choć przywoływano także liczne Pana spory z komercyjnymi instytucjami finansowymi, głównie funduszami emerytalnymi. Jedno z mediów porównało nawet Pana działania do roli instytucji i osób, które walczyły na amerykańskiej giełdzie z nieuczciwymi praktykami finansowymi.


C.M.: – Instytucje finansowe zarządzają powierzonymi im środkami, a nie swoimi, dlatego rynek musi wymuszać na nich, by działały na rzecz swoich klientów. Dlatego tak ważne jest skonstruowanie właściwych uregulowań i zachowanie praktyk nadzorczych ukierunkowujących wysiłek pracowników instytucji finansowych na maksymalne pomnożenie środków powierzonych im przez klientów. Z tego też powodu obecnie ważne jest, by powstrzymać prywatyzację giełdy warszawskiej, na której pozyskiwane są kapitały na rozwój polskich przedsiębiorstw oraz krajowego depozytu papierów wartościowych, będącego istotnym elementem infrastruktury rynku kapitałowego. Dlatego również za kompromitującą należy uznać ostatnią (9 maja br.) decyzję KNF umożliwiającą konsolidację średnich OFE w interesie akcjonariuszy PTE, a ze szkodą dla członków OFE i efektywności wyceny aktywów na polskiej giełdzie. Niestety, ale w mojej ocenie, w Polsce grupy interesów wciąż mają zbyt duży wpływ na przepisy, którym podlegają, i przebieg procesu politycznego.


Może Pan podać jakiś przykład?


C.M.: – Nadzór nad rynkiem emerytalnym był tworzony w Polsce w 1998 r. od podstaw. Dzięki zabiegom udało się pozyskać ponad 3 miliony USD pomocy zagranicznej na przeszkolenie ponad 100 osób, które miały pracować w nadzorze nad tym segmentem rynku kapitałowego. Mimo to, jedną z pierwszych decyzji rządu SLD, po wyborach 2001 r., była likwidacja tej instytucji. Z miejsca straciło pracę ponad 120 osób, świetnych fachowców. Środowisko to później utworzyło stowarzyszenie i ekspercko pomagało w szeregu prac parlamentarnych oraz przygotowało program gospodarczy PiS, który pomógł zwyciężyć w wyborach parlamentarnych i prezydenckich w 2005 roku. Jednak mimo tej aktywności ani jednej wyrzuconej osobie nie udało się ostatecznie powrócić do pracy w nadzorze finansowym, i to mimo wielokrotnych zabiegów. A przecież rola nadzoru finansowego jest nie do przecenienia, gdyż od efektywności funkcjonowania rynku kapitałowego zależy, jak owocnie są pomnażane środki w bankach, zakładach ubezpieczeń, funduszach inwestycyjnych i funduszach emerytalnych. W przypadku słabego nadzoru i braku właściwej regulacji kapitały krajowe, zamiast tworzenia miejsc pracy w Polsce, będą tworzyć je także dla nas, ale w innych krajach.


Czyli sfinansowalibyśmy wzrost gospodarczy bogatszych krajów?


C.M.: – Dokładnie. Skutkiem takich działań jest także zmuszanie Polaków do poszukiwania pracy za granicą, co często negatywnie wpływa na trwałość rodzin. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że młodzi ludzie na pewien czas wyjadą za granicę, by zdobyć wiedzę i doświadczenie. Sam też przez pewien czas pracowałem m.in. w Norwegii i na Ukrainie. Jednak skala wyjazdów z Polski w ostatnich latach jest niebezpieczna, a wyzwania zawarte w programie gospodarczym PiS z 2005 r. są wciąż aktualne.


