Rosyjski kompleks Katynia

Z Zuzanną Kurtyką, wdową po prezesie Instytutu Pamięci Narodowej Januszu
Kurtyce, który zginął pod Smoleńskiem, rozmawiają Mariusz Kamieniecki i Maciej
Walaszczyk

W Smoleńsku zdemontowano starą tablicę, a w jej miejsce wmontowano nową, bez
fragmentu z napisem mówiącym, że tragedia wydarzyła się w drodze do miejsca
sowieckiej zbrodni ludobójstwa w Katyniu. Jak Pani odebrała ten fakt?

– Jestem zbulwersowana, zaskoczona, a zarazem głęboko wstrząśnięta zachowaniem
Rosjan. Wciąż zastanawiam się, co ich skłoniło do takiego działania. Dlaczego w
nocy, w swoim kraju, po kryjomu, bezpośrednio przed obchodami 1. rocznicy
tragedii w Smoleńsku i uroczystościami w Polsce dopuścili się tak skandalicznego
czynu…

Może Pani przypomnieć, jakie były okoliczności zainstalowania tablicy?
– Taki pomysł pojawił się we wrześniu ubiegłego roku po moim pierwszym wyjeździe
do Smoleńska, gdzie zauważyliśmy, że okolica miejsca katastrofy jest zaniedbana,
pozostawiona sama sobie, zniszczona i podeptana przez ludzi. Wtedy pomyślałam,
że należałoby dokonać tam, na miejscu, jakiegoś upamiętnienia. Dlatego pojawił
się pomysł, by postawić tam krzyż i umieścić tablicę na kamieniu, który został
tam przywieziony przez anonimowego mieszkańca Smoleńska.

Kto był pomysłodawcą?
– Ta idea zrodziła się w Stowarzyszeniu Katyń 2010 i dzięki pomocy miejscowych
Polaków udało się zakupić krzyż, by został on zainstalowany wraz z tablicą. W
listopadzie pojechaliśmy na miejsce kilkunastoosobową grupą do Smoleńska. Pod
nadzorem rosyjskich służb specjalnych, które bardzo dokładnie patrzyły nam na
ręce, w obecności konsula RP i jednej z rosyjskich stacji telewizyjnych tablica
i krzyż zostały zamontowane. Potem została odprawiona Msza Święta.

Otrzymywali Państwo wówczas sygnały, że strona rosyjska nie zgadza się na
zamontowanie płyty lub zgłasza jakieś zastrzeżenia co do jej treści?

– Proszę mi wierzyć, że gdybyśmy dostali ze strony rosyjskiej jakikolwiek
najmniejszy sygnał w tej sprawie, który pokazywałby, że nie ma zgody na jej
umieszczenie, tablica na pewno nie zostałaby przez nas zainstalowana.

Rzecznik prasowy gubernatora okręgu smoleńskiego Andriej Jewsiejenkow
komunikował nam w sobotę, że tablica została umieszczona w tajemnicy, bez zgody
tutejszych władz, w tym tych, które on reprezentuje.

– Właściwie to ja chciałabym się dowiedzieć, dlaczego gubernator tak długo
dochodził do takich wniosków oraz dlaczego podjął decyzję o zdjęciu tablicy w
tak spektakularnym momencie. Chciałabym też wiedzieć, na jaki paragraf kodeksu
cywilnego, który obowiązuje na terytorium państwa rosyjskiego, on się powołuje.
My, planując zainstalowanie tej tablicy, dokładnie to sprawdzaliśmy,
zapoznawaliśmy się z obowiązującymi tutaj przepisami i wiem, że nie było tutaj z
naszej strony żadnego wykroczenia przeciw temu kodeksowi.

Biorąc pod uwagę czas i miejsce, w jakim się to wydarzyło – mamy do czynienia
z prowokacją?

