„Tramwajarki” atakują

Tramwajarki, a nie tramwajarka Henryka Krzywonos? Ależ tak! To nie
Krzywonos zaatakowała na ostatnim uroczystym zjeździe "Solidarności" Jarosława
Kaczyńskiego, ale uczyniło to antyklerykalne środowisko feministyczne, które ona
od dawna reprezentuje. Aby atak był bardziej wiarygodny, Krzywonos rozpoczęła
swoją przemowę od starego, często powielanego kłamstwa, które poderwało na nogi
jej dawnych kolegów z "Solidarności", więc zaczęli gwizdać. Powiedziała: "Jestem
sygnatariuszem Porozumień Sierpniowych, to ja zatrzymałam komunikację miejską w
Gdańsku"!

W rzeczywistości Henryka Krzywonos nie zatrzymała komunikacji miejskiej w
mieście i nie była animatorką strajku. W piątek, 15 sierpnia 1980 r., prowadziła
tramwaj nr 15 do Gdańska Nowego Portu w czasie, gdy wielu jej kolegów z
komunikacji miejskiej już strajkowało. Pisze o tym Arkadiusz Kazański z
gdańskiego IPN w najnowszym "Biuletynie IPN".
Legendę o dzielnej tramwajarce, która rozpoczęła strajk w komunikacji,
upowszechnia od lat "Gazeta Wyborcza" ze względów propagandowych. Henryka
Krzywonos reprezentuje bowiem ideologię środowiska "GW". Jest zaprzyjaźniona z
Jolantą Kwaśniewską i z Kazimierą Szczuką – znaną z wyjątkowo brutalnych
wystąpień przeciwko obecności Kościoła w życiu publicznym. W jednej ze swoich
książek Szczuka szydziła ze zwyczaju uroczystego święcenia przez zaproszonych
kapłanów nowo wybudowanych obiektów, inauguracji działalności firm itp.
Promowanie przez "Gazetę" Henryki Krzywonos – okraszone świadomym powtarzaniem
starego kłamstwa, już dawno sprostowanego, to klasyczny zabieg: nadyma się jakąś
osobę, robi się z niej "autorytet" po to, by w odpowiednim momencie ten
"autorytet" zabierał głos w sprawach ważnych, zgodnie z potrzebami tego
środowiska. Tym razem były one jasne: zaatakować Jarosława Kaczyńskiego. Każda
okazja jest dobra. Nawet święto "Solidarności"! Najlepiej tuż po przemówieniu
przerywanym nieustannie brawami (w ciągu pierwszych dwóch minut czterokrotnie!),
by osłabić jego wymowę. Najlepiej za to, czego nie powiedział, bo wtedy powstaje
wielkie zamieszanie i nie ma mowy o odparciu zarzutów, pozostaje wolne pole dla
demagogów i gazetowych prestidigitatorów, którzy przedstawią, jak należy
"słuszny protest bohaterskiej tramwajarki". Przeciwko czemu? To najmniej ważne.
Wie to najlepiej Janusz Palikot. Krzywonos skorzystała z gotowego wzoru.

