Szybki marsz w miejscu
Dawno już pierwsze sto dni pracy nowego (starego) gabinetu nie było tak
nieudane. Po bardzo przekonującym zwycięstwie wyborczym i dynamicznym exposé
można było odnieść wrażenie, że rząd zabierze się pełną parą do przekształcania
rzeczywistości. Tymczasem to rzeczywistość zabrała się za rząd.
Autorski gabinet pierwszego niekomunistycznego premiera, który utrzymał
władzę po wyborach, miał być poręcznym narzędziem działania. Wygląda jednak na
to, że sytuacja, w której aktorzy działania są kimś innym niż jego schowani
gdzieś w cieniu autorzy, odbija się dziś Tuskowi czkawką. Dziś w większości
przypadków ministrowie są nie tylko zderzakami premiera, ale także frontmanami
wpływowych grup lub postaci, takich jak Jan Krzysztof Bielecki – nawet jeśli nie
pozbawionymi talentu, to na pewno pozbawionymi politycznego zaplecza. Dotyczy to
takich ministrów, jak: Arłukowicz, Boni, Cichocki, Budzanowski, Korolec,
Kosiniak-Kamysz, Mucha, Nowak, Rostowski, Siemoniak, Sikorski, Szumilas.
Rząd w ciągu tych pierwszych stu dni zaliczył kilka spektakularnych wpadek,
które w dużej mierze są po prostu konsekwencjami przyjętej cztery lata temu
filozofii sprawowania władzy – a właściwie jej niesprawowania. Po prostu w
przypadku rządu Donalda Tuska możemy być właściwie pewni, że zmiana oznacza albo
ogromny bałagan, albo zerowy efekt netto, bo to, co zostaje poprawione w jednym
aspekcie, w swoich konsekwencjach psuje coś innego. Wszystko zostaje dodatkowo
okraszone wszechogarniającą atmosferą narastającej gnuśności i napuszenia.
Rząd nieudaczników
Po pierwsze, nowemu-staremu rządowi udało się po raz pierwszy w historii
wyprowadzić na ulicę ludzi, o których wszyscy myśleli, że w ich wypadku jest to
po prostu niemożliwe – czyli najmłodsze pokolenie Polek i Polaków. Automatyczny,
niestaranny proces tworzenia prawa i praktyczne wygaszenie partycypacji zarówno
aktorów społecznych, jak i opozycji skończyło się tym, czym się musiało skończyć
– mianowicie błędami. Negocjacje i konsultacje – choć w przypadku polskim często
mocno uciążliwe – na dłuższą metę chronią rząd przed niezadowoleniem, obniżają
napięcie w sytuacji, gdy zmiana po prostu jest konieczna, i wprowadzają do prac
perspektywę innych "użytkowników" relacji niż sama administracja. W przypadku
umowy ACTA ujawniły się wszystkie patologie tworzenia prawa za rządów PO. Innym,
mniej społecznie wybuchowym, ale mocno szkodliwym dla Polski dokumentem
automatycznie przyjętym przez rząd, jest nowe unijne rozporządzenie o statystyce
demograficznej, które w praktyce m.in. zmniejszy transfery unijne oraz obniży
naszą siłę w głosowaniach na forum Rady Europejskiej.
Po drugie, nowemu-staremu rządowi udało się również stać obiektem drwin ze
strony nie tylko jego przeciwników – po tej stronie jest tak już od wielu lat –
ale także ze strony coraz większej grupy emocjonalnie niezaangażowanych
wyborców. Paradoksalnie warunkiem takiego stanu społecznego było zwycięstwo w
wyborach, które spowodowało obniżenie się lęku przed "powrotem Kaczyńskiego".
Wystawiony na medialną konfrontację sam ze sobą rząd po prostu w szybkim tempie
zaczął ją przegrywać. Refleksje sportowe minister Muchy, otwieranie Stadionu
Narodowego poprzez jego zamykanie, pęknięcia na nowych autostradach, zasiadanie
przy europejskim stole w roli statysty, jogging premiera, na który lata
samolotem do Sopotu – jeszcze chyba nigdy nie było tyle szyderstw z poczynań
ekipy rządzącej. Nic zatem dziwnego, że słupki poleciały w dół. Inna sprawa, że
w tym samym czasie słupki poparcia dla PiS nie wzrosły.
Z drugiej strony, obecna sytuacja, w której rząd ma problemy, ponieważ
reflektor medialnej uwagi po raz pierwszy chyba od 2007 roku skupił się na nim,
powinna dawać do myślenia strategom opozycyjnym. Rządowi szybko spada poparcie,
kiedy opozycja (czyli de facto po prostu PiS) milknie, a zwłaszcza gdy przestaje
go napastliwie krytykować. Opozycja musi wyciągać żelazne konsekwencje z
trudnych dla siebie faktów, nawet jeśli uważa je za wynik nieobiektywny – choć w
relacjach społecznych coś takiego jak "nieobiektywność" właściwie nie istnieje.
Prawo i Sprawiedliwość powinno pozwolić wykrwawiać się ekipie Donalda Tuska,
punktując niekompetencję poprzez posłów ekspertów, jednocześnie usilnie i
konsekwentnie pracując nad obniżeniem gigantycznego elektoratu negatywnego
prezesa Kaczyńskiego. Musi także unikać pułapki brania pod skrzydła grup
"poszkodowanych" przez deregulacyjne działania ministra Gowina. Dawać to może
poczucie łatwego, ale raczej nietrwałego zysku, a w sytuacji ewentualnego
zwycięstwa wyborczego niebywale silnie zwiąże ręce własnym działaniom.
