Turecka alergia na pamięć
Premier Turcji aspirującej do wejścia w struktury Unii Europejskiej
oświadczył, że jest gotowy przeprowadzić przymusową deportację ze swojego kraju
ok. 100 tysięcy Ormian. Taki krok miałby być swoistym odwetem za przyjęcie przez
szwedzki parlament oraz Komisję ds. Zagranicznych amerykańskiej Izby
Reprezentantów rezolucji nazywających rzeczy po imieniu, tj. określających rzeź
Ormian dokonaną przez Turków w latach 1915-1918 mianem ludobójstwa.
Ludobójstwo Ormian przez Turków jest nad Bosforem tematem tabu. Podobnie jak
dzisiejsza Ukraina buduje swoją tożsamość na zakłamywaniu prawdy o ludobójczych
praktykach UPA i jej twórców, tak i współczesna Turcja – od czasów Kemala
Atatürka – tworzy swoją tożsamość na negacji ludobójstwa popełnionego na
Ormianach.
Kto nie pasuje do „nowej, postępowej Turcji”
Na początek
przypomnienie kilku podstawowych faktów. Przede wszystkim należy pamiętać, że
akcja ludobójcza, której dopuściło się państwo tureckie w okresie I wojny
światowej, dotyczyła nie tylko Ormian, ale również Greków (zamieszkałych w
swojej starożytnej ojczyźnie – Jonii oraz Tracji) oraz syryjskich chrześcijan
(tzw. Asyryjczyków, dla których mową ojczystą wciąż był aramejski – język,
którym posługiwał się Jezus Chrystus). Ocenia się, że w latach 1915-1918
ofiarami tego zaplanowanego i przeprowadzonego systematycznie ludobójstwa padło
ok. 2,5 miliona ludzi (niektóre szacunki podają jeszcze większe liczby).
Jak
zawsze w przypadku XX-wiecznych ludobójstw – Turcy dzierżą tu niechlubną palmę
pierwszeństwa – na początku była zbrodnicza ideologia. W omawianej kwestii to
tzw. panturanizm, czyli projekt stworzenia pod patronatem Turcji Otomańskiej
„wielkiej wspólnoty ludów tureckich” rozciągającej się od Bosforu po góry Ałtaj.
Na krótko przed wybuchem I wojny światowej ideologia ta zawładnęła rządzącymi
Turcją od 1908 r. tzw. młodoturkami (sułtan był już właściwie marionetką).
Ugrupowanie to składało się przeważnie z młodych oficerów armii tureckiej, w
większości mających za sobą długie pobyty na Zachodzie (głównie we Francji i
Niemczech) i chcących szybko modernizować swoją ojczyznę. Nieprzypadkowo nazwa
ich partii brzmiała „Jedność i Postęp”. W ich rozumieniu panturanizm był właśnie
ideą postępową, modernizacyjną. Nieprzypadkowo czołowi młodoturcy zapatrzeni
byli we wzorce rewolucji francuskiej i zafascynowani rozprawą (także ludobójczą)
z „zacofaną” Wandeą.
Zatem ludobójstwo na Ormianach zostało zaplanowane pod
sztandarem postępu wspomaganego tradycyjną w Turcji nienawiścią do tego
chrześcijańskiego narodu. Już w latach 1895-1896 przetoczyła się przez Turcję
fala antyormiańskich pogromów, w wyniku których zginęło ok. 300 tysięcy ludzi.
Grunt został więc przygotowany. Panturańska ideologia podyktowała kolejne
działania. Jak można było bowiem marzyć o budowie „wielkiej wspólnoty ludów
tureckich”, jeśli w jej łonie żyć miały narody nietureckie, co więcej, o
ukształtowanej w ciągu wieków chrześcijańskiej odrębności wyznaniowej i
kulturowej. Tacy byli Grecy, Asyryjczycy, a przede wszystkim Ormianie. Ci
stanowili najliczebniejszą społeczność wśród innych nietureckich narodowości – w
1914 r. żyło ich w Turcji ok. 2-2,5 miliona – i zamieszkiwali nie pobrzeża (jak
Grecy czy Asyryjczycy), ale samo centrum państwa tureckiego: wschodnią Anatolię.
