Rok bez Tomka

Rocznica tego, co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, boli –
tak jak będzie bolała każda kolejna, ale przecież dla nas, rodzin ofiar, nie
będzie już boleśniejsza od tego, co czuliśmy tamtego sobotniego poranka rok
temu. Jakkolwiek trudny będzie dla nas ten dzień w roku 2011, nie będzie
trudniejszy niż to, co spotkało nas rok wcześniej.

A ja Cię pragnę mieć na co dzień
I usta swe w Twe usta wtapiać
Cieszyć się z Tobą i razem smucić
I do wspólnego domu wracać
ks. Jan Twardowski
Od roku wszystko, co się dzieje, oglądamy przez pryzmat tamtej śmierci. Huk
przelatującego samolotu sprawia, że myśli biegną ku smoleńskiemu pobojowisku.
Każdy krok naznaczony jest świadomością, że ten ktoś bliski, kochany nie kroczy
obok. Każda potrawa na stole ma smak, którego on już nie pozna, każdy domowy
sprzęt niesie świadomość, że on go już nie dotknie, nie użyje. W
najczarniejszych godzinach przychodzi pytanie, po co wobec tego to wszystko
istnieje, skoro już nie służy jemu? Po co jestem ja sama – skoro nie mogę być
dla niego. Jeśli coś odwraca te czarne myśli, to chyba tylko nadzieja, że mimo
wszystko właśnie dla niego muszę żyć dalej, że on chciałby, żebym żyjąc,
spełniała powinność, jakiej on spełnić już nie może.
To już inne życie: puste, samotne, bolesne. Naznaczone nieznaną wcześniej
rozpaczą. Paradoksalnie jednak dające jakąś nową, głębszą świadomość. Bo oto
pierwszy raz w życiu, rozpamiętując mękę ukrzyżowanego Chrystusa,

niosę w sercu własną mękę.
Od roku, klękając do Koronki, ofiarowuję – obok Ciała i Krwi Pana, także ciało i
krew mojego męża. Do Jego bolesnej męki dołączam mękę śmierci Tomka i swoją
własną. Bo męką jest myśl o tym, jak zginął, co działo się i jak postępowano z
jego ciałem. Męką jest życie w pojedynkę. Pierwszy raz doświadczam tak
głębokiego cierpienia. Pierwszy raz więc mogę je ofiarować – i pierwszy raz tak
dokładnie czuję intencję, w jakiej chcę tę ofiarę złożyć.
Motto zaczerpnięte z wiersza księdza Twardowskiego, tak bardzo pasujące na
ślubne zaproszenia, jest mottem każdego mojego dnia: niczego nie pragnę
bardziej.
Tak często bywamy pytani, jak przeżywamy żałobę, jak próbujemy odbudować nasze
życie. To zainteresowanie, współczucie, jakie nam towarzyszy, jest wielkim
wsparciem. Ale nie miejmy złudzeń: zawdzięczamy je wyłącznie narodowemu
charakterowi tej tragedii. Prywatne dramaty, prywatny ból i rozpacz nie budzą
takiego zainteresowania. Gdyby mój mąż zginął w jakichś innych, "zwyczajnych"
okolicznościach, nikt nie dopytywałby się o moje uczucia, moją za Tomkiem
tęsknotę, bo nikogo by to nie obchodziło. Zadaje się nam takie pytania, bo
sposób, w jaki odeszli ze świata nasi bliscy, jest dla mediów "atrakcyjny",
jakoś ekscytujący, ciekawy.
Z drugiej strony są i tacy, których ta żałoba drażni, którzy chcieliby już z nią
skończyć. Cóż, rozdrażnieni czy nie chyba będą się musieli pogodzić z jej
trwaniem. Tak to już w tej Polsce jest, że po tych, co stracili życie na
rosyjskiej ziemi, płacze się i pamięta o nich długo.
A my cierpimy tak, jak zawsze cierpi się po stracie najbliższych. Nasze prywatne
uczucia nie są jakoś wydatnie inne od uczuć każdej żony opłakującej męża, od
rozpaczy matki, której przychodzi pochować własne dziecko, od bólu osieroconych
dzieci.