Jest Pan indywidualistą? Pana droga życiowa pełna jest konfliktów, nie tylko z instytucjami finansowymi…


C.M.: – Tak, to prawda, nigdy nie byłem ani członkiem PZPR, ani SZSP [Socjalistyczny Związek Studentów Polskich – przyp. red.], ani nawet HSPS [Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej – przyp. red.], i to nawet wtedy, gdy do ówczesnego „harcerstwa” należała cała moja klasa. A w życiu zawodowym nawet w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, który został utworzony w stanie wojennym specjalnie po to, aby opozycyjnych ekonomistów odizolować od pracy dydaktycznej, byłem jednym z nielicznych, którzy otwarcie uważali, że gospodarka planowa w czasach pokoju nie ma ekonomicznego sensu. Mimo to nawet w tym okresie współpracowałem z tak różnymi osobami, jak Ryszard Bugaj czy Jan Winiecki. Z Ryszardem Bugajem pracowałem nawet w jednym pokoju. Do dziś uważam go za najuczciwszego przywódcę polskiej lewicy. Jan Winiecki wysłał mnie na studia do IESE. Wciąż jestem mu za to wdzięczny. Po studiach w tej szkole trudno nie docenić znaczenia wspólnego działania w celu zwiększenia efektywności realizacji planowanych celów. Dlatego zawsze wspierałem swoją wiedzą działania rządów prawicowych czy to AWS, czy też PiS, i dlatego zostałem doradcą premiera Buzka, a ostatnio prezesa Skrzypka. Niemniej równocześnie jestem pełen podziwu dla takich osób, jak marszałek Marek Jurek, który poświęcił swoje stanowisko drugiej osoby w państwie, aby dotrzymać swoich zobowiązań wyborczych i nie utracić wiarygodności społecznej. Bez indywidualnego poświęcenia naszych przodków nie bylibyśmy obecnie ani katolikami, ani Polakami.


Wracając do konfliktów, zwłaszcza z władzami, to zdarzały się Panu chyba już od czasów służby wojskowej?


C.M.: – Rzeczywiście, zaraz po przyjeździe do szkoły podchorążych w Chełmnie spytałem dowódcę jednostki, czy w niedzielę pójdziemy do kościoła, czy też będzie Msza Święta na terenie jednostki wojskowej… Oczywiście zapanowała konsternacja. W efekcie samodzielnie uczestniczyliśmy we Mszy Świętej poprzez transmisje radiowe. Skończyło się to, gdy którejś niedzieli wszedł do sali oficer polityczny. Gdy zobaczył, jak podczas Podniesienia wszyscy żołnierze klęczą na sali, przy radiu, to szybko się wycofał i zaczęto nam w każdą niedzielę wyznaczać warty. Jednak nikt nikomu nie czynił wyrzutów. Pamiętam też charakterystyczną sytuację, gdy kiedyś na zbiórce kompanii padło pytanie, który z nas należy do PZPR. Dwóch kolegów należących do partii chciało podnieść rękę, ale w ostatniej chwili się wstrzymało. Taka w tych czasach panowała atmosfera społeczna.


Pana postawa wobec uczestniczenia w niedzielnej Mszy Świętej pokazuje, że wcześniej już przeszedł Pan formację religijną.


C.M.: – Od małego dziecka byłem związany z Rodziną Rodzin, której patronował Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński. Wspólnie wyjeżdżaliśmy na wakacje i spotykaliśmy się na Żytniej, a później w podarowanym Rodzinie Rodzin przez Prymasa kościele przy Łazienkowskiej. Jednocześnie byłem ministrantem, a później lektorem. Miało to ogromny wpływ na moje wychowanie. Zwłaszcza że znajdowałem się wówczas w otoczeniu ludzi, którzy podobnie myśleli.


Co szczególnie utkwiło Panu w pamięci z tego okresu?


C.M.: – Uczestnictwo w ruchu Rodzina Rodzin dawało formację osoby wierzącej o silnym nastawieniu patriotycznym.

Katarzyna Mech: – Dodam, że poznaliśmy się na pielgrzymce pieszej do Częstochowy właśnie w grupie Rodziny Rodzin.


Czy po wyjściu z wojska starał się Pan zaczynać dzień od Mszy Świętej?


C.M.: – Nie od razu, ale to prawda, że staram się codziennie uczestniczyć we Mszy Świętej.