Zresztą, tu leżała ich historyczna ojczyzna i jeśli ktoś był na tym obszarze
przybyszem, to raczej Turcy. Przypomnijmy: z państwem ormiańskim z centrum w
Anatolii walki (ze zmiennym szczęściem) staczali Rzymianie. W IV wieku po
Chrystusie to właśnie państwo ormiańskie – na długo przed „pierworodną córą
Kościoła” Francją – przyjęło chrześcijaństwo jako oficjalną religię całego
kraju.
Tak więc opacznie rozumiana modernizacja (? la Wandea), tradycyjna
nienawiść (pogarda) muzułmańskiej większości wobec chrześcijan oraz brak
najmniejszych szans na asymilację chrześcijańskiego narodu
– wszystko to
skazywało w oczach młodoturków Ormian na śmierć. Potrzebna była tylko
sprzyjająca okazja. Tę zaś wywołała I wojna światowa, gdy oczy światowej opinii
publicznej skierowane były na fronty Wielkiej Wojny, a nie na to, co się wydarzy
w głębi Turcji Otomańskiej.
„Translokacja ludności w czasie wojny”, czyli
śmierć
Akcja ludobójcza wobec Ormian rozpoczęła się w kwietniu 1915
roku i jej szczególne nasilenie trwało do 1916 roku. W tym czasie wymordowano
większość społeczności ormiańskiej (ok. 1,5 miliona osób). Metodyczny sposób
przeprowadzenia tej akcji zadaje kłam oficjalnej negacjonistycznej propagandzie
Ankary, że Ormianie zginęli „w wyniku rutynowej translokacji ludności w czasie
wojny”. Najpierw bowiem wymordowano mężczyzn (zaczynając od tych służących w
armii tureckiej), ormiańskie elity (duchowe, kulturowe, majątkowe). Pozostałe
przy życiu najsłabsze grupy (kobiety, starców i dzieci) pędzono do tzw. miejsc
schronienia, które nigdy nie istniały, w deportacyjnych kolumnach. To były
prawdziwe marsze śmierci, gdzie w niewyobrażalnych cierpieniach ginęły setki
tysięcy ludzi. Straszny był los kobiet – masowo gwałconych przez tureckich i
kurdyjskich strażników. Wiele z nich wybrało samobójczą śmierć w nurtach
Eufratu, by uniknąć hańby. Obrazy dzieci ormiańskich z tego czasu łudząco
przypominają sceny, które będziemy znać z Majdanka i Auschwitz.
Wbrew
staraniom władz tureckich znaleźli się jednak świadkowie ludobójstwa.
Dysponujemy fotografiami (wykonywanymi np. przez niemieckich wojskowych i
inżynierów zatrudnionych w Turcji) i licznymi spisanymi relacjami. Jedną z
najbardziej wstrząsających pozostawił amerykański ambasador w Turcji Henry
Morgenthau, który rozmawiał na temat eksterminacji Ormian z jej głównym
architektem, tureckim ministrem spraw wewnętrznych Talaatem Paszą. Ten zaś – w
rozmowie z amerykańskim dyplomatą – najbardziej troszczył się o to, co się
stanie z polisami ubezpieczeniowymi ofiar, wykupionymi w amerykańskich
ubezpieczalniach (najlepiej by było, zdaniem ministra-ludobójcy, gdyby przejęło
je tureckie państwo).
Ormianinie?
Jacy Ormianie?
Jak wspomniałem na
początku, we współczesnej Turcji tematu ludobójstwa popełnionego na Ormianach
nie ma. Tematem tabu jest w ogóle obecność Ormian w Turcji. Próżno pytać
przewodnika tureckiego o pozostałości kultury ormiańskiej w tym kraju. Jeżeli
nawet będzie chciał coś powiedzieć (większość nie chce), to nie będzie w stanie
nam dużo pokazać. Już w czasie akcji ludobójczej niszczono bowiem nie tylko
ludzi, lecz także ich kulturę materialną
– przede wszystkim kościoły, nie
oszczędzono nawet cmentarzy ormiańskich. Niedawno doszły do tego swoiście
rozumiane akcje „konserwacyjne” wobec tych zabytków ormiańskich, które jeszcze
pozostały (np. w rejonie jeziora Van). W tym przypadku „konserwacja” to tylko
kryptonim dla dewastacji.