Ta żałoba jest może trudniejsza od innych
o tyle, że nakłada się na poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, na ohydny w
swej wymowie raport MAK, wynikające z serwilizmu wobec Moskwy uniki polskich
władz, na kłamstwa, dezinformację i arogancję tych, którzy powinni być naszymi
sojusznikami, a ustawiają się w roli naszych oponentów.
Jeśli więc jakieś pytania należałoby stawiać, to o stratę, jaką poniosła Polska
– bo to ta strata, a nie ból prywatny, jest tutaj niezwyczajna. Pytać więc
trzeba o to, czego w Polsce – wraz ze śmiercią tych, którzy lecieli tupolewem –
zabrakło. I co się z nią, za sprawą tej śmierci, stało.
Bo siatka nowych znaczeń, jakie dostrzegamy w świecie, dotyczy nie tylko naszych
prywatnych relacji z tymi, którzy zginęli. Za sprawą ich śmierci patrzymy
inaczej także na nasz kraj. "Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i
państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor". To słowa najwybitniejszego z
polskich ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka. Przed Smoleńskiem, cytat
jak cytat, wzniosły i mądry. Po Smoleńsku – jak mocne, jak boleśnie aktualne
jest jego brzmienie.
Ten sam mąż stanu mówił: "My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę".
Bo on znał Polskę innych czasów, innego etosu. Polskę zmartwychwstałą po latach
bezpolskości, Polskę uwielbianą, Polskę dla Polaków świętą. Ojczyznę wyrosłą z
krwi orląt lwowskich, Ojczyznę już wkrótce gotową na daninę krwi Kolumbów. I
żadne racje przed tą Polską nie mogły mieć pierwszeństwa.
Co by powiedział dziś, widząc, że tak wielu Polaków zachowuje się dziś nie jak
naród, lecz jak narodowa mniejszość, w swoich decyzjach i wyborach nie stawiając
pytania, co będzie najlepsze dla Polski, lecz pytanie, co będzie najlepsze dla
nich samych, ich środowiska, partii.
Może więc rocznica – ta i kolejne – powinna być okazją do stawiania pytań o
Ojczyznę, o jej suwerenność, siłę i przyszłość. Może wypełnieniem duchowego
testamentu tych, których ciała wydobyto z bagna przy smoleńskim lotnisku, jest
obrona tego polskiego honoru, o którym mówił Józef Beck.
Przecież modląc się za tych, którzy zginęli, modlimy się także o wartości, które
uosabiali…

Czego oczekuję po rocznicy katastrofy?
Rok temu, dzień po dniu, poczynając od 10 kwietnia 2010 r., w moim domu
odprawiano kolejne Liturgie. Schodzili się na te Msze św. ludzie, którzy znali
nie tylko Tomka, ale większość osób zebranych na pokładzie tupolewa. Przyjaciele
z Instytutu Pamięci Narodowej i Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, z
warszawskiej administracji śp. Lecha Kaczyńskiego, ze Światowego Związku
Żołnierzy Armii Krajowej. Modliliśmy się za wszystkich, którzy zginęli.
Dziś postaramy się odtworzyć tamtą wspólnotę modlitwy, znowu klękając razem, by
prosić Boga o łaskę zbawienia dla naszych bliskich. Znów spróbujemy być razem z
tymi, którzy tak tłumnie gromadzili się wzdłuż trasy żałobnych konduktów,
zmierzających z lotniska na Torwar, i na Krakowskim Przedmieściu. Może uda się
przywrócić tamten nastrój, tamto poczucie narodowej więzi. Może znowu będziemy
tacy, by Ewa Stankiewicz mogła zrobić film "Solidarni 2011".

 

Magdalena Merta
 


Autorka jest wiceprezesem Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010, pracownikiem IPN.
Wdowa po śp. Tomaszu Mercie, wiceministrze kultury i dziedzictwa narodowego,
który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku.

drukuj