W imieniu brata
Już początek przemówienia Jarosława Kaczyńskiego poruszył zebranych: "Przemawiam
tu w imieniu mego śp. Brata. Wiem, że gdyby nie tragiczna, przedwczesna śmierć,
byłby tutaj, przemawiałby. Sądzę, że miałby bardzo wiele do powiedzenia (…).
Lech Kaczyński był człowiekiem 'Solidarności’ (…). Pozostał człowiekiem
'Solidarności’ także wtedy, gdy pełnił różne wysokie funkcje państwowe. I wtedy,
kiedy był prezydentem Rzeczypospolitej. Pamiętajcie o Nim, bo Jego misja
wskazuje na to, że idea 'Solidarności’ trwa, że jest nieśmiertelna!".
Za istotę tej idei Jarosław Kaczyński uznał wolność – zarówno tę odnoszącą się
do Narodu, jak i tę osobistą każdego z nas. Wolność od opresji i przymusu, ale i
wolność, która jest prawem do współuczestnictwa, współdziałania,
współdecydowania. "Dziś jest w Polsce wolność. Ułomna. Z przywilejami dla
jednych, z dyskryminacją dla innych. Ale jest. Pozostaje natomiast
republikańskie wyzwanie: 'Solidarność’ była i jest ruchem, który nigdy nie
wstydził się słowa 'Naród’! Była i jest ruchem narodowym. Nigdy nie wstydziła
się polskości! Była z niej dumna! (…). Obok ruchu Gandhiego był to drugi,
największy ruch społeczny w dziejach świata! Była zaprzeczeniem tego zarzutu,
który nam, Polakom, jest tak często stawiany: że nie potrafimy się organizować
(…). Ale 'Solidarność’ mogła powstać dzięki rewolucji moralnej. Dzięki temu,
że w tamtych dniach miliony Polaków odrzuciły opresję, odrzuciły zło, odrzuciły
to wszystko, co ich uwierało; i odrzuciły oszustwo, manipulację (…). Nie wolno
ludzi oszukiwać, nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to też jest manipulacja.
A tak często się z nią spotykamy! Była 'Solidarność’ ruchem, który zażądał
obecności religii – katolickiej przede wszystkim – w życiu publicznym. Zażądał i
uzyskał to, co było w ówczesnym komunistycznym świecie prawdziwym ewenementem
(…). Jeśli mówimy o 'Solidarności’, to trzeba pamiętać o uczuciu, którym jest
empatia. O tym, by wsłuchać się w każdego człowieka. Także tego, któremu jest
gorzej. 'Solidarność’ była ruchem przeciwko społecznej niesprawiedliwości.
Przeciwko haniebnemu często traktowaniu pracy i pracowników".
Przy całym szacunku dla wielu wybitnych osób, które wypowiadały się na temat
"Solidarności" jako ruchu społecznego, uważam, że to, co powiedział w Gdyni na
ten temat Jarosław Kaczyński, jest najpełniejszą deklaracją zasad, do których
trzeba nam wrócić, byśmy znów byli solidarni. A uwagi o potrzebie empatii są
bezpośrednią kontynuacją pięknej myśli Jana Pawła II o solidarności, która
polega na tym, byśmy jeden drugiemu pomagali w niesieniu jego krzyża. Także
uwagi Jarosława Kaczyńskiego o pracy i prawach pracowniczych, które nie są
"kosztami nieuzasadnionymi", wyrastają z nauki Sługi Bożego. Demokracja, wolny
rynek i prawa pracownicze to jest całość – mówił prezes PiS. Jeśli ktoś podnosi
rękę na jedną z części tej całości, to grzebie całość.
"Solidarność" roku 1980 w gruncie rzeczy zmieniała ustrój państwa
"socjalistycznego" w samym środku imperium. Już w swoim pierwszym postulacie.
Lech Kaczyński był rzecznikiem tych, którzy nie chcieli samoograniczenia, lecz
żądali więcej, wbrew opiniom niektórych doradców. "Mieli oni plan kompromisu,
który gdyby go realizować, okazałby się pozorny" – mówił na jubileuszowym
zjeździe "Solidarności" prezes PiS. To "robotnicy chcieli więcej i historia
przyznała im rację". – Tak jak w roku 1980 również dziś potrzebny jest
patriotyzm odwagi – mówił Jarosław Kaczyński, wyraźnie nawiązując do pozycji
Polski w Unii Europejskiej. "Chcemy więcej! Niech żyje 'Solidarność’!" –
zakończył wystąpienie.

