To rząd musi walczyć z inflacją
Z prof. Andrzejem Kaźmierczakiem, wykładowcą nauki o finansach w Katedrze Bankowości Szkoły Głównej Handlowej, rozmawia Mariusz Bober
Opozycja i koalicja rządząca ostatnio zrzucały na siebie nawzajem winę za rosnące ceny podstawowych produktów i usług. Kto ma rację w tym sporze?
– Minister finansów Jan Rostowski uważa, że winę za wysokie ceny ponosi Narodowy Bank Polski, ponieważ odpowiada on za inflację, wyznacza cel inflacyjny i jest zobowiązany do jego realizacji. Pojawia się pytanie, czy rzeczywiście to NBP odpowiada za ostatnie podwyżki cen. Równie właściwe jest pytanie, czy to rząd nie przyczynił się do podwyżek.
Obecny rząd?
– Tak. Przecież to opozycja zażądała debaty w tej sprawie. By odpowiedzieć na pytanie o to, kto ma rację, trzeba przyjrzeć się przyczynom wzrostu cen w Polsce.
Jakie są w takim razie prawdziwe przyczyny?
– Inflacja rzeczywiście wystąpiła w Polsce, i jest u nas wyższa niż w strefie euro. To nie jest tylko zjawisko medialne, jak sugeruje rząd. Odpowiedzi na pytanie o przyczynę inflacji należy szukać, analizując strukturę wzrostu cen. Wynika z niej, że duży wpływ na to miało podniesienie cen kontrolowanych przez państwo. Wzrost tego typu cen wyniósł 1,5 procent. Wzrost cen kontrolowanych odpowiada w 33 proc. za ogólny wzrost inflacji w czerwcu br. Chodzi tu o ceny produktów i usług, które są podnoszone przez spółki Skarbu Państwa. Odpowiada za to także Ministerstwo Finansów. Te podwyżki mogły być nawet inspirowane przez władze.
Dlaczego?
– Aby podnieść dochody budżetu państwa. Proszę zauważyć, że w planach na przyszły rok rząd założył inflację na poziomie 2,9 proc., a więc śmiesznie niskim. Jeśli więc zrewaloryzuje wydatki budżetowe o taki wskaźnik, to będzie to oznaczało realne zmniejszenie wydatków budżetowych, a zwiększenie dochodów, i to w sposób zakamuflowany. O to właśnie chodzi rządowi. Przecież np. VAT będzie liczony od cen bieżących, które będą niewątpliwie wyższe, a nie od tych zaplanowanych przez rząd na przyszły rok. Wzrosną wpływy z podatku od przedsiębiorstw, ale także od ludności, która będzie szybciej wpadała w wyższe progi podatkowe. Ale powtórzmy, na skutek inflacji przede wszystkim wzrosną wpływy państwa z tytułu podatku VAT. Jest on bowiem liczony jako stały procent cen detalicznych, a te będą rosły szybciej niż przyjęto w makroekonomicznych założeniach do przyszłorocznego budżetu. Dlatego inflacja jest korzystna dla państwa. Ale ktoś inny na tym traci.
Kto najbardziej?
– Ci, których dochody nie nadążają za wzrostem cen. Przecież firmy zrekompensują sobie inflację podwyżkami cen produkowanych towarów. Są na tyle silne na rynku. Natomiast pracobiorcy, w tym pracownicy sektora prywatnego, oraz emeryci i renciści nie wywalczą sobie podwyżek płac, emerytur i rent.
Czy to jedyny powód wzrostu inflacji?
– Nie. Na wzrost cen podstawowych produktów miała też wpływ drożejąca żywność. W czerwcu wzrost cen żywności spowodował wzrost ogólnej inflacji aż o 1,9 procent. Wzrost cen żywności był w 41 proc. odpowiedzialny za czerwcowy wskaźnik inflacji.
Jakie są przyczyny wzrostu cen żywności?
– W dużej mierze są to czynniki niezależne od państwa, a nawet człowieka, m.in. klęska nieurodzaju w ubiegłym roku, która zwykle ujawnia się w roku następnym. Stąd ujawniła się właśnie w ostatnich miesiącach. Jednak w Polsce wzrost cen artykułów spożywczych był znacznie wyższy niż w krajach strefy euro. Powstaje pytanie, dlaczego u nas tak bardzo podrożała żywność.
