Teraz trzeba zapłacić i odsiedzieć
„Zgoda z 'Dziadkiem’ znakomita! Ja codziennie o nim piszę – on nie czyta” – śpiewała w szopce „Pikadora” Maria Jehanne Wielopolska, autorka książki „Józef Piłsudski w życiu codziennym”. Tak właśnie można by najkrócej podsumować moskiewską wizytę premiera Donalda Tuska, ale warto powiedzieć o niej trochę więcej, bo przecież na tej wizycie stosunki polsko-rosyjskie się nie skończą.
Jak powiedział Winston Churchill, Anglia nie ma ani odwiecznych przyjaciół, ani odwiecznych wrogów, tylko interesy. Ponieważ Anglia nie jest pod tym względem wyjątkiem między państwami, warto więc zastanowić się, jakież to Polska ma interesy w kontekście stosunków z Rosją. Wydaje się, że – po pierwsze – Polska ma interes w zapewnieniu sobie bezpieczeństwa energetycznego, a więc sytuacji, w której Rosja nie może jej odciąć od dostaw surowców energetycznych, bez odcięcia od nich reszty Europy. Po drugie – Polska ma interes w zapewnieniu sobie odporności na militarne zagrożenie ze strony Rosji, to znaczy – w doprowadzeniu do sytuacji, że każda próba militarnego nacisku na Polskę stwarza ryzyko konfliktu globalnego. Po trzecie – Polska ma interes w niepodległości Ukrainy i Białorusi i politycznej niezależności tych państw od Rosji. Po czwarte wreszcie – Polska jest zainteresowana swobodną wymianą handlową z Rosją. A jaki interes wobec Polski ma Rosja? Wydaje się, że można go sprowadzić do jednego: żeby Polska ponownie stała się „bliską zagranicą”, czyli krótko mówiąc – żeby się poddała. Jest to szczególnie dla nas groźne nie tylko dlatego, że Rosja wciąż jest państwem bardzo silnym i w miarę krzepnięcia powracającym do polityki imperialnej, ale przede wszystkim dlatego, że kamieniem węgielnym rosyjskiej polityki w Europie jest strategiczne partnerstwo z Niemcami, które są i będą kierownikiem politycznym Unii Europejskiej. Zagrożenie polega na tym, że również Niemcy nie mają do nas innego interesu, tylko żebyśmy się poddali. Wprawdzie formułują to delikatniej niż Rosjanie, ale nie o formę tu idzie, a o treść.
Biorąc pod uwagę ten katalog polskich interesów – co udało się załatwić premierowi Tuskowi w Moskwie? Opierając się na informacjach przekazanych przez niego samego podczas konferencji prasowej, można odpowiedzieć po kolei: w sprawie bezpieczeństwa energetycznego „uzgodniono”, że Rosja „wykazała determinację”, by do spółki z Niemcami dokończyć budowę omijającego Polskę Gazociągu Północnego, zaś Polska zachowała „prawo do sprzeciwu”. Słowem – „zgoda z 'Dziadkiem’ znakomita!”, ale czy „prawem do sprzeciwu” można palić? W sprawie bezpieczeństwa militarnego, a konkretnie „tarczy” – Rosjanie są „przeciw”. Wprawdzie „uznają” prawo Polski do umieszczania na swoim terytorium instalacji militarnych, ale pod warunkiem możliwości ich kontrolowania. Znaczy – jednak „bliska zagranica”. Premier Tusk „dopuścił możliwość” obecności rosyjskich inspektorów w polskich bazach, ale nie postawił warunku, że wyłącznie na zasadzie wzajemności – jeśli polscy inspektorzy będą dopuszczeni do baz rosyjskich, które przecież też „mogą zagrozić” Polsce. Co do Ukrainy – to akurat w dniu moskiewskiej wizyty premiera Tuska Rosjanie odcięli na Ukrainę dostawy gazu. Trudno o bardziej wymowną aluzję. I wreszcie co do handlu – nie wyszli poza niezobowiązujące deklaracje dobrej woli.
Krótko mówiąc – premier Donald Tusk niczego nie załatwił, a w niektórych deklaracjach (rosyjskie inspekcje w bazach na terenie Polski) posunął się o krok za daleko. Przełknął afront z Ukrainą, ale bo też cóż innego mógł zrobić? Oczywiście za żadne skarby się do tego nie przyzna, ale chyba już się przekonał o szkodliwości totalnej krytyki polityki wschodniej rządu Kaczyńskiego, o wartości lansowanej przez niego samego polityki umizgów, a przede wszystkim o cenie, jaką będzie musiała zapłacić Polska za dwuletnie obcmokiwanie Platformy Obywatelskiej przez strategicznych partnerów i zainstalowanie rządu PO w Warszawie. Tak właśnie powiedział pewien adwokat swemu klientowi: wygrał pan sprawę, trzeba tylko zapłacić i odsiedzieć.
Stanisław Michalkiewicz
