To Lech Kaczyński zatrzymał rosyjskich żołnierzy
Z Valdasem Adamkusem, byłym prezydentem Litwy, rozmawiają w Wilnie Łukasz
Sianożęcki i Mariusz Bober
Łączyły Pana bliskie relacje z Lechem Kaczyńskim. To efekt podobnego sposobu
pojmowania polityki, wspólnych celów państw naszej części Europy?
– Po raz pierwszy spotkałem Lecha Kaczyńskiego po objęciu przez niego funkcji
prezydenta. Już podczas pierwszego naszego spotkania w Warszawie zawiązała się
między nami nić sympatii. Zapamiętałem go jako człowieka otwartego, uprzejmego i
niezwykle prawego. Od razu zadeklarował, że zależy mu na dobrych relacjach. Już
podczas pierwszego spotkania powiedział mi, że nasze kraje mają ze sobą wiele
wspólnego, o czym zapomniało moje pokolenie, nie wspominając o pokoleniu, które
właśnie wchodzi w życie. Lech Kaczyński powiedział też, że mamy historyczną
okazję, aby coś z tego wspólnego dziedzictwa odbudować. Później udowodnił, że
postępował tak, jak myślał. Spotykaliśmy się towarzysko wiele razy. W czasie
oficjalnych spotkań z udziałem przywódców 27 państw UE wszyscy wiedzieli, że
Kaczyński i Adamkus będą chcieli siedzieć obok siebie. Oczywiście podczas
roboczych obiadów miejsca są wyznaczane wcześniej, ale w trakcie wszystkich
towarzyskich spotkań byliśmy razem. Miałem okazję być gościem prezydenta w
Juracie [w prezydenckim ośrodku wypoczynkowym w sierpniu 2007 r. – przyp. red.].
Spędziliśmy tam bardzo miłe chwile. Nasza przyjaźń bardzo się umocniła podczas
kryzysu w Gruzji. W drodze dyskutowaliśmy nie tylko o sytuacji politycznej, ale
także o relacjach międzyludzkich. W trakcie tej rozmowy Lech Kaczyński wyraził
zrozumienie i współczucie dla ludzi cierpiących, których spotkało nieszczęście
jak wielu obywateli Gruzji. Wspominam prezydenta Kaczyńskiego jako dobrego
przywódcę swego kraju i dobrego człowieka. To ironia losu, że ludzi, którzy
przyczyniają się do pogłębienia bezpośrednich, otwartych relacji, spotyka taka
tragedia. Dla mnie Lech Kaczyński był wyjątkową osobą.
Wspólny lot do Gruzji był swoistym testem relacji państw regionu. Jak Pan
wspomina wiec w Tbilisi w sierpniu 2008 roku?
– Gdy zaczął się konflikt w Gruzji, pojawiło się mnóstwo nieprawdziwych i
wprowadzających w błąd opinii na temat tego, kto zaczął ten konflikt i czy
przyczyną nie była prowokacja Michaiła Saakaszwilego.
Czyja to była inicjatywa?
– Ta nasza szybka reakcja była zasługą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdy
rozmawialiśmy zaraz po wybuchu konfliktu, powiedział mi: "Nie możemy być tylko
widzami". To on pierwszy zadzwonił do mnie. Powiedział też, że musimy coś
zrobić. Jedna z propozycji brzmiała: Czemu nie mielibyśmy pojechać tam razem z
przywódcami Łotwy, Estonii i innych krajów? Prezydent Kaczyński zaoferował
samolot. Zadzwoniłem do pozostałych przywódców państw naszego regionu.
Przybyliśmy na miejsce w ważnym momencie, gdy cała uwaga opinii międzynarodowej
była zwrócona na Gruzję. Udało się. Staliśmy przed parlamentem gruzińskim, przed
którym zgromadzonych było 10 tys. ludzi protestujących przeciw rosyjskiej
agresji. Przekazaliśmy im nasze stanowisko, że nie można zaakceptować takich
działań, jakich dopuściły się władze Rosji. Staraliśmy się zwrócić uwagę świata,
że nie można przyzwalać na łamanie zasad demokracji.