K.M.: – Jestem osobą bardzo słabą fizycznie. Jednak postanowiłam, że musi mi przynajmniej starczyć energii na modlitwę i codzienną Mszę Świętą. Uczestnictwo w niej daje mi siły do wypełniania moich obowiązków.


Państwo również odczuwają ciągłą presję „życia na czas”? Mają Państwo jakiś sposób na to?


K.M.: – Wszyscy ją odczuwamy, dlatego tak ważne jest ustalenie w życiu hierarchii ważności. Na pierwszym miejscu powinna być relacja z Panem Bogiem, potem rodzina i dopiero sprawy zawodowe i społeczne.


Dlaczego został Pan ekonomistą?


C.M.: – Mój dziadek, który był ochotnikiem w wojnie 1920 r., przed II wojną światową miał sklep w Wyszkowie. Także mój tata miał sklep, ale w Ciechanowie. Dlatego od wczesnego dzieciństwa poznawałem prawa rządzące gospodarką rynkową, zasypując pytaniami moich rodziców. Tata bardzo cierpliwie tłumaczył mi zależności istniejące między podażą, popytem i ceną oraz jaki wpływ na osiągane dochody ma koncesjonowanie działalności gospodarczej. Dlatego studia na SGPiS nie były dla mnie ani trudne, ani czasochłonne, z wyjątkiem zideologizowanych przedmiotów, które były zupełnie nielogiczne i studiowanie których było zwykłą stratą czasu. Z tego powodu ojciec sceptycznie oceniał moją decyzję, bo uważał, że na SGPiS przekazywano nie dość, że zideologizowaną, to jeszcze na dodatek kompletnie nieużyteczną wiedzę. Rodzice marzyli o tym, abym został lekarzem, ale ekonomia już wtedy była moją pasją.


Jest Pan znany z zaangażowania na rzecz wspierania rodzin, m.in. z opracowania projektu podatków prorodzinnych. Ekonomiści chyba rzadko przykładają wagę do takich spraw. Dlaczego Pan zwraca na nie uwagę?


C.M.: – Wszelkie systemy państwowe oparte są na opodatkowaniu tych, którzy pracują. Problemy demograficzne są obecnie jeszcze słabo odczuwalne w Polsce, bo na razie na emeryturze są ludzie z pokolenia dotkniętego przez II wojnę światową, a więc jest ich stosunkowo mało. Ale gdy w wiek emerytalny wkroczy pokolenie powojennego wyżu demograficznego, będzie to miało olbrzymie implikacje finansowe dla państwa – w służbie zdrowia i świadczeniach emerytalnych. Dlatego nie można ulegać np. presji lobby budowlanego czy hipermarketów i sprowadzać imigrantów tylko po to, aby obniżać wynagrodzenia wszystkim pracownikom tam zatrudnionym. Należy tworzyć korzystne finansowo miejsca pracy w Polsce i szkolić bezrobotnych. Tymczasem obecnie nie dość, że w wyniku prowadzonej latami polityki antyrodzinnej rodzi się mniej dzieci, to jeszcze młodzi ludzie są wypychani do pracy za granicę. Iluzja, że w przyszłości imigranci będą pracować na nasze emerytury i służbę zdrowia, jest kosztowna i złudna.


Jak Pan godzi obowiązki rodzinne z aktywnością zawodową, wymagającą w dzisiejszych czasach ciągłego kształcenia i rozwoju?


C.M.: – Niestety, w dużej mierze wychowaniem dzieci zajmowała się żona i szkoły, do których dzieci uczęszczały. Tym bardziej że w najważniejszym dla dzieci okresie byłem na studiach doktoranckich w Hiszpanii. Gdy decydowałem się na ten wyjazd, nie miałem pojęcia, że te studia będą tak trudne. Tymczasem okazało się, iż prócz bieżących zajęć, musiałem czytać i przyswajać dziennie ok. 200 stron materiałów i rozwiązać co najmniej trzy skomplikowane przypadki, czyli tzw. case-y.


