Trzecia wojna światowa

U progu Wielkiego Tygodnia wskutek ataku bombowego w moskiewskim
metrze zginęło prawie 40 osób, a kilkadziesiąt odniosło rany. O dokonanie
samobójczego zamachu podejrzane są dwie szahidki z Kaukazu, prawdopodobnie z
Czeczenii. Przywódcy państw, w tym również Polski, prześcigają się w składaniu
wyrazów współczucia i pryncypialnie potępiają terroryzm. Ja oczywiście wiem, że
dzisiaj jest taki rozkaz, by terroryzm pryncypialnie potępiać, ale czym
właściwie jest cały ten terroryzm?

Przed dwoma tygodniami wdałem się w rozmowę z pewnym Rosjaninem, m.in. na
temat NATO. Mój rozmówca, najwyraźniej czymś zirytowany, zapytał mnie, ilu
żołnierzy liczy obecnie polska armia. Kiedy odpowiedziałem, że niecałe 100 tys.,
nie bez dumy poinformował mnie, iż wojsko rosyjskie zabiło w Czeczenii
już
280 tys. „bandytów”, a więc prawie trzy polskie armie. Taka masakra to
niewątpliwie terror, ale przecież nikt nie twierdzi, że Rosja uprawia w
Czeczenii jakiś „terroryzm”. Co w takim razie różni terror od
terroryzmu?
Wygląda na to, że pierwszy stosują państwa, podczas gdy terroryzm
– podmioty nieuznawane za państwa, tylko za „bandy”. Państwo „bandą” być nie
może, chociaż niektórzy, np. nieżyjący już amerykański ekonomista Murray N.
Rothbard, twierdzili, że to właśnie państwa są najgroźniejszymi organizacjami
przestępczymi. Trudno tak od razu temu zaprzeczyć, bo rzeczywiście państwa
nagminnie dopuszczają się czynów uznawanych we wszystkich kodeksach karnych za
groźne przestępstwa, i to przeważnie na szkodę własnych obywateli. Na przykład w
początkach I wojny światowej państwa wojujące uczyniły coś, przed czym wojna, w
którą się wdały, miała teoretycznie uchronić ich własnych obywateli. Kiedy
zwycięstwo nie nadchodziło, a rządom zabrakło pieniędzy, odstąpiły od wymiany
papierowych pieniędzy na złoto i srebro i narzuciły przymusowy kurs walutowy.
Krótko mówiąc – nie mogąc obrabować obywateli państw nieprzyjacielskich,
ograbiły własnych obywateli. No i przede wszystkim, jeśli porównamy arsenał
choćby najbiedniejszego państwa z arsenałem terrorystów, to nie da się ukryć, że
nawet owo najbiedniejsze państwo dysponuje znacznie większymi możliwościami
destrukcji. Na przykład USA porozumiały się ostatnio z Rosją i redukują liczbę
głowic jądrowych, ale przecież nawet po tej redukcji wystarczy ich do
wielokrotnego zniszczenia wszelkiego życia na Ziemi. Tego jednak w zasadzie nikt
nie uważa za obłęd, ani państwom nie ma za złe, bo przecież są one rodzajem
monopolu na przemoc, więc nic dziwnego, że gromadzą narzędzia przemocy. Ciekawe,
że ostatnio forsowany jest pogląd, iż wybranymi narzędziami przemocy, np. bronią
jądrową, niektóre państwa nie powinny dysponować. Na przykład Izrael twierdzi,
że tego typu broni nie powinien posiadać Iran. Jest to o tyle dziwne, że Izrael
broń nuklearną ma, chociaż uporczywie temu zaprzecza. Dlaczego Izraelowi wolno,
a Iranowi nie – nikt tego nie wie. Były ambasador Izraela w Warszawie pan
Szewach Weiss zupełnie poważnie twierdzi, że dlatego, iż Izrael ma złych
sąsiadów. A które państwo ma dobrych sąsiadów?
Wygląda na to, że terroryzm to
nic innego, jak strategia narodów słabszych i biedniejszych w obliczu przemocy
stosowanej wobec nich przez narody silne i bogate. Ponieważ narody słabsze nie
mogą pozwolić sobie ani na broń jądrową, ani na atomowe lotniskowce, ani na
kosztowne lotnictwo, ani na liczne dywizje pancerne, to stają przed dylematem:
czy pokornie słuchać bogatych i silnych, czy może jednak obmyślić skuteczny
sposób zniwelowania ich przygniatającej przewagi, by nie dać sobie narzucić
cudzej woli. I terroryzm jest właśnie strategią polegającą na obejściu przewagi
państw silniejszych, bo po pierwsze – ich potężna broń jest w tej sytuacji
raczej bezużyteczna; po drugie – daje przewagę zaskoczenia, gdyż to terroryści
decydują, gdzie uderzą; po trzecie – konieczność pilnowania całego świata zmusza
państwa do rozproszenia własnych sił, przez co ich lokalna przewaga nie jest już
tak wielka; po czwarte – poprzez oddziaływanie na opinię publiczną stwarza
sposobność zmiany polityki dużych państw niewielkim kosztem, o czym świadczy
przykład Hiszpanii, gdzie po zamachach na pociągi wybory wygrali socjaliści
obiecujący wycofanie wojska z Iraku; i wreszcie po piąte – wymusza na państwach
postępujące ograniczanie wolności, a więc podcinanie korzeni ich siły. W tej
sytuacji trudno się dziwić, że ci, którzy nie chcą się zgodzić na miejsce i rolę
w świecie, jakie przed stu laty wyznaczyli im kierownicy Imperium Brytyjskiego,
coraz chętniej z tej strategii korzystają. W rezultacie trzecia wojna światowa
już się toczy, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Ani nie
pochwalam, ani nie potępiam, tylko opowiadam.

 
Stanisław
Michalkiewicz

drukuj