Zgadza się Pan z opinią, że to wsparcie polityczne przywódców państw regionu
Europy Środkowo-Wschodniej powstrzymało marsz armii rosyjskiej na Tbilisi?
– To spotkanie zostało nagłośnione na świecie, relacjonowały je wszystkie
agencje informacyjne. Mieliśmy informacje, że rosyjscy żołnierze, którzy
znajdowali się zaledwie 2 km od Tbilisi, zatrzymali się. Myślę, że w jakiś
sposób powstrzymaliśmy ich przed wkroczeniem do gruzińskiej stolicy.
Jaki wpływ miała polityka prowadzona przez Lecha Kaczyńskiego na poprawę
sytuacji krajów byłego bloku wschodniego, takich jak np. Gruzja?
– Jego polityka wpisywała się w nasze starania stworzenia polityki regionalnej,
która odpowiadała także na potrzeby Ukrainy (te wyrażone podczas "pomarańczowej
rewolucji"), Gruzji i oczywiście krajów bałtyckich. Lech Kaczyński był jedynym
politykiem naszego regionu, który brał udział w konferencji prezydentów krajów
bałtyckich. Staraliśmy się ustanowić niezależną politykę energetyczną i wspólny,
regionalny rynek. To był pierwszy krok. Następnym byłoby rozszerzenie go na
Ukrainę, może także Gruzję i inne państwa regionu. Nadal uważamy, że realizacja
tego pomysłu jest możliwa. Musiałyby jednak się zmienić obecne relacje Litwy i
Polski.
Właśnie tu, w Wilnie, przed rokiem prezydent Lech Kaczyński złożył swoją
ostatnią wizytę zagraniczną, zaledwie dwa dni przed katastrofą. Mówił o
strategicznej współpracy i ważnych dla naszych państw projektach.
– Współpraca z prezydentem Lechem Kaczyńskim i generalnie ostatnie 10 lat
relacji polsko-litewskich to był – jak to określam – "złoty wiek". Jeszcze
bowiem na początku lat 90. mieliśmy całkiem inne, gorsze relacje. Gdy mówię o
"złotym wieku", mam na myśli moją współpracę z dwoma prezydentami Polski:
Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Kaczyńskim. Powiedziałbym, że wcześniejsze
nieporozumienia, napięcia w tej części Europy zostały po prostu wyeliminowane
przez politykę współpracy strategicznej między naszymi krajami. Okres
strategicznych relacji to czas współpracy z dwoma ostatnimi prezydentami Polski,
a przede wszystkim z Lechem Kaczyńskim, który koncentrował się na utrzymywaniu
dobrych relacji w tej części Europy oraz owocnej współpracy. Chodziło o
współpracę zwłaszcza krajów Europy Środkowo-Wschodniej, państw bałtyckich, a
także rejonu Kaukazu i Skandynawii. Wiele razy dyskutowaliśmy o tym, jak
rozwinąć regionalną politykę zagraniczną, jako grupy państw, które – tak jak
kraje zachodnie, zwłaszcza zachodnioeuropejskie – mają silną pozycję.
Jak określiłby Pan wizję polityki regionalnej prezydenta Kaczyńskiego?
– Prezydent Kaczyński chciał utworzyć silny sojusz w ramach UE, ze szczególnym
udziałem Litwy, krajów bałtyckich i Skandynawii. Poświęciliśmy wiele spotkań,
próbując budować ten rodzaj silnej równowagi. Uczestniczyłem w wielu spotkaniach
na forum Unii Europejskiej, na których prezydent Kaczyński reprezentował swój
kraj, zajmując twarde stanowisko także w imieniu innych państw naszej części
Europy. Wierzył w demokrację. Mogę zaświadczyć o tym, ponieważ uczestniczyłem w
wielu spotkaniach z nim, częściej niż przywódcy innych krajów europejskich.
