Szczęśliwa gwiazda premiera gaśnie

Tak słabej pozycji w Platformie Donald Tusk nie miał nigdy.

Nikt co prawda nie kwestionuje jeszcze otwarcie jego przywództwa, ale
mało kto już wierzy w "szczęśliwą gwiazdę" premiera, jego skuteczność. Coraz
częściej przez swoich ludzi Tusk jest odbierany jako słaby przywódca słabego
rządu, który nie potrafi poradzić sobie z nawarstwiającymi się problemami
gospodarczymi i społecznymi. Chyba nikt w Platformie Obywatelskiej nie
spodziewał się, że tak szybko zgaśnie gwiazda Donalda Tuska, który po wygranych
w tamtym roku wyborach parlamentarnych skupił w swoich rękach władzę, jakiej nie
miał przed nim żaden szef rządu i partii. No i szedł za nim przekaz, że jest
pierwszym premierem, który sprawuje władzę drugą kadencję pod rząd. Szybko
jednak poprzez lawinę katastrofalnych błędów, jakie były udziałem członków jego
gabinetu i jego samego, ten kapitał stracił. W efekcie można już mówić o tym, że
"Tusk się zużywa", jest zmęczony rządzeniem, a Platforma jest zmęczona swoim
szefem.

– On będzie nam potrzebny jak świeże powietrze, jak tlen – mówił premier.
Teraz w Platformie nikt już tych słów nie przywołuje. – Entuzjazm wypalił się
błyskawicznie jak wiązka suchej słomy, a optymizm ulotnił jak dym z komina –
komentuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" jeden z posłów Platformy. Na ten
stan rzeczy złożyło się kilka przyczyn. Po pierwsze, fatalne pierwsze miesiące
pracy nowego rządu, gdy afera goniła aferę, a wszystko przeplatane było gafami
ministrów i samego premiera. Po drugie, brak wewnątrzpartyjnej demokracji –
obowiązuje tylko linia nakreślona przez Tuska, a jak ktoś ma inne zdanie, to
ryzykuje swoją przyszłość polityczną. Po trzecie wreszcie, nieograniczona władza
Tuska w PO i rządzie, przez co wszystkie błędy i porażki idą na jego konto.
Politolodzy przekonują, że Donald Tusk stracił już dawno nimb skutecznego
polityka. A skoro tak, to pojawiają się pytania o jego przywództwo. – Chodzi po
prostu o to, aby nie doszło do sytuacji, że premier jest obciążeniem dla naszej
partii, bo skoro dla wielu wyborców PO równa się Tusk, to klęski premiera będą
także w coraz większym stopniu uderzać w samą partię – mówi nam jeden z
senatorów Platformy. – Do tej pory było tak, że choć spadały notowania premiera
i rządu, to partia ponosiła w sondażach niewielkie straty. Problem będzie wtedy,
gdy te dwie krzywe się nałożą – dodaje.

A o kryzysie mówią w Platformie wszyscy. Może nie tak otwarcie, jak choćby
były wicepremier Grzegorz Schetyna, który po zamieszaniu i skandalach z ustawą
refundacyjną i umową ACTA nie krył, że rząd przechodzi kryzys, a premierowi
brakuje energii. Tylko że od tamtego czasu nic się nie zmieniło. – Donald Tusk
zbudował rząd taki, jaki chciał, nikogo w partii nie pytał o zdanie. Tak jak
chciał uformował całą Platformę, więc nie ma teraz chętnych, aby mu pomagać
wyciągać kasztany z ognia. Zresztą nikt się nie odważy zasugerować szefowi
zmiany kursu, bo to by oznaczało, że premier się pomylił, a on się przecież
nigdy nie myli – zaznacza polityk.

Katastrofa goni katastrofę

Tuskowi szkodzi zwłaszcza to, że jest odbierany przez swoich ludzi jako
przewodnik, który się zgubił, nie ma planu podróży, nie wiadomo, dokąd wycieczka
dojedzie, a niektórzy jej uczestnicy rozglądają się, czy aby nie wyskoczyć z
tego autobusu, póki jeszcze czas. Nawet w starciach z opozycją Tusk stracił
dawną werwę i rezon, a coraz częściej puszczają mu nerwy. Tak jak w przypadku
debaty nad wnioskiem "Solidarności" o referendum emerytalne czy podczas dyskusji
nad uchwałą PiS w sprawie zwrotu wraku rządowego Tu-154. Najgorsze dla PO jest
to, że premier przestał być także przekonujący dla Polaków. A to już
bezpośrednio odczuwają parlamentarzyści.

