Testowanie Schetyny

Euforia, jaka wybuchła w Platformie Obywatelskiej po wyborach, szybko
przygasła. Donald Tusk przystąpił do robienia porządków w partii. I na pierwszy
plan wysunęła się kwestia przyszłości Grzegorza Schetyny. Marszałek Sejmu chciał
zachować stanowisko drugiej osoby w państwie także w nowym parlamencie, ale Tusk
uprzedził jego zamiary i zapowiedział otwarcie, że zarekomenduje na fotel
marszałka Ewę Kopacz. A Schetyna ma wrócić do rządu. Ale jeszcze nie wiadomo, na
jakie stanowisko, i nie wiadomo, czy będzie jednocześnie wicepremierem – tak
było do czasu wybuchu afery hazardowej, gdy Schetyna był wicepremierem i szefem
MSWiA. Teraz jednak częściej można było słyszeć, że pokieruje resortem
transportu, a nie ministerstwem spraw wewnętrznych. Dla ludzi z otoczenia
Grzegorza Schetyny to degradacja ich lidera. – Tusk chce poniżyć i upokorzyć
Grzegorza, chce mu pokazać i wszystkim Polakom, kto tu jest szefem, kto decyduje
o wszystkim, a inni, także marszałek, mają się po prostu podporządkować woli
kanclerza – mówi jeden z posłów zaliczający się do frakcji schetynowców. – Temu
samemu ma służyć ciągłe odkładanie przez Tuska spotkania z Grzegorzem –
podkreśla.

Co się jednak takiego stało, że akurat teraz Donald Tusk robi porządki w partii?
Politolodzy twierdzą, że to najlepszy moment, bo pozycja premiera jest teraz
wyjątkowo mocna, doprowadził przecież PO do wyraźnego zwycięstwa wyborczego,
choć jeszcze pod koniec kampanii wydawało się, że Platforma może przegrać. Ma
więc od partii ogromny kredyt zaufania i przyzwolenie na różne działania
"porządkowe". Za kilka miesięcy już takiego komfortu może nie być. Jednak według
naszych rozmówców z Platformy Obywatelskiej, jest jeszcze inny poważniejszy
powód.