Złożyłem w Warszawie 15 oficjalnych wizyt, on również często przyjeżdżał do
Wilna. Dyskutowaliśmy nie tylko o relacjach między naszymi krajami, ale także o
stosunkach z naszymi dużymi sąsiadami, w tym z Rosją, próbowaliśmy ustanowić
pełne szacunku, trwałe relacje w naszej części Europy, które nie opierają się na
podziale na kraje duże i małe oraz założeniu, że te ostatnie mogą być
ignorowane. Myślę, że takie relacje równoprawności udało się już ustanowić w
relacjach polsko-litewskich. To, że Litwa została członkiem NATO i Unii
Europejskiej, stało się również dzięki poparciu Polski. To jest przykład siły
strategicznych relacji między naszymi krajami. Niestety, właśnie to tracimy
obecnie.
Dlaczego?
– Powstała luka w realizacji tej idei, chodzi o postawę wobec siebie. Bardzo
mnie smuci, że to, co udało się osiągnąć w dobrym okresie wzajemnych relacji,
staje się teraz jedynie słodkim wspomnieniem. Widzę duże zmiany w relacjach
polsko-litewskich, które niweczą to, nad czym pracowaliśmy od dłuższego czasu.
Rozwija się szczególny klub wielkich potęg, które nie przejmują się małymi
krajami. To nie jest przejaw równego, życzliwego i wspólnego podejścia do
europejskiej polityki jedności, uwzględniającej okoliczności, które próbowaliśmy
podnosić i które – jak się wydaje – już udało się nam uzgodnić.
Z czego to, Pana zdaniem,
wynika?
– Moim zdaniem nasze wzajemne relacje nie byłyby w takim stanie, gdyby była
rzeczywista wola ich poprawy. Zmienił się po prostu stosunek władz Polski wobec
Litwy. Można to wyrazić słowami: "Jesteśmy dużym krajem, należymy do grona
dużych państw, a wy – małym; będziemy z wami współpracować, ale nie jesteście
dla nas równorzędnym partnerem". Taka jest moja osobista opinia na ten temat,
nie wyrażam tutaj oficjalnego stanowiska obecnej prezydent Litwy. Jednak przez
10 lat byłem zaangażowany w budowę dobrych relacji i wspólnej polityki
regionalnej wraz z przywódcami innych państw, także na płaszczyźnie
europejskiej, i bardzo mnie martwi takie postępowanie. To jest błąd. Jeśli mamy
mówić o partnerstwie, dobrych, sąsiedzkich relacjach, nie można w ten sposób
dalej postępować. Z czego to wynika? Powiedziałbym, że z osobistych ambicji
nowych przywódców politycznych.
Przywódców Polski?
– Nie powiedziałbym, że jest to problem leżący wyłącznie po stronie polskich
przywódców. Chcę być z panami bardzo szczery i dlatego ośmielę się powiedzieć,
że kwestie, które dziś tak mocno się nagłaśnia, czyli pisownia nazwisk czy też
kwestia edukacji i szkół, są to problemy, których dotychczas nie udało się nam
rozwiązać. A odpowiedzialność za to leży zarówno po stronie polskiej, jak i
litewskiej. Dla mnie osobiście trudne do zrozumienia jest, że to, co wydaje się
tak logiczne i proste do rozwiązania, jest dziś wykorzystywane jako przeszkoda.
Tak więc wracając do pisowni nazwisk rodowych – nasze nazwisko to jest przecież
zarówno dla mnie, jak i dla panów jeden z największych skarbów, jakie posiadamy.
Nikt poza nami nie ma do niego prawa i nikt nie ma prawa go nam odebrać. I tak
samo każdy ma prawo je wyrażać i zapisywać tak, jak pozwala mu na to alfabet
łaciński. Dlaczego więc każde z naszych państw nie mogłoby nam umożliwić
zapisywania w naszych paszportach nazwisk w takiej formie, jak ono dokładnie
brzmi i w jakiej zostało nam ono dane w dniu naszych urodzin. Znalezienie
rozwiązania jest tu bardzo proste. Dlaczego nie użyć dodatkowej strony w
paszporcie, na której nazwiska Polaków będą pisane dokładnie tak, jak się je
literuje w języku polskim, a Litwini zapisywaliby swoje nazwiska po litewsku?