To znaczy?


C.M.: – Konkretne problemy, z którymi zmaga się opisane przedsiębiorstwo. By rozwiązać takie „zadanie”, trzeba było zapoznać się z przygotowanymi materiałami, a następnie po przeanalizowaniu i dokonaniu koniecznych wyliczeń podjąć właściwą decyzję. Następnego dnia profesor podczas zajęć kierował dyskusją, podczas której kilkudziesięciu studentów prześcigało się w prezentowaniu jak najlepszych rozwiązań. Zadaniem profesora było poprowadzenie dyskusji w taki sposób, by znaleźć właściwe rozwiązanie problemu. Bardzo silny nacisk położony był na konkurencję między studentami. Efekt był taki, że całymi dniami musiałem ciężko pracować. Dlatego w wychowaniu dzieci bardzo ważną rolę odegrała żona i szkoła, do której uczęszczał syn, oraz przedszkole, do którego chodziła córka. W tym miejscu chciałbym podkreślić, jak ważne jest, aby w procesie wychowawczym dawać dzieciom dobry przykład, który pozwala przyswoić właściwe wzorce.


Efektem studiów był doktorat z dziedziny finansów.


C.M.: – Specjalizowałem się w finansach, a ściślej w bankowości inwestycyjnej. Doktorat napisałem na temat efektywności rynku kapitałowego.


Wróćmy jeszcze do dzielenia czasu na rodzinę i pracę zawodową, ale już oczami dzieci…


Małgorzata Mech: – Rodzice zawsze starali się znaleźć trochę czasu choćby na wspólną rozmowę, choć często było trudno. Gdy tata studiował w Hiszpanii, bywały dni, że właściwie się nie widzieliśmy. Kiedy wracał, ja już spałam, a kiedy budziłam się, już go nie było. Ale niedziele staraliśmy się spędzać razem. Teraz mieszkamy już oddzielnie, ale często spotykamy się z rodzicami.

Bartłomiej Mech: – Mieszkamy teraz wszyscy na Saskiej Kępie, więc często możemy się spotykać. Mama zaraziła nas miłością do tej części Pragi.


Skąd ta miłość do Saskiej Kępy? Tutaj tkwią Pani korzenie rodzinne?


K.M.: – Urodziłam się tutaj, ale moi dziadkowie mieszkali w Piasecznie i Rembertowie. Losy rodziny były bardzo dramatyczne. Dziadek ze strony mamy został internowany w Starobielsku i zginął zamordowany w Charkowie. Zaś rodzina ze strony ojca była deportowana podczas II wojny światowej w głąb Rosji, skąd cudem udało im się uciec. Ale niestety nie wszystkim. Na granicy zostali złapani przez Niemców, którzy dziadka przekazali Sowietom i od tamtej pory ślad po nim zaginął. Zaś babcia z moją mamą i ciocią w 1939 r. początkowo starały się schronić na Wołyniu u rodziny. Niestety, omal nie przypłaciły tego życiem z powodu morderstw bojówek ukraińskich.


Jakie było zderzenie z polską rzeczywistością, przede wszystkim gospodarczą, po Pana powrocie ze studiów w Hiszpanii?


C.M.: – Gdy wróciłem w 1994 r. do Polski, sytuacja polityczna była diametralnie inna niż ta z końca lat 80. Moi znajomi znaleźli się w różnych środowiskach. Dopiero dwa lata później „Solidarności” udało się zebrać wszystkich w Akcji Wyborczej „Solidarność”, która wygrała wybory parlamentarne w 1997 roku. Początkowo pracowałem w Banku Handlowym i w PKO BP. Zaangażowałem się również w plany budowy nowoczesnego systemu emerytalnego w ramach Centrum im. Adama Smitha.


Nigdy nie czuł się Pan politykiem?