– Niestety tak. Przez wybór tak spektakularnego momentu usunięcie tablicy
ewidentnie nabrało cech prowokacji politycznej. W tej sytuacji obawiam się o
przyszłość stosunków polsko-rosyjskich. W to, co obserwujemy od samego początku
w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy, wpisuje się skandal związany z
podmianą tablicy w Smoleńsku. To bardzo wyraźnie uwidacznia, jak Rosjanie
wyobrażają sobie tzw. polsko-rosyjskie pojednanie. Owszem, możemy to nazywać
pojednaniem, jeżeli koniecznie chcemy się upierać przy tym słowie, ale tak
naprawdę jest to "pojednanie" na warunkach rosyjskich, dodatkowo uzależnione od
tego, czy będziemy akceptować ich żądania, że Polska będzie krajem podrzędnym.
Podrzędnym zarówno w stosunkach dwustronnych, jak i stosunkach międzynarodowych.
Na zapędy Rosjan jeszcze bardziej wymownie wskazuje fakt usunięcia tej tablicy.

Chyba nikt dzisiaj nie będzie bronił tezy, że polityka uległości w stosunku
do Rosji przynosi korzyści.

– Polityka uległości Polski w stosunku do Rosji jest z założenia skazana na
klęskę. Natomiast to, co się dzieje ze śledztwem smoleńskim czy teraz ze
skandalicznym usunięciem tablicy, dodatkowo ten fakt podkreśla. Spektakularne,
pewne siebie, nasycone butą działania Rosjan są tak wymowne, że nawet ktoś
posiadający nadmiar dobrej woli nie jest w stanie inaczej tego zinterpretować.

Jak w tej sytuacji, Pani zdaniem, powinny zachować się polskie władze?
– Polski rząd, Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinny jak najszybciej, w
sposób bardzo zdecydowany, dążyć do przywrócenia tej tablicy tam, gdzie jest jej
pierwotne miejsce. Jako Polacy mamy do tego prawo. Natomiast jeżeli Rosjanie
chcą się upierać przy umieszczeniu także na tym miejscu swojej tablicy, to mogą
to uczynić. Głaz nie jest mały, jest jeszcze wolne miejsce po drugiej stronie.

Nie jest to pierwsza prowokacja rosyjska w ostatnim czasie. Rosyjska prasa w
tygodniu poprzedzającym rocznicę Katynia zamieściła informację, że za tę
zbrodnię odpowiadają nie Rosjanie, lecz Niemcy.

– Prawda o Katyniu stanowi bardzo charakterystyczny przykład tego, jak Rosjanie,
a przynajmniej władze rosyjskie, myślą o swoim państwie. Oczywiście, że Rosjanom
bardzo trudno zaakceptować tę prawdę, dlatego że państwo rosyjskie w sposób
ciągły i jednoznaczny jest spadkobiercą Rosji sowieckiej. Nie należy się
okłamywać – pewne założenia polityki imperialistycznej są niestety nadal
kultywowane przez ludzi, którzy sprawowali władzę w ZSRS. Wniosek, jaki z tego
wypływa, jest jasny. Ci ludzie nie mogą się pogodzić z faktem ludobójstwa,
którego dokonano na polskich oficerach w 1940 r., bo ewidentnie musieliby wziąć
odpowiedzialność na siebie. Niemcy rozliczyli się przed światem ze zbrodni
hitlerowskich, ewidentnie odcinając się od hitleryzmu i jego źródeł, natomiast
Rosja wciąż ma z tym problem i w pewnym sensie kontynuuje i kultywuje tradycje
ZSRS. W tej sytuacji trudno się dziwić, że tak trudnym do przełknięcia faktem
dla Rosjan jest i na pewno jeszcze będzie Katyń.

Z jednej strony Rosjanie przekazują nam kolejne tomy akt katyńskich, a z
drugiej zakłamują historię. O co w tym wszystkim może chodzić?

– Słowa, w których Rosjanie przyznają się do zbrodni katyńskiej, deklaracje, że
przekazują nam kolejne tomy akt, to zwykłe slogany, za którymi nie idą żadne
konkretne działania. Natomiast jeżeli się już pojawiają pewne fakty, to świadczą
one o postawie Rosjan zupełnie inaczej. Takim właśnie faktem jest usunięcie
tablicy z kamienia na miejscu katastrofy w Smoleńsku.

Na miejscu tablicy usuniętej po kryjomu jest nowa, na której brakuje też
krzyża.