Poważnym problem dla mieszkającej na Litwie społeczności polskiej jest
nowelizacja ustawy o systemie szkolnictwa.
– Jeśli chodzi o edukację, sądzę, że jest to kolejny fikcyjny pretekst. Wydaje
mi się, że obie strony powinny zagwarantować swoim obywatelom pełne prawo do
ogłaszania, propagowania i życia według własnej kultury, ale z drugiej strony
sami obywatele muszą pamiętać o swoich obowiązkach jako mieszkańcy danego kraju,
aby przestrzegać prawa w nim obowiązującego. I to jest chyba zawsze jasne. W tym
samym czasie władze powinny im zagwarantować tę samą edukację i taki sam poziom
wykształcenia. Mam na myśli taki stopień nauczania, żeby polscy obywatele
mieszkający na Litwie mieli dostęp do posad rządowych czy wyższych stanowisk na
warunkach identycznych jak Litwini. Ale do tego potrzebne są oczywiście
doskonała znajomość języka i pełne wykształcenie, tak jak w przypadku moich
rodaków. To oczywiście działa także w drugą stronę – aby Litwin mieszkający w
Polsce chciał aspirować do rządowych stanowisk, również powinien mieć zapewnioną
możliwość takiego rozwoju. I dlaczego tego nie zrobić? Dlatego wierzę, że
zarówno Litwini, jak i Polacy powinni mieć zagwarantowany dostęp do takiej samej
edukacji, przy oczywistym zachowaniu pewnych wyjątków w poszanowaniu dla ich
kultury. Czyli mam na myśli, że Polacy powinni mieć zagwarantowane prawo pełnego
wykształcenia w litewskich szkołach z dodatkową możliwością uczenia się swojego
języka ojczystego. Daję w tej materii także wiarę stronie polskiej, ponieważ to
ona zaraz na samym początku po rozpadzie Związku Sowieckiego ustaliła reguły
obowiązujące na tym polu. My niestety nie mieliśmy na tyle odwagi, aby zerwać
tak nagle zależność od Moskwy. Opóźnialiśmy ten proces i opóźnialiśmy. I teraz
poniekąd wynikiem tego jest konflikt we wspomnianych przeze mnie obszarach.
Sugeruje Pan, że zmiany w relacjach polsko-litewskich doprowadziły do
zastopowania wspólnych inwestycji?
– Zdecydowanie uważam, że dynamika realizacji wspólnych projektów została
znacznie spowolniona. To bardzo smutne, że spadła nie tylko dynamika, lecz
również zmniejszyło się zainteresowanie nowego polskiego przywództwa
dokończeniem tego, co zostało zaczęte. To jest oczywiste. Relacje
polsko-litewskie się ochłodziły.
Wspominał Pan o licznych wspólnych projektach, które niestety wciąż są
nieukończone. Sądzi Pan, że taki stan rzeczy spowodowany jest wyłącznie sytuacją
polityczną? Czy jest to raczej problem niemożności porozumienia się na szczeblu
poszczególnych firm?
– Niewątpliwie wielka polityka ma bezpośredni wpływ na szczegóły pomniejszych
projektów. Jeśli podejście, atmosfera panująca między obydwoma krajami są pełne
napięcia, to wówczas żadna firma nie będzie chciała podejmować ryzyka i
przedstawiać swojego stanowiska. Tu doskonale widać ten bezpośredni związek.
Jeśli we wzajemnych relacjach jest pełnia zaufania, gotowość do współpracy, do
parcia naprzód, wówczas to samo odzwierciedli się na mniejszą skalę. Nie
rozdzielałbym więc tych dwóch spraw. Jeśli najwyższy szczebel polityczny zmieni
swoje nastawienie, możemy być pewni, że odbije się to na wszystkich niższych
szczeblach.
