Te świstki to dokumenty?

Przesłane przez prokuraturę wojskową do analizy karty podejścia lotniska
Siewiernyj wzbudziły prawdziwe poruszenie w katedrze nawigacji dęblińskiej
Szkoły Orląt. Załogi, które leciały do Federacji Rosyjskiej, bazowały jedynie na
kserokopiach pojedynczych kart z rosyjskiego zbioru i nie posiadały żadnych
znaków identyfikacyjnych czy informacji o tym, kto je wytworzył. Brakuje
wskazania układu odniesienia i chociażby pieczęci jakiejkolwiek placówki na
terenie Federacji Rosyjskiej mogącej potwierdzić zgodność karty z oryginałem, a
co istotniejsze – ze stanem faktycznym.

Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie zrezygnowała z pozyskania uzupełnienia
do opinii analizy kart podejścia lotniska Siewiernyj, wydanej przez biegłych z
katedry nawigacji dęblińskiej Szkoły Orląt. Jak ustalił "Nasz Dziennik", decyzja
zapadła na podstawie wyników badań zobrazowań satelitarnych rejonu katastrofy z
okresu przed i po 10 kwietnia 2010 roku, które miały pomóc w uzupełnieniu
stanowiska dęblińskich ekspertów.
Karty podejścia lotniska Smoleńsk Siewiernyj, które trafiły do 36. Specjalnego
Pułku Lotnictwa Transportowego, jeszcze we wrześniu ubiegłego roku były
analizowane przez biegłych z katedry nawigacji dęblińskiej Szkoły Orląt.
Stwierdzono wówczas, że zarówno 7, jak i 10 kwietnia 2010 roku załogi
dysponowały takimi samymi kartami. Jednak por. Bogdan Suchorski, pilot Jaka-40 w
specpułku, zeznał w prokuraturze, że na początku kwietnia 2010 roku do jednostki
trafiły karty podejścia tego lotniska, w których podano nieprawdziwe dane
obiektu. Według podanych współrzędnych geograficznych dalsza radiolatarnia na
Siewiernym znajdowała się na czwartym, a nie na szóstym kilometrze, jak było to
w rzeczywistości i co wynikało z opisów znajdujących się pod schematem
lądowania. Po tych sygnałach prokuratura zwróciła się do biegłych z Dęblina o
wydanie opinii uzupełniającej.
Eksperci jednak uzależnili tę czynność od uzyskania wyników analizy zobrazowań
satelitarnych obszaru katastrofy, jaki został utrwalony na zdjęciach z 5 i 12
kwietnia 2010 roku. – Analiza tych zdjęć została wykonana przez dwie instytucje
i jej wyniki zostały przekazane WPO – zaznaczył kpt. Marcin Maksjan z biura
rzecznika prasowego NPW. Badania prowadziły dwie niezależne instytucje: firma
SmallGIS z Krakowa oraz Służba Wywiadu Wojskowego. Miały one z jednej strony
wykazać wszelkie zmiany, jakie zostały zarejestrowane przez sensor satelity, i z
drugiej ocenić prawidłowość danych zawartych w kartach. Ekspertyzy miały pomóc
prokuraturze w ustaleniu, jaki wpływ na bezpieczeństwo lotu miałyby ewentualne
niezgodności pomiędzy zapisami w kartach a stanem rzeczywistym. Jak ustaliliśmy,
ostatecznie wyniki analizy teledetekcyjnej nie trafiły do Dęblina, a prokuratura
zrezygnowała z zapowiadanego wcześniej uzupełnienia opinii dotyczącej kart
podejścia. – Zdecydowano o odstąpieniu od tych czynności. W ocenie prokuratorów,
w tej chwili nie ma potrzeby uzupełniania tej opinii – dodał kpt. Maksjan.
Dopytywany przyznał, że decyzja zapadła na podstawie otrzymanej analizy zdjęć,
ale nie chciał skomentować, czy wykazała ona jakieś rozbieżności w
rozmieszczeniu radiolatarni lub stanie zawartym w dokumentacji a
rzeczywistością. Kapitan Maksjan zaznaczył jedynie, iż nie będzie wypowiadał się
na temat treści wydanej opinii. "Nasz Dziennik" zwrócił się więc do NPW z
pisemnym zapytaniem w tej sprawie. Wczoraj otrzymaliśmy zapewnienie, że z uwagi
na konieczność wglądu w akta śledztwa i ich analizy odpowiedź zostanie nam
udzielona w "ustawowym terminie".

Bez pieczęci i układu odniesienia

Nieoficjalnie "Nasz Dziennik" ustalił, że otrzymane do analiz karty podejścia
lotniska Siewiernyj wzbudziły poruszenie w katedrze nawigacji dęblińskiej Szkoły
Orląt. Załogi, które leciały do Federacji Rosyjskiej, bazowały jedynie na
kserokopiach pojedynczych kart z rosyjskiego zbioru i nie posiadają one żadnych
znaków identyfikacyjnych czy informacji o tym, kto je wytworzył. Brakuje
wskazania układu odniesienia i chociażby pieczęci jakiejkolwiek placówki na
terenie Federacji Rosyjskiej mogącej potwierdzić zgodność karty z oryginałem i –
co istotniejsze – ze stanem faktycznym. Jak usłyszeliśmy od doświadczonego
pilota wojskowego w stopniu majora, w przypadku lotów nad terytorium Rosji na
lotniska wojskowe nieopisane kserówki to norma. Obiekty wojskowe nie są bowiem
zawarte w żadnym zbiorze informacji aeronawigacyjnych – ani w rosyjskim AIP, ani
JEPPESEN, choć w miarę "ucywilniania" obiektów wojskowych ta sytuacja nieco się
poprawiła. – Taką "gołą dokumentację" otrzymujemy i dobrze, kiedy przysyłana
jest kserokopia karty, bo bywa, że dostajemy na faks mało czytelny świstek
papieru i trzeba sobie z nim radzić – zaznaczył. Jak zauważył, przesyłane karty
nie posiadają legendy i szczegółowych opisów, bo te znajdują się na początku
zbornika, z którego karty pochodzą. Jednak Rosjanie od czasu rozpadu Układu
Warszawskiego swoich pełnych zbiorów nie udostępniają polskim załogom. A i za
czasów "przyjaźni" zborniki były dobrze pilnowane i należało je bezwzględnie
zwracać po wylądowaniu w rosyjskim porcie lotniczym.

 

Marcin Austyn

drukuj