C.M.: – Starałem się zawsze pracować w dziedzinie, w której się specjalizuję. Nigdy nie brałem udziału w bezpośrednim wyścigu o mandat posła czy też radnego. Praca w partii wymaga poświęcenia większości czasu na kontakty z wyborcami i zabiegi medialne, co musi się odbywać kosztem przygotowania merytorycznego. Dlatego preferowałem rolę bycia ekspertem i poświęcanie czasu na przygotowanie merytoryczne aktualnych wyzwań programowych.


Jednak miał Pan w życiu również epizod działalności politycznej. Był Pan współzałożycielem ZChN, który całkowicie się podzielił, tak jak wiele prawicowych ugrupowań. Z czego wynikają te podziały na prawicy?


C.M.: – Dobrze tę sytuację obrazuje moja rozmowa z jedną z wpływowych osób, wywodzącą się z dawnej opozycji. Gdy zapytałem ją: „Czy o taką Polskę walczyliśmy w latach 80.?”, polityk ten odpowiedział pytaniem: „Ale czy nam teraz nie żyje się lepiej?”. W efekcie dziś trudniej wspólnie przeciwstawić się istniejącym zagrożeniom. Dla mnie bardzo ważne jest, by nie zapominać o naszych przodkach, którzy oddali życie za Polskę, jak np. dziadkowie mojej żony, którzy zginęli w Związku Sowieckim podczas II wojny światowej, czy też takich jak moja mama, którą – gdy miała szesnaście lat – Niemcy wywieźli na przymusowe roboty. W naszej historii tak wielu Polaków poświęcało się za to, byśmy dziś mogli być wolni. Dlatego czasami budzi się we mnie żal, że teraz, w wolnej Polsce, często nie ma komu stawać w obronie nawet najważniejszych spraw. Wydaje się, iż często brakuje ludzi gotowych do nawet nieznacznych wyrzeczeń, nie mówiąc o poświęceniach, do jakich zdolni byli nasi przodkowie.

B.M.: – W pewnej mierze jest to wpływ mediów. Na Zachodzie jest inaczej, każdy dba o swój kraj. My też powinniśmy tak postępować. Jesteśmy Polakami i nie możemy myśleć tylko w ten sposób, że trzeba skończyć studia i wyjechać w poszukiwaniu dobrej pracy za granicę. Powinniśmy po studiach zostać w Polsce i walczyć o to, by także innym było jak najlepiej.


Jak walczyć?


B.M.: – Dzięki swojemu wykształceniu i kreując we właściwy sposób rzeczywistość.

Więc nie wyjedzie Pan z Polski?

B.M.: – Na pewno nie na stałe.

C.M.: – Polska potrzebuje mądrych, wykształconych ludzi.


Po doświadczeniach w Hiszpanii i powrocie do Polski w połowie lat 90. założyli Państwo szkołę na warszawskim Zaciszu…


K.M.: – Dla mnie szkoła zawsze była pasją życiową. Jestem nauczycielką. Pomysł był wynikiem potrzeby. Nasza córka chodziła do przedszkola na Zaciszu prowadzonego przez siostry pallotynki. Jednak w tamtej części Warszawy nie było szkoły, w której można byłoby kontynuować edukację dzieci w duchu katolickim. W 1996 r., gdy podjęto próbę zmiany ustawy aborcyjnej i środowisko Radia Maryja zorganizowało wielką manifestację w Warszawie, pomyśleliśmy sobie z mężem, że może trzeba wziąć pewne sprawy we własne ręce. Po pewnym czasie dojrzeliśmy do tego, by założyć szkołę o charakterze katolickim.


To chyba duże wyzwanie?