Który ze wspominanych projektów jest najważniejszy w Pana ocenie? Inwestycja
w rafinerię w Możejkach?
– Nie powiedziałbym, że projekt ten odgrywa najistotniejszą rolę w dniu
dzisiejszym. Jest to zupełnie normalna transakcja biznesowa, przyjmowana
zupełnie zwyczajnie. Jeśli jakiś koncern odnotowuje straty lub zwyczajnie nie
osiąga oczekiwanych przez siebie rezultatów, to naturalne, że będzie poszukiwał
lepszych umów. Tak więc w tym wypadku niewiele mamy do czynienia z polityką,
zwłaszcza jeśli chodzi o relacje międzynarodowe. Patrzyłbym więc na to jako na
umowę ściśle handlową.
Jakie jest znaczenie tych projektów dla gospodarek Litwy i Polski, dla
poszczególnych ich segmentów?
– Chciałbym to ująć bardziej ogólnie. Te wszystkie projekty, o których mówimy,
mają z całą pewnością wpływ na dynamikę naszych stosunków i ich rozwój oraz
spojrzenie w przyszłość. Nasza polityka, gospodarka czy podnoszenie poziomu
jakości życia naszych obywateli, współpraca w ramach kultury i biznesu, to
wszystko ma ogromne znaczenie. A słowem kluczowym jest tutaj "dynamika". Po
drugie, trzeba rozmawiać o dokończeniu budowy ważnych dla naszych krajów
połączeń drogowych, przede wszystkim autostrady Via Baltica (łączącej kraje
bałtyckie z Polską), która mogłaby być przedłużona do Skandynawii. Po trzecie,
należałoby ożywić wymianę handlową między krajami bałtyckimi i Polską. Ważna
jest też współpraca energetyczna. Od 10 lat mówi się o moście energetycznym
między Litwą i Polską. Było mnóstwo spotkań i dyskusji na ten temat. Ostatecznie
udało się. Uczestniczyłem w Warszawie w podpisaniu porozumienia w sprawie jego
budowy. Takie projekty stanowią również wsparcie dla polityki Unii Europejskiej,
której priorytetem jest tworzenie połączeń między krajami członkowskimi,
umożliwiające handel energią między państwami członkowskimi. Rozmawialiśmy też
wcześniej o tym, ile energii potrzebuje Polska, by zapewnić rozwój przemysłu w
północnej części kraju. Uzgodniono, że Polska potrzebuje ok. tysiąca megawatów
mocy. Także w tej sprawie zawarliśmy porozumienie. Jak widać, prowadziliśmy
aktywną współpracę regionalną i rozwijaliśmy nasze relacje. Podpisaliśmy wówczas
deklaracje, które teraz próbujemy realizować. To pokazuje, że także nasza część
Europy mogłaby być silna gospodarczo, rozwijać współpracę również w dziedzinie
informatyki, transportu itd., a Polska mogłaby odgrywać w tym procesie ważną
rolę.
W jednym z wywiadów dla polskiej prasy powiedział Pan, że dobre relacje
polsko-litewskie zostały złożone na ołtarzu poprawy stosunków z Rosją. To dosyć
surowa ocena.
– Z całą pewnością nasze wewnętrzne relacje, a także relacje z Polską, niestety,
nie zależą wyłącznie od nas. Ośmielę się powiedzieć nawet, że to wszystko zależy
od Rosji. Jeśli Moskwa naprawdę chce mieć przyjazne i pełne szacunku relacje z
naszym krajem i takie same stosunki z Polską, to jedyne, co musi zrobić, to po
prostu to okazać. My zaś, patrząc ze strony Litwy, nigdy nie wycofaliśmy się ze
swojej wyjściowej pozycji, wciąż wyciągamy rękę w stronę nowej, demokratycznej
Rosji. Ta sytuacja nie zmieniła się także pod rządami nowej prezydent Litwy i
wierzę, że również nasi obywatele chcieliby żyć w pokoju, współpracy i przyjaźni
z tym wielkim krajem.