– Premier ma różne pomysły, które my musimy żyrować. O podniesienie wieku
emerytalnego nas nie zapytał, jak przygotowywał exposé. Nie zorganizował nawet
spotkania o emeryturach z własnym klubem, chociaż zaszczytu spotkania z
premierem dostąpiły inne kluby parlamentarne. My mamy po prostu zagłosować tak,
jak on chce, i tyle. Tylko że premier spędza czas między Warszawą i Sopotem. Ja
po posiedzeniu Sejmu wracam do swojego okręgu i muszę wyborcom tłumaczyć
działania rządu. A niestety wśród naszego elektoratu jest nie mniej przeciwników
podniesienia wieku emerytalnego niż wśród wyborców PiS czy SLD. Nie są to więc
przyjemne spotkania – tłumaczy parlamentarzysta z Lubelszczyzny. Na
kompromitację rządu, czyli fiasko informatyzacji administracji i wstrzymanie
przez Brukselę unijnych funduszy na ten cel, wskazuje z kolej poseł z Mazowsza.
– Mam sporo kolegów w firmach informatycznych i to, co usłyszeli z ust ministra
Michała Boniego, u jednych wywołało irytację, u innych pusty śmiech. Jeśli więc
ci ludzie, nasi najwierniejsi dotąd wyborcy, którzy współfinansowali nawet
kampanię PO, nazywają premiera dyletantem, a nasze rządy amatorszczyzną, to
naprawdę jest się nad czym zastanawiać – mówi poseł. I dodaje, że najgorsze jest
to, iż nie widać wyjścia z sytuacji, bo Tuskowi brakuje pomysłów, a sam PR już
nie wystarcza. – Otwarte jest tylko pytanie, kto pierwszy w PO powie, że król
jest nagi i nie radzi sobie z rządzeniem – zastanawiają się nasi rozmówcy.

Czy powstanie realnej antytuskowej opozycji wewnątrz PO jest realne? A co
ważniejsze, czy byłaby ona w stanie wpływać na bieg wydarzeń w partii? Nie ma
więc nikogo, kto mógłby rzucić Tuskowi rękawicę i zająć jego miejsce. Co prawda
obecny kryzys wzmacnia choćby pozycję Grzegorza Schetyny, ale nie na tyle, aby
mógł on teraz pokusić się o odzyskanie dawnych wpływów. – Grzesiek musi być
cierpliwy i on o tym wie. Nie nadszedł jeszcze czas podjęcia walki o
przywództwo. Dlatego nie będzie na razie robił niczego, co mogłoby sprowokować
Tuska do ataku – twierdzi jeden z posłów Platformy. Zdecydowana większość klubu
parlamentarnego, władz krajowych i działaczy w terenie to nadal "ludzie
Donalda", którzy każdego uzurpatora "rozniosą na szablach". Oczywiście, taki
stan rzeczy będzie istniał dopóty, dopóki partia nie zacznie dołować w
sondażach. – Powiem szczerze, bo to i mnie dotyczy: dopóki w sondażach
wyprzedzamy PiS, nic się nie zmieni. Wystarczy jednak, że nasze notowania polecą
w dół i będzie to stała tendencja, wtedy zaczną się ruchy odśrodkowe, a nawet
rozłamy. Wiele osób zacznie się bowiem zastanawiać, czy warto tonąć, godząc się
na utratę mandatu parlamentarnego – mówi senator PO. – Tak samo jak o swoją
przyszłość zaczną się martwić ludzie ulokowani w różnych spółkach, instytucjach
rządowych czy samorządach. Możemy się na to zżymać, ale właśnie lęk przed utratą
tysięcy posad może spowodować początek końca Donald Tuska. I myślę, że on też o
tym wie – dodaje nasz rozmówca.