Właśnie…
– Kluczowa jest tu analiza wzrostu cen najważniejszych produktów spożywczych, głównie pszenicy konsumpcyjnej, kukurydzy i jęczmienia, które były wyższe niż w starej UE. Wynika to z dużej oligopolizacji i monopolizacji obrotu artykułami żywnościowymi w Polsce. Ci pośrednicy między producentem a konsumentem przechwytują dużą część zysku, korzystając ze wzrostu cen. Niewiele z tego ma producent, a dużo więcej płaci konsument. Korzystają natomiast te przedsiębiorstwa hurtowe, które w dużej mierze opanowane są przez Polskie Stronnictwo Ludowe…
Czyli znów dochodzimy do obecnego rządu?
– Tak. Tym bardziej że zadaniem rządu jest walka z monopolami i oligopolami. Podobna sytuacja wpływania przez monopol na wzrost cen występuje w dziedzinie obrotu paliwami. Ceny paliw rosną, co usprawiedliwia się wzrostem cen ropy naftowej. Ale proszę zauważyć, że w ostatnich dniach ceny ropy znacznie spadły, o ponad 20 USD za baryłkę, a czy zauważył pan spadek cen paliw na stacjach?
Zdecydowanie nie!
– No właśnie! Mechanizm jest więc jednokierunkowy – wykorzystuje się wcześniejsze wzrosty cen ropy dla podbicia swoich dochodów. Tu znów wychodzi rola rządu, który powinien rozbijać monopole i przeciwdziałać zapędom monopolistycznym. Przecież niedawno ujawniono, że Orlen wręcz wyznaczał ceny detaliczne na stacjach benzynowych. Dobrze opisane w prasie były przypadki zmowy producentów materiałów budowlanych z firmami pośredniczącymi. Doszło do kuriozalnej sytuacji, iż ceny materiałów budowlanych w Polsce są wyższe niż w Niemczech.
Przedstawiciele koalicji tłumaczą też, że inflacja wynika również ze wzrostu płac…
– Płace rzeczywiście rosną, ale pamiętajmy, że wydajność pracy również wzrasta. Wzrost płac nie jest przyczyną inflacji, tylko jej skutkiem. To świat pracy broni się w ten sposób przed spadkiem realnej siły nabywczej i dochodów. A mimo to i tak jest w stanie wywalczyć tylko częściową rekompensatę spadku płac realnych, i to z opóźnieniem. Część pracowników, zwłaszcza sfery budżetowej, emerytów i rencistów, nie jest w stanie uzyskać tej rekompensaty w ogóle.
Niektórzy przedstawiciele koalicji unikają mówienia o inflacji, a niektóre media nawet stawiały w tytułach pytanie, czy to tylko drożyzna, w domyśle niektórych produktów i usług, czy inflacja, czyli ogólny wzrost cen. Dlatego szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniew Chlebowski tłumaczył, że przecież spadły ceny np. mieszkań.
– Pojęcie drożyzny dotyczy raczej towarów powszechnego użytku i usług, z których najczęściej korzystamy. Sprowadza się więc do inflacji postrzeganej. Natomiast wskaźnik inflacji mierzy się szerzej. Oczywiście jeśli zsumuje się wielkość wzrostu cen, np. żywności, i spadek cen, np. mieszkań, wskaźnik inflacji będzie niższy. Tyle że mieszkanie zwykle nabywamy raz w życiu. W zakupach zaś dominują artykuły żywnościowe. Zgodnie z prawem Engla im dochody są niższe, tym większy udział stanowią w nich wydatki na żywność. Odwracając sytuację, im większe dochody, tym większy udział w nich mają oszczędności. Dlatego wzrost cen żywności najbardziej dotyka warstw biednych i średnich. Poza tym urzędy i instytucje statystyczne różnie liczą inflację, co było wykorzystywane zwłaszcza w gospodarce socjalistycznej. Dlatego też wskaźniki podawane przez GUS czy rząd mają się nijak do odczuć zwykłego pracownika, który widzi, że np. za nabiał, który kupuje prawie codziennie, musi zapłacić 20 proc. więcej niż na początku roku. Podobnie z ceną chleba i wyrobami cukierniczymi.
Niektórzy ekonomiści uważają, że wzrost cen w Polsce jest zjawiskiem naturalnym, wynikającym z rozwoju naszej gospodarki, która przecież ma „gonić” gospodarki państw starej UE.