Strona rosyjska sygnalizowała w ciągu ostatniego roku chęć zmiany wzajemnych
relacji?
– Relacje Moskwa – Wilno określiłbym słowem "stagnacja". Nie odnotowałem żadnych
znaczących ruchów czy to jednej czy drugiej strony. Są wprawdzie pewne działania
w pojedynczych sektorach, lecz jeśli chodzi o sytuację ogólną, to panuje tu
status quo. Nie ma też żadnych wskazań ku temu, aby nasz wielki sąsiad był
zainteresowany wykonaniem takich ruchów w najbliższej przyszłości, co mogłoby tę
chłodną atmosferę ocieplić.
A może ochłodzenie relacji polsko-litewskich wynika, jak twierdzą niektórzy,
z zacieśniania współpracy między Brukselą a Moskwą?
– Nie zgadzam się zupełnie z takimi opiniami. Według mnie Moskwa i Bruksela to
dwie zupełnie odrębne kwestie. Mamy tu bowiem do czynienia z bardzo jasną
ścieżką, według której Unia Europejska ma własną politykę zagraniczną, która
musi być wyrażana jednym głosem, nie zaś każdy kraj osobno. Dla nas, Litwinów,
jest to bardzo dobre w relacjach z Kremlem, ponieważ Rosja nie może wobec nas
występować z argumentem typu: "My jesteśmy dobrzy i musicie zgadzać się na
wszystko, co wam proponujemy i czego od was żądamy". Gdyby tak robili,
oznaczałoby to całkowite lekceważenie pozostałych krajów członkowskich, to nie
byłaby żadna polityka. Również Unia Europejska nie może postępować w taki
sposób, porozumiewając się z Rosją ponad głowami swoich członków. To musi być
zawsze jednorodne stanowisko, bez kształtowania jakichś specjalnych warunków dla
wybranych państw. Dlatego nawet nie chciałbym zakładać, że Bruksela chce
stworzyć lepsze relacje z Rosją kosztem dobrych stosunków Litwy i Polski. To są
dwie odrębne kwestie i relacje polsko-litewskie nie powinny w jakikolwiek sposób
być wiązane z unijną polityką. Rozmowy krajów europejskich z Rosją w ramach
wspólnej polityki Unii Europejskiej trwają już od kilku dobrych lat. Nie widzę
jednak, aby następował w nich jakiś gigantyczny progres. Jeśli więc miałbym
nawet wskazać konkretne miejsce, w którym poczyniono jakiś znaczący postęp, nie
byłbym w stanie tego zrobić. Nawet wspólne formalne porozumienie o współpracy
pomiędzy UE a Rosją jest już przeterminowane, bo do tej pory nie zostało
podpisane.
Sama katastrofa pod Smoleńskiem zmieniła coś w relacjach między Litwą a
Polską?
– Poza tym, że wywołała ona troskę naszych obywateli i bliższe przyglądanie się
Polsce w tamtych dniach, zasadniczo nie wpłynęła na zmianę naszych relacji.
Część grup społecznych zjednoczyła się wprawdzie i ich reprezentanci stali się
sobie bliżsi. Zaś w relacjach między politykami i w polityce zagranicznej ta
tragedia niestety zmieniła wiele. To – powiedziałbym – jeszcze bardziej pogłębia
ogrom tragedii, która wydarzyła się pod Smoleńskiem.
Jak Pan ocenia samo śledztwo wszczęte po tej tragedii i raport
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK)?
– Na ten temat będę mógł chyba panom powiedzieć najmniej. Przede wszystkim nie
śledziłem z uwagą tego śledztwa i nie czytałem raportu MAK. Zapoznałem się za to
z bardzo różnorodnym potraktowaniem tej tragedii przez wiele tytułów prasowych i
stacji telewizyjnych. Było tam mnóstwo interpretacji tego wydarzenia, sporów i
kłótni. Nie chciałbym więc stawiać się tu w roli obiektywnego eksperta, który
przychyliłby się do którejś wersji wydarzeń. Najpierw trzeba znać wszystkie
szczegóły śledztwa. Jedyne, co mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, to to,
że w Smoleńsku doszło do jednej z największych tragedii w historii polskiego
Narodu. Jeśli zaś chodzi o rozstrzyganie przyczyn i okoliczności tej katastrofy,
to nie będę tutaj stawiał żadnych jednoznacznych wyroków.