Schetynowcy za mocni
– Wszystko przez Cezarego Grabarczyka – mówi poseł Platformy z Mazowsza. I nie
chodzi mu wcale o to, że minister infrastruktury i jego frakcja, tzw.
spółdzielnia, wygrała bój o wpływy w PO ze schetynowcami. Wręcz przeciwnie, Tusk
uderzył w marszałka Sejmu, bo Grabarczyk po wyborach jest bardzo słaby. W Łodzi
miał dopiero trzeci wynik na liście Platformy, a ponieważ startował z "jedynki",
to jest to dla niego polityczne upokorzenie. Podobnych porażek doznało także
kilku innych znanych spółdzielców, więc cała frakcja została poważnie osłabiona.
W efekcie część posłów, którzy należeli dotąd do spółdzielni, zaczęło
przebąkiwać o jej opuszczeniu, niektórzy są nawet gotowi przejść do obozu
Schetyny, co znacznie wzmacniałoby marszałka, mógłby on np. realnie myśleć o
przeforsowaniu swojego człowieka na funkcję szefa klubu parlamentarnego. Dlatego
słaby Grabarczyk nie może już szachować Schetyny i w ten sposób wspierać
premiera Tuska. Przewodniczącemu PO zaczęła więc sypać się dotychczasowa
strategia utrzymywania równowagi między poszczególnymi grupami w partii i
postanowił osłabić również Grzegorza Schetynę. – Dlatego marszałkiem Sejmu ma
być Ewa Kopacz. Gdyby tak się stało, to niewykluczone, że wkrótce Kopacz
zostałaby także wiceszefem PO, a tę funkcję mógłby stracić właśnie Schetyna –
wyjaśnia osoba z kierownictwa Platformy. Jej zdaniem, Tusk ostrzegł marszałka
przed podejmowaniem jakichkolwiek akcji zaczepnych. Powiedział oficjalnie na
konferencji prasowej, że Schetyna rywalizował z nim o przywództwo w partii. –
Jeśli marszałek będzie się dalej posuwał do takich działań, spotka go kara. Tak
w partii zostało odebrane przesłanie premiera – mówi nasz rozmówca. W dodatku
Tusk miał się dowiedzieć o tym, że schetynowcy zbyt hucznie świętowali w swoim
gronie sukces w wyborach i klęskę Grabarczyka. Triumfalizm miał bardzo
zaniepokoić premiera, stąd jego szybka reakcja.
Niemniej istotne jest to, że Schetyna nie ma już takiego wsparcia ze strony
prezydenta. Bronisław Komorowski woli poczekać na rozwój wydarzeń, bo on także
został zaskoczony dobrym wynikiem PO w wyborach. Prezydent liczył, że Tusk
wyjdzie po wyborach osłabiony i wtedy jego rola wzrośnie, a sojusz z marszałkiem
Sejmu okaże się tu strategiczny. Przecież w nieoficjalnych rozmowach Komorowski
sugerował, że gdyby PO musiała tworzyć koalicję nie tylko z PSL, ale i z SLD, to
wtedy premierem wcale nie musi być Donald Tusk, ale właśnie Schetyna. Teraz ten
scenariusz jest nieaktualny, ale Tusk nie zapomniał o "zdradzie" prezydenta. –
Komorowski naprawdę się przestraszył, że premier zrealizuje obietnicę i za
cztery lata nie będzie się ubiegał o trzecią kadencję. Tylko że w 2015 roku
przed wyborami parlamentarnymi będą prezydenckie i jeśli Tusk w nich będzie
chciał startować, to Komorowski nie dostanie poparcia Platformy – tłumaczy
polityk PO dobrze znający nastroje w Belwederze.

Rachunek za krytykę
Ale urzędujący wciąż marszałek Sejmu zbiera także żniwo swoich dawnych
wypowiedzi i decyzji. W PO głośno się dyskutuje o tym, że Tusk nie zapomniał
Schetynie tego, że skrytykował rząd za opieszałą reakcję na kłamliwy raport MAK
o przyczynach katastrofy smoleńskiej. Działacze Platformy są też przekonani, że
Tusk odpłaca się Schetynie także za tak wydawałoby się drobne i dawne sprawy,
jak wyjazd szefa rządu z żoną do Ameryki Południowej. Premier stał się wtedy
obiektem krytyki i żartów i na długo przylgnęło do niego miano "słońca Peru".
Schetyna, który był wtedy wicepremierem, miał – według zauszników Tuska – wręcz
inspirować tę krytykę, a na pewno był nielojalny, bo nie bronił wystarczająco
szefa rządu. – Grzesiek miał własne zdanie na wiele kwestii i to także nie
podobało się przewodniczącemu. Dlatego tych minusów się nazbierało – to inna z
opinii krążących wśród posłów Platformy.
Z kolei Jan Krzysztof Bielecki, szef rady gospodarczej przy premierze, a przez
wielu uważany za szarą eminencję rządu, twierdzi otwarcie, że rozliczanie
Grzegorza Schetyny ma związek także z jego krytycznymi wypowiedziami na temat
różnych działań gabinetu. Jako przykład podał negowanie przez Schetynę decyzji o
podniesieniu stawek VAT. – Marszałek Sejmu nie powinien kwestionować takich
decyzji – stwierdza otwarcie Jan Krzysztof Bielecki. Zresztą nie od dzisiaj
wiadomo, że Bielecki i Schetyna, delikatnie mówiąc, za sobą nie przepadają. Gdy
były premier i przyjaciel Tuska odszedł z banku Pekao SA i wrócił do polityki,
stał się jednym z najbliższych współpracowników Tuska. Oczywiście, był nim
wcześniej, to on stał choćby za ściągnięciem do rządu ministra finansów Jacka
Rostowskiego, ale dopiero po rozpoczęciu formalnej współpracy z premierem jego
pozycja się umocniła. Teraz Bielecki jest na tyle mocny, że może sobie pozwolić
na otwartą krytykę Schetyny, a marszałek nie może odpłacić mu tym samym, bo
wtedy wydałby na siebie wyrok politycznej śmierci.