"Różowe pająki"
Kiedy analizujemy zarzuty, jakie przedstawiła Jarosławowi Kaczyńskiemu Henryka
Krzywonos, pierwsze rzuca się w oczy to (o czym, niestety, nie mówili
komentatorzy w największych mediach), że nie miały one ścisłego związku z tym, o
czym mówił prezes PiS! Wbrew entuzjastycznym relacjom o "spontaniczności" i
"odwadze" Krzywonos, jej wystąpienie sprawiało wrażenie starannie przygotowanego
i odpowiednio ubarwionego, by wyglądało na "spontaniczną reakcję" – łącznie z tą
"krwią jaśnistą", która ją zalewa… Krótko mówiąc: efekty specjalne dla
naiwnych lub potrzebujących podobnych efektów. Podczas całego wystąpienia
Krzywonos na sali rozlegały się gwizdy i śmiechy, bo obecni mieli świadomość, co
się dzieje na ich oczach.
Najpodlejszym wątkiem wystąpienia Krzywonos było oskarżanie Jarosława
Kaczyńskiego, że "zdradził" brata! Ona musi go przed nim bronić! Tego nie
wymyśliłby nawet Janusz Palikot, specjalizujący się w upokarzaniu prezesa PiS,
ku uciesze bywalców baru Zakąski-Przekąski na Krakowskim Przedmieściu, twórców
szyderczego "krzyża" z puszek po piwie…
Najważniejsze komentarze do występu Henryki Krzywonos można znaleźć w internecie.
Wśród nich godne zacytowania są zwłaszcza wypowiedzi Krzysztofa Wyszkowskiego i
jednego z bohaterów wielkiego strajku w Gdyni, sygnatariusza Porozumienia
Gdańskiego, później bohatera "Solidarności Walczącej" – Andrzeja Kołodzieja.
Wyszkowski napisał: "Krzywonos, a także inni koncesjonowani przez dominujące
media działacze twierdzą, że pomiędzy MKS i strajkującymi z jednej strony a
doradcami z drugiej nie było żadnego sporu w kwestii żądania wolnych związków
zawodowych. Tymczasem Tadeusz Mazowiecki z kolegami przyjechali do stoczni z
zamiarem namówienia strajkujących do odstąpienia od postulatu nr 1, czyli
wolnych związków zawodowych, i zadowolenia się demokratycznymi wyborami w ramach
tzw. Centralnej Rady Związków Zawodowych. Rozmawiałem z Mazowieckim zaraz po
jego przybyciu do sali BHP i wskazał mi on właśnie taką granicę, pisząc na
kartce różne możliwości. Takie stanowisko doradców potwierdzają dokumenty
dostępne w IPN. Wie to każdy, kto był wtedy w Stoczni i kto wykazuje minimalne
zainteresowanie opublikowanymi już opracowaniami tematu (…). Nie zwracam się
do Henryki, a wzywam do zabrania głosu jej przyjaciela i sponsora Bogdana
Borusewicza – bo to on ustalał z Lechem Kaczyńskim sposoby nacisku na doradców.
To Borusewicz nazwał doradców 'różowymi pająkami’, wskazując w ten sposób, że
tylko niewiele różnią się od 'czerwonych pająków’, czyli komunistów. To
Borusewicz, wspomagany przez Konrada Bielińskiego, na posiedzeniu Komitetu
Strajkowego w Stoczni Gdańskiej tak ostro atakował doradców, że Bohdan Cywiński
chciał natychmiast opuścić stocznię".
Andrzej Kołodziej: "Incydent wywołany na jubileuszowym zjeździe 'Solidarności’ w
Gdyni przez Henrykę Krzywonos nie był spontaniczną reakcją na wystąpienie
Jarosława Kaczyńskiego. Wystąpienie prezesa PiS stanowiło jedynie pretekst do
przedstawienia punktu widzenia byłych działaczy Unii Wolności. Przypuszczam, że
miało to doprowadzić do osłabienia roli związków zawodowych i przejęcia kontroli
nad organizowaniem obchodów święta 'Solidarności’ przez władze państwowe (…).
Jarosław Kaczyński, wspominając rangę udziału Lecha Kaczyńskiego jako doradcy
MKS w sierpniu 1980 r., miał rację. Następnego dnia po przybyciu na strajk tzw.
doradców warszawskich, prof. Jadwiga Staniszkis na niejawnym spotkaniu w hali
wydziału W-3 Stoczni Gdańskiej wyjaśniła nam rolę, jaką mają do spełnienia owi
doradcy. Zrozumieliśmy, że w zasadzie są oni emisariuszami władzy
komunistycznej. Ich podstawowym zadaniem miało być przekonanie nas do rezygnacji
z postulatu dotyczącego wolnych związków zawodowych. Na tym spotkaniu
rozważaliśmy możliwość zrezygnowania z ich 'doradczych’ usług, ale został już
opublikowany komunikat i nie chcieliśmy mieszać ludziom w głowach. W gronie
członków prezydium MKS związanych z WZZ Wybrzeża zdecydowaliśmy, że naszymi
doradcami, do których mamy zaufanie, pozostaną Jadwiga Staniszkis, Lech
Kaczyński i Jan Olszewski. Od tego momentu moje zaufanie do doradców
warszawskich było równe zaufaniu do komisji rządowej…".

Studium kłamstwa
"Gazeta Wyborcza" wbrew znanym faktom uczyniła z Henryki Krzywonos bohaterkę
wielkiego strajku, która atakuje mówiącego nieprawdę Jarosława Kaczyńskiego.
Atakuje "odważnie" i "spontanicznie". Zdjęcia ze zjazdu pokazują, bez potrzeby
dodatkowego komentarza, że w wystąpieniu Krzywonos nie było ani odwagi, ani
spontaniczności. Była raczej bezpieczna pewność, że z takimi protektorami,
jakich ma, można sobie pozwolić na wiele, bez obawy o konsekwencje. W gruncie
rzeczy to, co zrobiła pani Krzywonos, niewiele się różni poziomem od wystąpień
łobuzów na Krakowskim Przedmieściu. Cel ataku był ten sam: nieżyjący prezydent
RP i jego brat. Podstawa "ideowa" również tożsama. Szkoda, że tak wielu młodych
ludzi dało się nabrać na "spontaniczne" oburzenie pani Krzywonos. Jeszcze raz
zwyciężył skuteczny PR. Dla nas wszystkich to jednak ważna nauka. Byliśmy bowiem
naocznymi świadkami studium kłamstwa medialnego od jego podstaw opartych na
prostym kłamstwie o "wstrzymaniu komunikacji" i na wyreżyserowanej
"naturalności" ("jestem prostą kobietą, krew jaśnista mnie zalewa" […],
wszystko, co pan robi, bardzo mnie obraża"…) aż do papki podanej publiczności
do skonsumowania: oto bohaterska tramwajarka nie wytrzymała i wygarnęła, co
myśli… Niestety, wielu przyjęło tę inscenizację za prawdę.

Szczepan Surdy

drukuj