Władza się wyżywi
Wracając do oceny poczynań rządu, po trzecie, należy zauważyć, że rząd sam
sobie przygotował szereg bomb, które dziś wybuchły mu w twarz. Najbardziej
oczywistym przypadkiem jest sprawa źle przygotowanej do wdrożenia – choć z
istoty potrzebnej – nowej ustawy refundacyjnej. Niezależnie od nieporadności
ministra Arłukowicza, wynikającej zarówno z jego politycznego osamotnienia, jak
i niedomogów operacyjnych całego systemu (brak informatyzacji procesu), problem
z ustawą refundacyjną polega na jednoczesnym zignorowaniu przez PO głosu
partnerów społecznych i relatywnym nieprzygotowaniu owych partnerów do
zdecydowanych działań w czasie procesu legislacji.
Innym – i chyba poważniejszym na dłuższą metę – przykładem takich ran
zadanych przez własne ładunki są problemy na linii rząd i samorządy. Wynikają
one w dużej mierze ze skumulowanych efektów pracy Jacka Rostowskiego, który od
kilku lat próbuje w nowych warunkach nadać nowy sens bon motowi Jerzego Urbana
"rząd się sam wyżywi". Po obcięciu pieniędzy na obronę narodową (obniżenie
bezpieczeństwa militarnego), po poważnym okrojeniu transferów do OFE (obniżenie
bezpieczeństwa socjalnego), ograniczeniu wypłat z Funduszu Pracy (brak pieniędzy
na staże zawodowe, w tym także na specjalizacje młodych lekarzy) przyszedł czas
na skubanie samorządów.
W przypadku PO jest to piłowanie gałęzi, na której się siedzi. Przykręcenie
kurka z pieniędzmi dla samorządów – objawiające się np. niedoborem 1,4 mld zł w
subwencji oświatowej – jest bolesnym uderzeniem w fundamenty władzy PO, czyli
relatywny spokój świata prywatnego Polaków. Samorządy pozbawione bieżących
przychodów po prostu podnoszą wszystkie możliwe opłaty (np. za przedszkola czy
mieszkania komunalne) i daniny (podatki od nieruchomości i użytkowanie
wieczyste) oraz oszczędzają na podstawowych usługach (np. oświetlenie ulic). Z
kolei wciąż nieuregulowana sprawa limitu zadłużenia samorządów właściwie w
praktyce zamroziła po ich stronie absorpcję unijnych funduszy z obecnego
budżetu. Stawia także pod dużym znakiem zapytania skalę wykorzystania pieniędzy
z kolejnej perspektywy budżetowej UE.
Po czwarte, rząd PO traci poparcie w wyniku podjęcia prób reform. I to traci
zarówno na działaniu, jak i na przewlekłym zabieraniu się do działania. Mam na
myśli przede wszystkim problem odroczonej tzw. reformy sześciolatków, a dziś
reform systemu emerytalnego. Z jednej strony rząd forsuje podwyższenie wieku
emerytalnego, co spotyka się z dużym niezadowoleniem społecznym. Z drugiej
strony od dłuższego czasu mówi o zmianie przywilejów emerytalnych grup
wyłączonych z systemu powszechnego, ale zabiera się do tego jak pies do jeża.
Wiedza społeczna na temat skali nieuzasadnionych przywilejów rośnie, a działanie
pozostaje wciąż bardzo anemiczne i mało ambitne. W efekcie, skoro są grupy
zawodowe, które ani nie płacą składek (policja, wojsko), ani dłużej pracować nie
zamierzają, rośnie poczucie niesprawiedliwości oraz opór wobec wydłużenia okresu
pracy. Tajemnica problemu jest raczej prosta – w gruncie rzeczy dużo łatwiej
jest przeprowadzić zmianę czegoś, co dotyczy nawet dużej, ale niezorganizowanej
populacji, niż małej, świetnie zorganizowanej grupy interesu.
Po piąte wreszcie, wydaje mi się, że wśród obywateli narasta poczucie
nieodpowiedzialności, otłuszczenia władzy i lęku przed konfrontacją z ich
opiniami. Chodzi o problem gorszących opinię publiczną notorycznych awansów
nieudaczników, nieuzasadnionych premii w spółce budującej Stadion Narodowy,
problem wciąż puchnącej biurokracji (nawet jeśli w większości jest to
biurokracja samorządowa) czy też o wspomniane loty premiera powietrzną taksówką
na trasie, którą zwykli obywatele przemierzają przez siedem godzin (zarówno
samochodem, jak i pociągiem).
Ale idzie także – a może przede wszystkim – o narastający problem ignorowania
opinii publicznej, braku konsultacji, o ograniczaniu praw opozycji już nie
wspominając. Zarówno przemycane chyłkiem ograniczenia w dostępie do informacji
publicznej (tzw. lex Rocki), odrzucanie pod byle pretekstem wniosków o referenda
(np. referendum w sprawie sprzedaży SPEC w Warszawie), czy wreszcie
spektakularny upadek właściwie wszystkich rządowych i mainstreamowych wersji
wyjaśnień katastrofy w Smoleńsku, w dziwny sposób zbieżnych z wersją
przedstawioną przez MAK. W tym świetle może bardziej zrozumiała staje się
również strachliwość rządu PO i szalony rozrost skali możliwości inwigilacji, z
ABW na czele. Partia, która ma w nazwie przymiotnik "obywatelska" i która
obywateli raczej bać się nie powinna, od dłuższego czasu sprawia wrażenie
bardziej zamiłowanej w służbach, strażach i agencjach. Może jednak ma powód
czegoś się obawiać?
Jan Filip Staniłko
ekspert w dziedzinie ekonomii politycznej
