Trudności ośrodków adopcyjnych
Nowa ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, która
weszła w życie z dniem 1 stycznia br., spowodowała ogromne trudności, zwłaszcza
jeśli chodzi o funkcjonowanie niepublicznych ośrodków adopcyjno-opiekuńczych,
czyli w większości katolickich tego typu placówek. Na krzywdzących zmianach
tracą przede wszystkim dzieci i rodzice.
Niepubliczne ośrodki adopcyjno-opiekuńcze za wielce niesprawiedliwe i krzywdzące
uważają rozróżnienie, że utrzymane zostaną te ośrodki adopcyjne, które
przeprowadziły w 2010 roku minimum 10 (placówki publiczne) lub 20 (niepubliczne)
adopcji. Z czego wynika to rozróżnienie? – pytają. Archidiecezjalny Ośrodek
Adopcyjno-Opiekuńczy w Łodzi spełnił ustawowe kryterium, a w zeszłym roku
przeprowadził aż 64 adopcje. Jeśli jednak chodzi o źródło finansowania, do tej
pory nie wie, czy otrzyma wystarczającą ilość pieniędzy, by i w tym roku
utrzymać liczbę procedur adopcyjnych na bardzo dobrym poziomie, a przecież od
tego może zależeć jego dalsze funkcjonowanie. – Do dzisiaj nie wiadomo, jakimi
środkami finansowymi będziemy dysponować. Jeżeli marszałek nie przekaże
wystarczającej liczby środków finansowych na działalność naszego ośrodka,
skutkować to będzie zwolnieniami pracowników – podkreśla w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" Justyna Gralewska-Sęk, psycholog, zastępca dyrektora
Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Łodzi. Obecnie w tym
konkretnym ośrodku zatrudnionych jest dziesięć osób. Obcięcie etatów z powodu
niezapewnienia odpowiednich środków finansowych będzie miało dodatkowe negatywne
skutki uderzające bezpośrednio w dzieci i rodziców adopcyjnych: mniejsza liczba
przeprowadzonych adopcji, dłuższy czas oczekiwania na adopcję. – Dzwonią pary z
innych miast, z Otwocka, Gorzowa Wielkopolskiego, z miast, gdzie ośrodki zostały
zlikwidowane. Pytają, czy zostaną u nas przyjęci, jaka będzie procedura i jak
długo będą oczekiwać na adopcję. Nie wiemy do tej pory, jak to będzie wyglądało,
i nie możemy podjąć żadnych decyzji – zaznacza Justyna Gralewska-Sęk.
To że do tej pory ośrodki, które spełniły ustawowe kryterium, nie wiedzą, jakimi
środkami finansowymi dysponują, a w związku z tym nie wiedzą, ile będą mogły
przeprowadzić procedur adopcyjnych, może się również przyczynić do tego, że
niektórzy zrezygnują i wybiorą inne placówki. – Ludzie z niepokojem dzwonią, czy
będziemy istnieć, jak długo. Mamy zapewnienie, że to będzie rok 2012. A co
będzie dalej, tego nie wiemy – twierdzi Gralewska-Sęk. To zapewnienie wynika z
ustawy, gdyż przepisy są przejściowe.
Diecezjalny Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy działający w strukturach Caritas
Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej na skutek ustawy musiał zawiesić działalność.
Teraz od zarządu województwa zależy, czy ośrodek będzie mógł kontynuować pracę.
– Jesteśmy zawieszeni, ponieważ ustawa jest nieprzemyślana, nierówno traktuje
podmioty publiczne i niepubliczne, jest tendencyjna, jeśli chodzi o wskaźniki,
bo nie uwzględnia wskaźników jakościowych, tylko ilościowe – mówi ks. Andrzej
Kołodziejczyk, dyrektor biura Caritas Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej w
Gorzowie Wielkopolskim. Diecezjalny ośrodek prowadzony przez Caritas oraz
ośrodek w Żarach nie spełniły ustawowego kryterium. Od zarządu województwa
zależy, czy zostaną utrzymane i będą mogły kontynuować pracę na zasadzie zadań
zleconych. – To nie będą duże pieniądze, ale da nam to możliwość działania,
będziemy mogli nadal pracować – mówi z nadzieją ks. Kołodziejczyk. Ten ośrodek
połączony jest z dwoma "oknami życia" – w Zielonej Górze i w Gorzowie
Wielkopolskim. Ich istnienie oczywiście nie jest zagrożone, ale gdyby doszło do
sytuacji likwidacji placówki, musiałby ulec zmianie wypracowany i sprawdzony
system postępowania w sytuacji pozostawienia przez matkę dziecka w "oknie
życia".
Kryterium liczby przeprowadzonych adopcji dotyczyło 2010 r., jednak nie wiadomo,
jakie wymogi postawią teraz przed ośrodkami adopcyjnymi marszałkowie województw.
Monika Redziak, psycholog i zastępca dyrektora Katolickiego Ośrodka
Opiekuńczo-Wychowawczego w Warszawie, w rozmowie z KAI stwierdza, że położenie
nacisku na liczby przy przeprowadzaniu adopcji będzie szkodliwe dla jakości tych
procedur. – Liczę na to, że takie myślenie o adopcji nie będzie występować.
Inaczej może się zdarzyć, że dzieci będą trafiać do rodzin źle, bo pośpiesznie
szkolonych, i niewystarczająco dobrze, bo zbyt szybko, zdiagnozowanych. Stracą
na tym dzieci – powiedziała.
Małgorzata Bochenek