– Ale na razie to ceny ważnych produktów, jak pszenica, jęczmień czy kukurydza, przewyższyły ceny w starych krajach UE. Jeśli zaś mamy doganiać te kraje, powinny rosnąć pensje. Inflacja nie jest wcale zjawiskiem naturalnym dla kraju rozwijającego się, jakim jest Polska. To prawda, iż w takiej gospodarce zawsze są jakieś ruchy cenowe. Na tym polega działanie mechanizmów rynkowych. Z tym trzeba się pogodzić. Jednak gdy wzrosty cen przekraczają 3 proc., to jest to już niepokojące i ma negatywny wpływ na gospodarkę. Jest taka zasada, że im wyższe tempo wzrostu gospodarczego, tym wyższa inflacja. Ale w Polsce mieliśmy przecież lata, gdy notowaliśmy wysoki wzrost gospodarczy przy nawet 1-procentowej inflacji. Ponadto obecnie mamy przyzwoity, 5-procentowy, ale wcale nie nadzwyczajny wzrost gospodarczy. Wreszcie trzeba pamiętać, iż dochody w Polsce są znacznie niższe niż w UE.
Czyli to dochody Polaków powinny rosnąć, a nie ceny podstawowych produktów i usług?
– Oczywiście. W Polsce udział płac w koszcie wytworzenia produktu wynosi ok. 23 proc., na Zachodzie – ponad 60 procent. Koszty płac w Polsce są więc relatywnie niskie. Zatem przyspieszenie tempa wzrostu PKB wcale nie musi oznaczać gwałtownego przyrostu popytu globalnego i presji inflacyjnej. Płace powinny rosnąć, tym bardziej że wydajność pracy rośnie, o czym właściwie się nie mówi. Zamiast tego straszy się wzrostem wynagrodzeń jakoby powodujących inflację. Dlatego też uważam, że przestaliśmy doganiać kraje starej UE w rozwoju gospodarczym. Moim zdaniem, obecnie obserwujemy wręcz utrwalanie różnic w rozwoju w porównaniu z państwami strefy euro.
Czyli oskarżenia ministra Rostowskiego pod adresem NBP to demagogia?
– W ogromnej mierze tak. Co prawda rzeczywiście w ubiegłym roku doszło do wzrostu liczby udzielanych kredytów konsumpcyjnych, które zwiększały popyt. Można było wówczas oczekiwać pewnych działań zmierzających do zahamowania pędu do udzielania kredytów hipotecznych. Jednak tą działalnością zajmują się zwykle banki będące w rękach firm zagranicznych, więc wpływ NBP na tę sytuację jest niewielki. Większy wpływ na procesy inflacyjne miały natomiast samorządy lokalne.
W jaki sposób?
– Poprzez wzrost opłat za usługi komunalne, m.in. za wywóz śmieci czy opłaty za wodę. I tak przykładowo opłata za wywóz śmieci w Warszawie wzrosła o 100 procent. Wzrósł także podatek od nieruchomości. Na to również większy wpływ niż NBP ma rząd.
Czy zalecanie podnoszenia stóp procentowych nie jest dziwne w sytuacji, gdy dotychczasowe podwyżki NBP boleśnie odczuli kredytobiorcy, co pogłębiło jeszcze efekt inflacji?
– Rzeczywiście, trudno zarzucić bankowi centralnemu, że nie walczył z inflacją, bo przecież od początku 2007 r. podniósł on aż 8 razy stopy procentowe. Jednak te podwyżki niewiele dały, bo przyczyny inflacji tkwią nie w nadmiernym popycie po stronie społeczeństwa, ale w kosztach. Podwyżka stóp procentowych ma jedynie wpływ na tzw. oczekiwania inflacyjne. Jeżeli konsumenci i przedsiębiorcy oczekują wzrostu stóp procentowych, to znaczy, że władze są zdeterminowane do tego, aby walczyć z inflacją. To zwiększa zaufanie do gospodarki inwestorów. Jeśli więc NBP będzie nadal zwiększać stopy procentowe, doprowadzi do zmniejszenia tzw. inflacji popytowej. Ale problem polega na tym, iż jej udział w strukturze całej inflacji jest niewielki. Dlatego wzrost stóp procentowych doprowadzi do zahamowania wzrostu gospodarczego, a nie inflacji. Obyśmy nie doczekali się sytuacji stagflacji, czyli połączenia zastoju produkcji z inflacją. Jest to sytuacja najgorsza z możliwych. Zresztą już widać wyhamowywanie tempa wzrostu gospodarczego. Stąd też bez względu na to, jakie będą stopy procentowe, ceny będą rosnąć. Chyba że rząd zmieni swoją politykę.
