Testament? Czy nie za wysoko?


Uwagi na marginesie polskiego projektu „testamentu życia”

Ks. prof. Jerzy Bajda

Testament? To słowo jest dla nas wielkie i uroczyste, kojarzy się z tym, co Jezus Chrystus uczynił w czasie Ostatniej Wieczerzy: dał Siebie samego na pokarm swojemu Kościołowi na życie wieczne. Trzeba się więc zastanowić, czy używać tego słowa w deklaracji, w której domagamy się, by lekarze skorumpowani i bez sumienia nie skrzywdzili nas na ostatnim etapie naszej pielgrzymki do wieczności.

1. Problem tego „testamentu życia” pojawił się w specyficznym kontekście moralnym i kulturowym. Aspekt moralny to lęk pojawiający się w związku z precedensami tego typu, że rodzina, politycy, prawnicy lub lekarze przyspieszają komuś chwilę śmierci, nie licząc się z prawami chorego jako osoby, którą należy uszanować jako suwerenny podmiot do ostatniej chwili życia. Czy należy wyolbrzymiać skalę tego lęku społecznego i ulegać panice, która będzie sprzyjać podobnym i nieuczciwym procederom?

2. Osobno zwrócę uwagę na pewien trudny aspekt kulturowy. Żyjemy w tzw. epoce postmodernistycznej, w której nie liczy się obiektywna rzeczywistość (dane rzeczywistości), obiektywna prawda, obiektywne zasady moralne, czyli w systemie, w którym wszystko jest niepewne i niestałe. Z tego powodu społeczeństwo dało się opanować przez manię umów, uzgodnień, kompromisów, konwencji, liczy się tylko to, co konkretnie uzgodniono i zadeklarowano. Tu jednak pojawia się pułapka, ponieważ w tym właśnie systemie panuje zasada (równie arbitralna jak decyzja zlikwidowania wszystkich zasad), że to, co zastaję, co ktoś mi proponuje i co czytam, stanowi tylko „tekst do interpretacji”. To ode mnie zależy, jak ja tego rodzaju tekst, uzgodnienie, deklarację zinterpretuję i jakie elementy aktualnej sytuacji uznam za miarodajne dla takiego kierunku interpretacji, który mi odpowiada. Dlatego nie ma żadnej gwarancji, że moje oświadczenie, tak czy inaczej nazwane, będzie uszanowane jako święte i zobowiązujące.

3. Najpierw trzeba wychować lekarzy i przekonać ich, że służba lekarska nie jest zawodem, lecz powołaniem, i że w tym powołaniu rządzi wszystkimi poczynaniami świadomość etycznej odpowiedzialności za godność osoby ludzkiej i jej prawa, które zostały wielokrotnie opisane i zdefiniowane w dokumentach kościelnych i świeckich. Gdyby lekarze przynajmniej zachowywali przysięgę Hipokratesa, zwłaszcza generalną zasadę „primum non nocere”, nikt nie obawiałby się, że udając się do szpitala, zostanie podstępnie „przerobiony na części zamienne” lub zgładzony przez eutanazję.

4. Powinno być rzeczą absolutnie pewną i oczywistą, że w ramach terapii szpitalnej (czy domowej) stosuje się wyłącznie środki i metody terapeutyczne, dlatego powinno być czymś śmiesznym formułować postulaty wykluczające praktyki niemające charakteru terapeutycznego. Jest sprawą ścisłej nauki medycznej określić dokładnie, na czym polega różnica między terapią normalną a terapią paliatywną i na czym polega tzw. uporczywa terapia, która już nie pomaga, tylko raczej wyczerpuje siły chorego pod pozorem przedłużania jego życia.

5. Tylko Bóg ma władzę przedłużyć życie lub zadecydować o jego końcu. Dlatego należy z wielką czcią traktować ostatnie chwile chorego, w których on przeżywa swoją agonię, czyli ostatnią walkę duchową, w której ma szansę – być może – ocalić i sprecyzować ostateczny kierunek swojego życia. Dlatego pod pretekstem łagodzenia cierpień nie wolno pozbawiać go przytomności umysłu koniecznej dla dojrzałego przeżycia konfrontacji ze śmiercią. Z tego punktu widzenia „przedłużanie się agonii” (por. punkt 1. Projektu) mogłoby mieć sens pozytywny i pożądany, o ile byłoby naturalnym procesem, a nie wyłącznie efektem sztucznych i terapeutycznie nieskutecznych zabiegów.

6. Nie zgadzam się ze sformułowaniem zawartym w 2. punkcie Projektu. Jakkolwiek skrócenie życia w wyniku zastosowania środków znieczulających można tłumaczyć jako uboczny skutek działania etycznie dopuszczalnego, jednak z punktu widzenia chrześcijańskiego, według którego umieranie jest uczestnictwem w misterium Chrystusowej śmierci na krzyżu, należałoby tak duchowo umocnić chorego, aby był zdolny jak najgłębiej jednoczyć się z Tajemnicą Paschalną, nie kwapiąc się zbytnio do ulgi w cierpieniu. Agonia jako walka (słowo greckie) powinna prowadzić do poczucia zwycięstwa, z którym nie zgadza się gest dający się porównać do ucieczki z pola walki. Jest oczywiście dopuszczalna modlitwa o to, by sam Pan Bóg wkroczył i zabrał nas ze świata nieco wcześniej.

7. Nie wypowiadam się na temat wszystkich możliwych aspektów tego problemu. Być może, że jeszcze wrócę do zagadnienia.

drukuj