Triumf cywilizacji śmierci

Uhonorowanie Nagrodą Nobla twórcy metody zapłodnienia pozaustrojowego jest
częścią strategii realizowanej przez światowe elity. Jej celem jest
kontrolowanie populacji przez organizacje międzynarodowe. Z jednej strony
podsuwa się aborcję i sztuczną antykoncepcję krajom rozwijającym się, z drugiej
oferuje się in vitro bogatym, bezpłodnym parom zlaicyzowanego Zachodu.
Niewykluczone, że tegoroczny Nobel dla Roberta Geoffreya Edwardsa ma na celu
włączenie in vitro do tzw. praw człowieka, wraz z aborcją i prawem do zawierania
związków partnerskich.

Żyjemy w czasach, gdy zło zakłada maskę dobra. Wiele zjawisk ma dwie strony: tę,
którą widać, oraz tę zakrytą dla naszych oczu. W przypadku in vitro widać
bezpłodnych rodziców, którzy za pomocą sztucznych technik rozrodu otrzymują
dziecko. Nie widać zaś tego, że podczas tego zabiegu uśmiercanych jest wiele
"zbędnych" zarodków. Jedno życie kosztem innych. Trudno odnosić się z
entuzjazmem do uhonorowania przez komitet noblowski jednego z ojców tzw.
medycyny reprodukcyjnej. Trudno także nie doszukiwać się w tym wydarzeniu
drugiego dna – zwycięstwa cywilizacji śmierci, w której narzędziami kontroli
społeczeństw są sztuczna antykoncepcja, aborcja, eutanazja, manipulacje
genetyczne i sztuczna reprodukcja.
Doczekaliśmy czasów, gdy w świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji rocznie.
Gdyby zliczyć wszystkie morderstwa na nienarodzonych, okazałoby się, że liczba
uśmierconych w ten sposób dzieci przewyższa liczbę ofiar światowych konfliktów
zbrojnych w skali roku. To, czego nie widać, jest wielkim triumfem zła. Zło w
postaci wojny i obozów koncentracyjnych przeraża. Ukryte cierpienie
nienarodzonych jest niewidzialne i milczące. Doszło do tego, że
najniebezpieczniejszym miejscem dla dziecka okazuje się… łono własnej matki.

Podobnie dzieje się w przypadku in vitro. Jak pisze ks. prof. Artur Jerzy Katolo
w książce "Contra in vitro", "cenę najwyższą płaci dziecko w celu zaspokojenia
oczekiwań rodziców; niepłodność jednak pozostaje nadal nieuleczona".
O włączenie in vitro do tzw. praw człowieka wraz z aborcją i prawem do
zawierania związków partnerskich walczą nieustannie zwolennicy prawa
nienaturalnego. Skoro prawo naturalne jest odzwierciedleniem praw Bożych w
porządku natury, prawa nienaturalne są ich zaprzeczeniem (prawo do zabijania
poczętych dzieci, prawo do uśmiercania jednych kosztem drugich i nazywania
rodziną pary sodomitów).
Zauważmy, że wciąż w ponad 80 na prawie 200 krajów świata grzech sodomii jest
traktowany na równi z przestępstwem, a w niektórych z nich za stosunki
homoseksualne grozi kara śmierci. Jeszcze w roku 1990 homoseksualizm był uważany
za chorobę. Dziś homoseksualistom pragnącym się leczyć odmawia się tego prawa,
przypadłość ta bowiem nie figuruje na liście schorzeń. Pokazuje to absurdalność
sytuacji, w której mniejszość narzuca swoje fanaberie większości. Ale przecież
taka jest demokracja, system polityczny, w którym o naszym życiu decyduje
sąsiadka…
Wyniesienie in vitro do rangi czołowego osiągnięcia ludzkości jest także
realizacją wyznawanej przez międzynarodowe elity filozofii neomaltuzjanizmu.
Dziś wiemy, że lęki Malthusa związane z brakiem dostępu do żywności w wyniku
przeludnienia były bezpodstawne, neomaltuzjanizm jest filozofią skierowaną
przeciwko życiu ludzkiemu, traktującą człowieka jako szkodnika umniejszającego
naturalne zasoby ziemi. In vitro wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Według
różnych źródeł, nawet 95 proc. ludzkich embrionów wykorzystywanych do sztucznego
zapłodnienia ginie. Skuteczność metody na poziomie kilku procent oznacza więc,
że jedno życie uzyskiwanie jest w sposób nienaturalny kosztem wielu.
Profesor Katolo wskazuje na jeszcze jeden ważny paradoks. "Uderza w tym miejscu
pewna prawidłowość: z jednej strony zarabia się na antykoncepcji oraz aborcji
(czyli czyni się wszystko, aby dziecko nie przyszło na świat), z drugiej zaś –
bezpłodnym kobietom, które wcześniej stosowały te praktyki, proponuje się (także
przy tym zarabiając) "leczenie". Metody kontroli urodzeń stały się wielkim
międzynarodowym biznesem, trudno więc nie patrzeć na problem także od strony
ekonomicznej.

Narzędzie lewackiej ideologii
Jedynym pocieszeniem dla zwolenników ochrony życia od poczęcia do naturalnej
śmierci może być fakt, że Nagroda Nobla stała się nagrodą skompromitowaną, z
roku na rok tracącą swój prestiż w świecie. Literacki Nobel trafia przeważnie do
rąk zdeklarowanych wyznawców marksizmu, feministek i ideologów "postępu". W 2007
r. Pokojową Nagrodę Nobla otrzymał Al Gore – guru zwolenników tzw. efektu
cieplarnianego. To właśnie on jako jeden z pierwszych odważył się porównać
istnienie ludzkie do raka, którego należy wyplenić w celu uratowania naszej
planety (sic!). Honorowanie Pokojowym Noblem polityka, dla którego człowiek jest
zbędnym emitentem dwutlenku węgla, ukazało, iż komitet noblowski stał się
niewolnikiem politycznej poprawności. Żadne inne przesłanki, oprócz
ideologicznych, nie stały za przyznaniem nagrody dla Ala Gore’a, który w swych
książkach twierdził, że na Śląsku dzieci uczą się w kopalniach, z obawy przed
zanieczyszczeniem powietrza, a nauczyciele wypuszczają na powierzchnie kanarki,
aby sprawdzić, czy można już bezpiecznie oddychać. Kolejną kontrowersyjną
decyzją Szwedów był zeszłoroczny Pokojowy Nobel dla prezydenta USA Baracka Obamy,
a więc przywódcy kraju, który prowadzi najaktywniejsze działania militarne we
współczesnym świecie.
Kierując się powyższą logiką, należy się zastanowić, czy kolejnych nagród
powinniśmy się spodziewać wśród propagatorów aborcji, eutanazji i aktywistów
środowisk homoseksualnych?

Dr Tomasz Teluk


Autor jest założycielem Instytutu Globalizacji.

drukuj