Sądzi Pan, że zaangażowanie międzynarodowych ekspertów w badanie przyczyn
tego wypadku pomogłoby rozwiać wszystkie wątpliwości?
– Jestem przekonany, że włączenie międzynarodowych instytucji z całą pewnością
rozwiałoby wszelkie spekulacje. Sądzę, że zarówno śledztwo, zebrane materiały,
jak i każdy szczegół powinny być jawne i przekazane społeczności
międzynarodowej. Niezależni eksperci powinni je zbadać i dopiero wówczas z
pełnym spokojem można by przyjąć wynik ich prac oraz orzeczenie na temat tego,
co się stało. Nie możemy po prostu stwierdzić, że to była wina polskich pilotów
czy był to błąd nawigatorów, czy może było coś nie tak ze smoleńskim lotniskiem.
Takie twierdzenia to są czyste spekulacje. I jakakolwiek odmowa, wstrzymanie
najmniejszego choćby szczegółu informacji, który mógłby wypłynąć po stronie
polskiej bądź rosyjskiej, nie powinno mieć miejsca. Wszystko powinno być w pełni
otwarte. Tylko wówczas będziemy mogli jednoznacznie stwierdzić: stało się to i
to, a dana nam odpowiedź nie powinna pozostawiać wątpliwości w niczyjej głowie.
Mam nadzieję, tak samo jak chyba większość Polaków, że to był zwyczajny wypadek.
Poparłby Pan wysiłki zmierzające do utworzenia międzynarodowej komisji, która
zbadałaby tę katastrofę? Projekt taki wpłynął już do Parlamentu Europejskiego.
– Jestem w stu procentach za powołaniem takiej komisji.
Ma Pan jakąś receptę na poprawę stosunków między naszymi krajami?
– Dla mnie bardzo bolesne jest, że to, co zostało osiągnięte przez ostatnią
dekadę i było tak naturalne, zostało zakwestionowane. I to obecne ochłodzenie,
któremu nikt nie jest w stanie przecież zaprzeczyć, dla tych, którzy razem
pracowali i wierzyli, jest również bolesne. Wierzę, że ta dobra współpraca może
wrócić i że możemy osiągnąć dużo, dużo więcej w miejsce tej dziwnej separacji,
powstałej z bardzo trudnych do wyjaśnienia powodów.
A ostatnia wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Wilnie nie ociepliła
naszych relacji?
– Myślę, że prezydent Komorowski nie miał takiej szansy. Czy odwiedziny jakiegoś
kraju na zaledwie kilka godzin mogą doprowadzić do jakiejś zmiany? Potrzeba
czasu, potrzeba wysiłku i wspólnej pracy, bardziej otwartej, która pokaże
wszystkim, że mamy do czynienia z pewną pozycją, której chcemy wspólnie bronić.
Nie chcę w żadnym wypadku mówić źle o obecnym prezydencie, gdyż poznałem go
osobiście i wiem, że ma wiele sympatii do Litwinów. Jednak patrząc na poprzedni
rząd w Polsce i ten obecny, widzę, że będziemy potrzebowali jeszcze mnóstwo
czasu, aby ustalić, w jakim miejscu znajdują się nasze relacje. Mam nadzieję, że
wkrótce to się zmieni, tak samo jak jestem przekonany, że większość
społeczeństwa w obu krajach chciałaby, aby nasze relacje były dobre. Przecież
jeśli nie Litwa i Polska miałyby się dobrze porozumieć, to kto? Mimo że wy
jesteście dużym krajem, a my małym, to jednak wciąż mamy wiele wspólnego.
Dziękujemy za rozmowę.