We współczesnej Turcji najlepszym sposobem na
skompromitowanie przeciwnika politycznego nie jest zarzucenie mu korupcji czy
niemoralnego prowadzenia się, ale wytknięcie (rzekomych lub prawdziwych)
ormiańskich korzeni. To jest dopiero prawdziwa kompromitacja. Każdy mechanizm
oczerniania wykorzystuje utrwalone resentymenty i stereotypy. Te antyormiańskie
są trwale zakorzenione w tureckim społeczeństwie i raczej nie ma szans, że
znikną. W 1999 r. przeprowadzono wśród tureckiej młodzieży sondaż, wedle którego
ponad 44 proc. respondentów orzekło, że dobrych Ormian nie ma, a niemal 29 proc.
stwierdziło, że chociaż są dobrzy Ormianie, to większość jest zła. Wyniki
właściwie nie powinny dziwić, skoro jednym z priorytetów tureckiej polityki
edukacyjnej jest wymaganie od szkół, by wpajały uczniom, że żadnego ludobójstwa
nie było (w kwietniu 2003 roku wymagał tego specjalny okólnik tureckiego
ministerstwa edukacji skierowany do dyrektorów szkół podstawowych i
średnich).
Według wspomnianego okólnika, uczniów należy zachęcać do pisania
wypracowań na temat: „Walka przeciw oskarżeniom o popełnienie ludobójstwa”.
Uczniowie piszą rozprawki, ale i rząd turecki pilnie odrabia zadaną przez samego
siebie lekcję. I nie są tutaj istotne opcje polityczne, z których wywodzą się
poszczególni premierzy. W 1994 r. Tancu Ciller – pierwsza kobieta premier w
dziejach Turcji (a więc raczej dowód na zbliżanie się tego kraju do „zachodnich
standardów”), oświadczyła, że: „Ormianie w żaden sposób nie byli poddani
ludobójstwu”. Ta sama pani w 2000 roku, już jako polityk opozycyjny,
rekomendowała rządowi w Ankarze deportację 30 tysięcy Ormian jako środek
„odstraszający” Izbę Reprezentantów Kongresu USA, debatującą właśnie nad
rezolucją określającą eksterminację Ormian jako ludobójstwo. W 2001 roku, po
uznaniu przez francuskie Zgromadzenie Narodowe tego faktu, Ankara anulowała wart
dziesiątki milionów dolarów kontrakt na dostawę francuskiego
uzbrojenia.
Jednak mimo wysiłków kolejnych tureckich rządów, prawda o
ludobójstwie popełnionym na Ormianach coraz bardziej przebija się do światowej
opinii publicznej; przede wszystkim dzięki wysiłkom ormiańskiej diaspory, ale
również dzięki odważnym Turkom, jak np. pisarz Orhan Pamuk. Kolejne parlamenty
krajowe przyjmują stosowne rezolucje. W 2005 roku uczynił to Sejm RP. Są też
rezolucje Parlamentu Europejskiego (z 1987, 2000 i 2002 roku) wzywające Ankarę
do uznania wreszcie prawdy o ludobójstwie sprzed ponad 90 lat.
To prawda, że
minęło wiele czasu od pierwszego ludobójstwa XX wieku. Jednak pamięć o nim jest
potrzebna. Pisać o nim należy w polskiej prasie nie tylko dlatego, że Ormianie
przez wieki stanowili integralną część wielonarodowej Rzeczypospolitej i dali
Polsce wybitnych patriotów (np. ks. abp. Józefa Teodorowicza). Ale także
dlatego, że zapominanie o tym ludobójstwie było dla śmiertelnych wrogów Polski
inspiracją do zbrodni. Hitler podczas ostatniej narady dowództwa Wehrmachtu
przed 1 września 1939 r., nakłaniając do „wojny totalnej”, tonem zachęty mówił:
„A któż dziś pamięta jeszcze o wyniszczeniu Ormian?”.
Bogu dzięki, że coraz
więcej ludzi pamięta.
Prof. Grzegorz Kucharczyk