– Myślę, że fakt usunięcia krzyża z tablicy wpisuje się w pewien sposób w
kontekst kontynuacji polityki Rosji sowieckiej, której spadkobiercami są obecne
władze Federacji Rosyjskiej.

Rok po katastrofie może Pani powiedzieć, że czas goi rany?
– Niestety, nie mam takiego odczucia. Cały czas liczę i czekam z nadzieją na to,
że to powiedzenie sprawdzi się w moim przypadku. Natomiast na razie nic na to
nie wskazuje.

Czy dotychczasowe działania podejmowane przez polski rząd i prezydenta,
chociażby w kwestii obchodów 1. rocznicy katastrofy, pomagają udźwignąć ten
ciężar bólu, który – jak Pani mówi – wciąż trwa, czy przeciwnie – jeszcze
bardziej go potęgują?

– Dla mnie to wydarzenie ma podwójny wymiar. Mojej osobistej tragedii nic i nikt
już nie zmieni, ani pan prezydent, ani nikt inny. Natomiast moje uczucia jako
Polaka bardzo rani sposób podejścia do tragedii smoleńskiej polskiego rządu.

Najważniejszy dowód wciąż niszczeje na płycie lotniska w Smoleńsku. Minister
Krzysztof Kwiatkowski powiedział, że jeżeli do maja wrak samolotu nie znajdzie
się w Polsce, to będzie on interweniował u Rosjan. Panią to przekonuje?

– Absolutnie nie. Życzę panu ministrowi sukcesów. To świadczy, że jest dużym
optymistą i ma poczucie swojej władzy. Nie sądzę jednak, żeby to miało
jakiekolwiek znaczenie w kontaktach z rosyjskimi władzami. Uważam, że gdyby
polskim władzom, a szczególnie premierowi Tuskowi, bardzo zależało na
sprowadzeniu tego samolotu do Polski, to już dawno sprawa byłaby załatwiona.
Powiedzmy sobie otwarcie: to, co od roku leży na lotnisku w Smoleńsku, to już
tylko fragment rządowego Tu-154M. Obok niszczycielskiego, zamierzonego czy nie,
działania ludzi należy też wziąć pod uwagę niszczące działanie czasu, dlatego
dowody, które mogły być jeszcze w ubiegłym roku pomocne w ustaleniu przyczyn
katastrofy, z każdym dniem stają się coraz mniej przydatne. Niestety, na skutek
opieszałości i braku konsekwencji polskich władz, a także notorycznych odmów ze
strony rosyjskiej mamy coraz mniej możliwości dowiedzenia się czegokolwiek o
przyczynach tragedii smoleńskiej na podstawie dowodów.

Niedawno wróciła Pani ze Stanów Zjednoczonych. Jaki był cel tej wizyty?
– Zostałam zaproszona wraz z dziećmi na obchody Tygodnia Pamięci Narodowej,
które zorganizowała Polonia w Chicago. Było to niesamowicie barwne, a zarazem
wzruszające i przejmujące pod każdym względem wydarzenie. Polonia w Chicago
liczy ponad dwa miliony, a zatem więcej niż wynosi liczba mieszkańców Warszawy.
Z tej okazji, chyba po raz pierwszy, wszystkie organizacje polonijne potrafiły
się zjednoczyć i współdziałać, organizując obchody Tygodnia Pamięci Narodowej na
ogromną skalę, z uroczystościami z udziałem m.in. arcybiskupa Chicago. Była
okazja, aby porozmawiać z ludźmi, którzy mimo oddalenia wciąż ze swoją Ojczyzną
są bardzo mocno związani, i opowiedzieć im o Polsce.

Jakie jest zdanie Polonii na temat przyczyn katastrofy? Jak tamtejsi Polacy
odbierają działania polskich władz w zakresie wyjaśnienia tej tragedii?

– Cała Polonia amerykańska mówi w jednoznaczny sposób, że to był zamach. Ponadto
wszyscy są zbulwersowani postawą polskiego rządu w kwestii wyjaśnienia przyczyn
i okoliczności tej tragedii.

Dziękujemy za rozmowę.

drukuj