Co może zmienić gabinet Donalda Tuska?
– Tak jak wspomniałem, powinien zwalczać zjawiska monopolistyczne w gospodarce, zwłaszcza w sektorze spożywczym, paliwowym i energetycznym. Rząd sam nakręcał inflację, podnosząc ceny kontrolowane. Dlatego wypowiedzi ministra Rostowskiego, że będzie zwalczał inflację, podnosząc konkurencyjność firm, to nie jest program walki z inflacją. Z tej wypowiedzi wynika, że on nie ma żadnego programu antyinflacyjnego.
Jak Pan ocenia oskarżenia kierowane przez ministra Rostowskiego pod adresem poprzedniego rządu o stymulowanie inflacji?
– One również są nieuzasadnione. Przecież kredyty i dochody ludności rosły w okresie rządów PiS w umiarkowanym tempie. Co prawda rzeczywiście wzrosły pewne wydatki budżetu państwa, ale one nie doprowadziły do wzrostu inflacji, tym bardziej że za czasów poprzedniej ekipy deficyt budżetowy okazał się niższy od zakładanego. Chciałbym ponadto zauważyć, iż za poprzedniego rządu nie było tak gwałtownego wzrostu cen kontrolowanych. Tymczasem po dojściu do władzy PO podwyżki takie ruszyły od stycznia. To był świadomy zamysł. Oczywiście to nie rząd podnosi ceny, tylko np. firma dostarczająca prąd czy paliwa. Ale przecież te firmy są kontrolowane przez rząd.
Czyli podwyżki cen żywności, ale przede wszystkim nośników energii na świecie nie miały większego wpływu na sytuację w Polsce?
– Moim zdaniem, światowe ceny żywności nie przekładają się w dużym stopniu na wzrost cen w naszym kraju. Przecież Polska jest żywnościowo samowystarczalna, nawet eksportujemy artykuły spożywcze. Zatem można zapytać językiem potocznym: co ma piernik do wiatraka? Jeśli bowiem to my sami produkujemy żywność, o jej cenach decydują lokalne warunki jej wytworzenia, a nie ceny zagraniczne. Oczywiście pewien wpływ na inflację w naszym kraju ma wzrost inflacji na świecie. Odnosi się to przede wszystkim do cen nośników energii. Problem polega jednak na tym, że inflacja w Polsce jest wysoka w porównaniu ze strefą euro. Moim zdaniem, wynika to przede wszystkim z uwarunkowań wewnętrznych.
Dlaczego w niektórych krajach, nawet tych będących członkami UE, jak Łotwa i Bułgaria, szaleje inflacja (odpowiednio 17,5 i 14,7 proc.)? Problemy Zimbabwe, gdzie ceny są 2 mln proc. wyższe niż przed rokiem, wynikają zapewne z nieudolnej i ideologicznej polityki władz.
– W Zimbabwe mamy do czynienia z hiperinflacją wywołaną olbrzymim deficytem budżetowym, który finansuje bank centralny drukowaniem pustego pieniądza i udzielaniem kredytów na nieuzasadnione, astronomiczne potrzeby władzy państwowej. Na szczęście w Polsce NBP nie może finansować deficytu budżetowego. U nas mogą to robić jedynie inwestorzy komercyjni, jak fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, firmy czy osoby prywatne z kraju i zagranicy. Dzięki temu nie dochodzi do dodatkowej kreacji pustego pieniądza. Następuje tylko przesunięcie już istniejącej, wcześniej wykreowanej siły nabywczej z tych podmiotów na państwo. Ma to niestety taki uboczny skutek, że podnosi koszty obsługi długu. W przyszłym roku w Polsce obsługa długu publicznego wyniesie ponad 33 mld złotych. Przyczynia się do tego także wysoki poziom stóp procentowych. Wzrost deficytu budżetowego i przyrost obligacji skarbowych w obiegu wymusza bowiem wyższą stopę ich oprocentowania. A to podnosi koszt obsługi długu. Również wzrost inflacji wymusza wzrost stóp procentowych.
To rząd powinien więc wziąć się do pracy w celu osłabienia inflacji?
– Tak. Największe pole manewru do jej ograniczenia jest właśnie w poskromieniu monopoli w sferze obrotu, o których mówiłem.
Dziękuję za rozmowę.