Najważniejsze to przeczekać
Donald Tusk odkłada spotkanie z Grzegorzem Schetyną na temat jego pracy w
rządzie i w ten sposób jeszcze bardziej osłabia jego pozycję. Przewodniczący
Platformy liczy na zmęczenie marszałka. Ale ma też nadzieję, że Schetynę w
pewnym momencie poniosą nerwy. Andrzej Olechowski, były lider PO, którego z
partii usunął tandem Tusk – Schetyna, uważa za bardzo możliwy scenariusz, że
teraz Donald Tusk wyrzuci z Platformy Grzegorza Schetynę. Także inny z byłych "platformersów"
– Paweł Piskorski już dawno wieścił, że gdy w partii dojdzie do przesilenia, to
Schetyna zostanie z niej wyrzucony.
Sam marszałek na razie schodzi Tuskowi z linii strzału, ale też nie oddaje
całkowicie pola. Podczas swojej wtorkowej konferencji prasowej powiedział, że
czeka na propozycję premiera, ale nie słychać było w jego głosie, aby czekał
"niecierpliwie". – Spokojnie czekam na koncepcję, na program, na propozycje
personalne – powiedział Schetyna. I podkreślił, że żadna opcja nie jest
zamknięta, a on chce teraz chronić premiera, bo szef rządu powinien mieć czas na
opracowanie programu nowego rządu i ułożenie jego składu personalnego. Dla wielu
ludzi słuchających marszałka było to wazeliniarstwo, ale to nic dziwnego, bo
Schetyna stąpa po kruchym lodzie i musi prześcigać innych w deklaracjach
wierności premierowi. Nie dał się też sprowokować na wynurzenia dotyczące tego,
dlaczego wciąż nie doszło do jego spotkania z premierem, które było już kilka
razy przekładane. I szybko do niego nie dojdzie, bo marszałek poinformował, że
wyjeżdża daleko na kilkudniowy urlop.
– Sytuacja jest dynamiczna, wiele może się jeszcze zmienić – uważa poseł z obozu
schetynowców. – Wiemy, że Grzegorz nie będzie już dłużej marszałkiem, to
przesądzone. Ale cały czas jest osiągalny dla niego fotel wicepremiera. Dlatego
trzeba zachować spokój i pokorę – argumentuje. Jego zdaniem, premier po prostu
testuje Schetynę. Buduje też wokół siebie taki model zarządzania partią, aby w
przyszłości nikt nie mógł zakwestionować jego przywództwa. Tym należy tłumaczyć
wyniesienie do godności marszałkowskiej Ewy Kopacz, która we władzach partii
należy do największych przeciwników i krytyków Grzegorza Schetyny. W Platformie
można usłyszeć i taką opinię, że premier celowo chce "wsadzić" Schetynę na
ministra transportu, bo wiadomo, że po Grabarczyku jest taki bałagan i są
zapóźnienia w inwestycjach drogowych i kolejowych, że uporządkowanie tego
wszystkiego może się okazać za trudne nawet dla byłego sekretarza generalnego
Platformy. A gdy pojawią się kłopoty, to Donald Tusk nie będzie już tak
pobłażliwy jak dla Cezarego Grabarczyka, tylko z hukiem usunie Schetynę z rządu.
A wtedy przydomek "Grzegorz Ja Cię Zniszczę Schetyna", jak często nazywany był
marszałek, zostanie zamieniony na "Grzegorz Zostaniesz Zniszczony Schetyna".

Krzysztof Losz

drukuj