"Konserwatyści" się przypominają

To, co może rozsadzić Platformę, to spory światopoglądowe, jeśli szef partii
straci nad nimi kontrolę. Sam Tusk bardziej sprzyja lewicowo-liberalnemu
skrzydłu, bo jest mu ono bliskie ideowo. Dlatego choćby w sporze o ratyfikację
konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet między ministrem
sprawiedliwości Jarosławem Gowinem a pełnomocnikiem rządu ds. równego
traktowania Agnieszką Kozłowską-Rajewicz premier stanął po stronie pani
pełnomocnik. Szef rządu ciepło reaguje także na inne postulaty środowisk
lewicowych i feministycznych, ale taktycznie zwleka z ich wprowadzaniem. Nie
chce drażnić "konserwatystów" w PO, a jednocześnie chce utrzymywać dobre relacje
z lewicą. – Donald Tusk przywiązuje ogromną wagę do poparcia mediów, a te
największe mają przecież w sprawach ideowych wyraźnie lewicowe odchylenie. I
jeśli PO nie będzie spełniać ich oczekiwań, to media mogą zacząć lansować SLD i
Ruch Palikota kosztem Platformy. Dlatego premier blokuje środowisko
konserwatywne, ale jednocześnie stara się nie przekroczyć granicy, za którą
byłby rozłam. Tusk wie, że PO musi mieć frakcję konserwatywną, aby nie utracić
sporej grupy umiarkowanych wyborców – tłumaczy osoba z kancelarii szefa rządu.

I dodaje, że Tusk cały czas stara się utrzymywać równowagę między liberałami
a konserwatystami. Dlatego co prawda poparł projekt ustawy o in vitro autorstwa
Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, ale też nie zabroni Gowinowi skierować własnego
kontrprojektu do Sejmu. – Nie dojdzie do rozłamu w PO z powodu spraw
światopoglądowych – uważa senator Jan Rulewski. Podobnie twierdzi poseł
zaliczany do "konserwatywnego" skrzydła w partii. – Przecież do PiS nie
pójdziemy, a jako samodzielna partia, bez struktur, bez pieniędzy, możemy
skończyć jak PJN. Mam jednak nadzieję, że wzmocnimy swoją pozycję w partii w
sytuacji, gdy spółdzielnia Cezarego Grabarczyka się rozpadła, a partyjna lewica
nie ma na razie prawdziwego lidera – tłumaczy. Otoczenie Tuska uważa, że
sprzeciw grupy "konserwatywnej" będzie nieskuteczny. Jarosław Gowin może liczyć
na wsparcie 50-60 parlamentarzystów, których w głosowaniu mogą bez problemów
zastąpić Ruch Palikota i SLD. Nasi rozmówcy z PO podkreślają, że Donald Tusk
bardziej martwi się sprzeciwem katolików. Premier przekonał się bowiem przy
okazji protestów w sprawie obrony Telewizji Trwam, że katolickie środowiska
potrafią się zmobilizować i wyprowadzić na ulice setki tysięcy ludzi. A ustawa o
in vitro może wywołać jeszcze większy opór i poważniejsze problemy.

Pawlak premierem

W oczach swoich ludzi Tusk bardzo wiele stracił podczas negocjacji z PSL o
ustawie emerytalnej. Bo zobaczyli oni, że Waldemar Pawlak uzyskał, co chciał, a
mówiąc językiem piłkarskim – okiwał premiera. W ten sposób słabe PSL
wystrychnęło na dudka silną PO. Tusk głosił, że ustępstw w pierwotnym projekcie
nie będzie, grozi dogadaniem się z Ruchem Palikota, a potem ustępuje Pawlakowi.
– W internecie, prasie zaraz pojawiły się kąśliwe komentarze, że oto na naszych
oczach doszło do rządowego przesilenia: premierem został Pawlak, a Tusk
wicepremierem. Tylko że ta zmiana odbyła się w sposób niekonstytucyjny, bo o
powołaniu premiera powinien decydować Sejm – mówi nam osoba z kierownictwa PO.

Coraz większą irytację w PO wzbudza chwiejność Tuska, która wcześniej tak
mocno nie rzucała się w oczy zwykłemu wyborcy. Było to widać przy okazji ustawy
refundacyjnej, ACTA czy teraz przy ustawie emerytalnej. Najpierw Tusk jest
twardy, sztorcuje kogo tylko może, potem na jakiś czas znika, sprawy nabierają
swojego tempa, premier wraca na wizję, ale już odmieniony, gotowy do kompromisu
i rozmów, sugeruje nawet jakieś dymisje osób odpowiedzialnych za bałagan. – To
było dobre w poprzedniej kadencji. Teraz tylko ośmiesza szefa rządu, bo mało kto
się na to nabiera. W filmach jest dwóch policjantów: jeden zły, drugi dobry. U
nas Tusk sam raz jest złym, a raz dobrym gliną. I dlatego konsekwentnie niszczy
swój autorytet w oczach partyjnych dołów i wyborców – dodaje. A dla przywódcy
partii nie ma nic gorszego niż okazywanie słabości, niezdecydowania i przez to
narażanie się na śmieszność.

Krzysztof Losz

drukuj