K.M.: – Rzeczywiście. Pomysł wymagał wielu starań i dużego wysiłku. Mimo to szkoła powstała. Na początku były trzy klasy, w których uczyło się 20 dzieci. Z czasem mała placówka rozwinęła się w pełną sześcioklasową szkołę liczącą 88 uczniów. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu i ciężkiej pracy całego grona pedagogicznego i pracowników administracji kształciliśmy i wychowywaliśmy dzieci w duchu katolickim. Przez 9 lat prowadziłam tę szkołę. A gdy w 2006 r. poważnie zachorowałam, cały dorobek prowadzonej szkoły i fundacji, poprzez ręce ówczesnego księdza proboszcza parafii, na terenie której znajduje się szkoła, został przekazany innym osobom. Jednak po półtora roku, gdy już stan mojego zdrowia się polepszył, zaczęłam znów się zastanawiać, czym mam się zająć. Doszłam do wniosku, że jedyne, co lubię i potrafię robić, to uczyć w szkole. Dlatego postanowiliśmy powołać nową fundację. Mamy już nawet nazwę – Fundacja Szkoły Maryjnej im. Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Jej celem będzie zakładanie i prowadzenie placówek oświatowo-wychowawczych o charakterze katolickim.


A więc jednak powrót do szkoły…


K.M.: – Powrót z głęboką refleksją i doświadczeniem. W tym „sektorze” zawsze będzie wiele do zrobienia. Uważam, że w każdej polskiej parafii powinna działać szkoła katolicka.


Dlaczego?


K.M.: – Jesteśmy obecnie w Polsce trochę uśpieni. Wydaje nam się, że kościoły są pełne, że jesteśmy katolickim Narodem itd. Ale wystarczy przejechać kilkaset kilometrów na Zachód, do Niemiec lub Francji, albo dwa tysiące – do Hiszpanii, by zrozumieć, iż proces laicyzacji społeczeństwa może nastąpić bardzo szybko. W Polsce też może dojść do tego, wystarczy jedno, dwa pokolenia. Dlatego już dziś należy temu przeciwdziałać i myśleć o kształceniu i formacji młodego pokolenia. W szkołach takich uczeń powinien spotykać się z wychowawcami, którzy własną postawą, a nie tylko słowem, świadczą o wyznawanych wartościach. Współdziałając z domem i wspierając rodziców, placówka oświatowa, w której dziecko przebywa coraz dłużej, powinna mieć także swój udział w procesie wychowawczym. Dziecku trzeba dawać Pana Boga. Dzisiaj łatwo odejść od wiary i całkowicie się pogubić, ale uważam, że jeśli wyposażymy młodego człowieka w wartości zapisane w Dekalogu, zawsze będzie miał do czego wracać.


I łatwiej będzie powstrzymać pęd do bezwzględnej konkurencji?


K.M.: – Rzeczywiście trzeba się zastanowić, na kogo wychowujemy i kształcimy młodych – na wartościowych członków społeczeństwa czy może efektem naszych starań będą bardzo inteligentne potwory. Bo jeżeli dbamy tylko o rozwój intelektualny – choć co do realizacji tego celu mam również poważne zastrzeżenia – a nie ma czasu na prawdziwą formację, to jeszcze raz pytam, na kogo wychowamy nasze dzieci. Dlatego trzeba sobie uświadomić to, co było oczywiste już dla naszych przodków, że „inwestycja” w edukację jest najważniejsza. Ponadto przestaliśmy rozumieć, czemu tak naprawdę służy cały proces edukowania. Wszystko, co robimy, ma na celu rozpoznawanie i rozwijanie talentów dziecka po to, aby ono w przyszłości już jako dorosły człowiek służyło społeczeństwu. O takim etycznym wymiarze nauki i pracy się nie mówi. Mały Jasio dostaje sygnały, że ma się uczyć po to, aby w przyszłości zarabiać duże pieniądze. Oczywiście takie postawienie sprawy jest jej ogromnym spłyceniem.


W jednej z rozmów powiedział Pan, że chcieli Państwo stworzyć w Polsce szkołę równie dobrą, jak ta, do której uczęszczały dzieci podczas stypendium w Hiszpanii. Udało się Państwu stworzyć taką szkołę? Na czym polega jej specyfika?


K.M.: – Niestety, nie wszystkie doświadczenia dało się przenieść do polskiej szkoły. Bardzo ważne w szkole hiszpańskiej, do której uczęszczał wówczas Bartek, było nauczenie dziecka precyzji, dokładności i systematyczności. My w Polsce, zobligowani realizacją słabych programów nauczania, które nastawione są na ilość przekazywanej – często do bezmyślnego zapamiętywania – wiedzy, nie mamy czasu tak naprawdę uczyć tego, co najważniejsze. Dużo się mówi o dysleksji, ale sposób, w jaki prowadzona jest edukacja w pierwszym okresie kształcenia, i stosowane metody (a właściwie ich brak), zamiast zmniejszać dysfunkcje uczniów, wręcz je nasilają. W Hiszpanii położony był nacisk na to, aby powoli i dokładnie realizować ciekawy program. W Polsce, niestety, już od zerówki „biegnie się” wręcz z przerabianiem materiału. Potem „budzimy się” w czwartej czy piątej klasie, że jeden uczeń nie umie czytać, a inny pisać.


Co Panu najbardziej dały lata nauki w hiszpańskiej szkole?


B.M.: – Pamiętam, że bardzo dużo grałem w piłkę nożną. Utkwiło mi również w pamięci, że niedaleko stołówki była kapliczka. Wracając z obiadów, często tam wstępowałem, by chociaż się przeżegnać.


Jednak sami Państwo podkreślają, że Hiszpania bardzo się zlaicyzowała. Mimo to funkcjonują w niej bardzo dobre szkoły.


K.M.: – Tak. Nasze dzieci były stypendystami bardzo dobrych szkół należących do Opus Dei. Myślę, że obecna sytuacja w Hiszpanii jest bardzo złożona. Z jednej strony są zlaicyzowane grupy walczące w sposób jawny z hierarchią i nauką Kościoła katolickiego. Z drugiej strony jest część społeczeństwa w pełni świadoma konsekwencji takiej polityki, która mobilizuje się do działania.


Czy dzieci przejęły coś z zainteresowań mamy i taty?


M.M.: – Nie, moje zainteresowania zmierzają w całkiem innym kierunku. Interesuje mnie stylizacja, poza tym uczę się języka hiszpańskiego, ale nie w celach zawodowych.

B.M.: – Ja właśnie kończę studia na kierunku marketing i zarządzanie w turystyce i rekreacji. Ale bardziej interesuje mnie informatyka.


Jak spędzają Państwo wolny czas?


M.M.: – Pamiętam, że był taki okres, że co tydzień wyjeżdżaliśmy z rodzicami do Nałęczowa, z rowerami. Jeździliśmy tak często, że teraz już nie ciągnie nas do tej miejscowości.

B.M.: – Z Nałęczowa jeździliśmy do sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy, położonej niedaleko tego uzdrowiska.


Dlaczego akurat Nałęczów?


K.M.: – Mój tata często tam wyjeżdżał.


Odpoczywa Pan tylko na rowerze, pochylając się nad mapami i czytając książki historyczne?


C.M.: – Od dzieciństwa pasjonowały mnie książki historyczne. Zastanawiałem się nawet nad studiowaniem historii. A możliwości poznawania świata, jakie obecnie stwarza program internetowy Google Earth, są niesamowite. Co do innych rozrywek, to teraz już rzadziej jeździmy do Wąwolnicy i Nałęczowa. Ostatnio upodobaliśmy sobie Bory Tucholskie, gdzie wyjeżdżamy z rowerami. Ja lubię także wypoczynek nad ciepłym morzem i w górach, ale żona woli polskie lasy.

B.M.: – Ostatnio rodzice lubią też częściej spacerować lub umówić się z kimś w kawiarni czy restauracji. Może w ten sposób tata odreagowuje pracę w Ministerstwie Finansów i UNFE, kiedy to pracował prawie na okrągło.

C.M.: – Żal mi jednak, że teraz, gdy mam już więcej czasu, trudniej jest spędzać go razem z dziećmi, bo nie mieszkamy już razem. Ale mam nadzieję, że odrobimy to, gdy założą rodziny i będą miały własne dzieci…


Czego też wszystkim życzę i dziękuję za rozmowę.
drukuj