System wykluczenia
polityczne przybierają u nas zbyt ostre formy. Taką postawę
podpowiadali im liczni komentatorzy, ubolewający, że politycy
zamiast "pięknie się różnić", okładają się sztachetami. Dziś
natomiast, nie tylko w mediach, ale i w społecznym zapleczu głównych
obozów politycznych, obserwujemy autentyczną wojnę polsko-polską. W
wojnie tej nawet słowo "Polska" po obu stronach barykady rozumie się
inaczej i wymawia nieco innym tonem głosu.
Dlaczego w krajach demokratycznych, w których od wieków funkcjonują
systemy dwupartyjne (Wielka Brytania, USA), permanentna batalia
polityczna – uznawana tam za stan normalny – trzyma się w pewnych
ryzach, a u nas co rusz wykracza poza granice normalności? Nie
dlatego że tamte demokracje są dojrzałe, a nasza jest "młoda", jak
się zwykło sądzić. Istotną przyczyną wydaje się to, że nasza
demokracja od początku III RP ma charakter bardziej formalny niż
rzeczywisty, a realne mechanizmy władzy posiadają charakter
oligarchiczny. Wojna polsko-polska nie jest więc sporem w obrębie
demokracji, tylko sporem pomiędzy zasadą demokracji (sprzymierzoną z
dawnymi tradycjami Narodu) a zasadą postkomunistycznej oligarchii
("wybierającej przyszłość" na przekór tradycji).
Cień Magdalenki
Oligarchiczna struktura dzisiejszej Polski ukształtowała się już w
pierwszych latach transformacji ustrojowej, a korzeniami tkwiła w
PRL i w porozumieniach Okrągłego Stołu. Przypomnijmy, że Polska
przed 1989 rokiem była państwem, w którym żyły dwie kategorie
obywateli. Prawo do sprawowania kilkudziesięciu tysięcy stanowisk
kierowniczych w administracji, gospodarce i kulturze (nie mówiąc już
o wojsku i milicji) zarezerwowane było dla dwumilionowej grupy
członków partii i jej koncesjonowanych sojuszników. Pozostałe
trzydzieści parę milionów Polaków było trwale wykluczone nie tylko z
kierowania państwem, ale i ze wszystkich ścieżek wyższego awansu
zawodowego i społecznego. O władzę w państwie walczyły frakcje i
ekipy wewnątrzpartyjne, które wyłaniały się kolejno i kolejno
usuwały z życia politycznego swoich poprzedników. Walka z systemem
nomenklatury partyjnej i żądanie demokratyzacji ustroju (nie pełnej
demokracji, której nie wyobrażano sobie wobec istnienia ZSRS)
znalazły się na sztandarach pierwszej "Solidarności" w roku 1980.
Okrągły Stół, który częściowo dał temu wyraz, w żadnej mierze nie
zainaugurował jednak w Polsce demokracji. Chociaż instalował w kraju
częściowo demokratyczne procedury (wybory kontraktowe), to jednak
podstawowe dobra, takie jak udział we władzy czy dostęp do mediów,
miały być nadal reglamentowane i koncesjonowane przez niepodlegające
demokratycznej kontroli centrum. Tym razem jednak wobec zbliżającego
się bankructwa komunizmu owo centrum stworzyły w Polsce wspólnie
partyjno-wojskowa ekipa Jaruzelskiego i dokooptowana do niej,
wyselekcjonowana w zakulisowych rozmowach część opozycji.
Polacy chcieli jednak pełnej demokracji i dali temu wyraz w wyborach
4 czerwca 1989 r., wykreślając gremialnie kandydatów strony rządowej
i odrzucając listę krajową. Ale wtedy okazało się po raz pierwszy,
że nowe centrum uznaje wyniki wyborów tylko wtedy, gdy są dla niego
korzystne. Bezceremonialnie zmieniono więc przyjęte wcześniej reguły
gry i kazano społeczeństwu głosować na listę krajową powtórnie, w
drugiej turze wyborów. Tak to PRL wchodziła w nową fazę, w której
paternalistyczne rządy nad "niedojrzałymi do demokracji Polakami"
(jak to ujął Bronisław Geremek) mieli sprawować wspólnie komuniści i
"ruch społeczny" kierowany przez uczestników porozumień w
Magdalence.
Jednak w ciągu następnych dwóch lat Lech Wałęsa i Jarosław Kaczyński
popsuli ten plan. Przy szerokim poparciu społecznym i pod naciskiem
przemian dokonujących się wokół Polski doszło więc i u nas – z
opóźnieniem w stosunku do sąsiadów – do rzeczywiście wolnych
wyborów: najpierw prezydenckich, a potem, w 1991 roku,
parlamentarnych. Wprowadzenie systemu wielopartyjnego w miejsce
jawnie arbitralnej władzy magdalenkowego "porozumienia elit" główni
beneficjenci tego porozumienia nazwali podziałem "Solidarności" i
zaczęli przedstawiać jako wielkie nieszczęście. Nieszczęściem tym
była demokracja.
Wypchnięci przez salon
Wtedy też, w latach 1989-1991, środowisko "Gazety Wyborczej"
zastosowało po raz pierwszy pod adresem swoich przeciwników język
wykluczenia politycznego. Pojawił się, bo był temu środowisku
potrzebny – wręcz niezbędny. Skoro rządy "ruchu społecznego" w
układzie z komunistami ("wasz prezydent – nasz premier") okazały się
niemożliwe, to swojej uprzywilejowanej pozycji środowisko to musiało
bronić w warunkach zainaugurowanego w Polsce systemu
parlamentarnego. Jednak nie poprzez normalną walkę polityczną, ale
przez natychmiastowe wypchnięcie przeciwników poza system i
zabudowanie całego spektrum politycznego stworzonymi przez siebie
partiami "cywilizowanymi".
Cywilizowane były oczywiście polityczne kreacje salonu: Unia
Demokratyczna (centrum), Unia Pracy (lewica), Forum Prawicy
Demokratycznej (prawica). Reszta partii – na czele z Porozumieniem
Centrum i Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym – była w tej optyce
"niecywilizowana". A więc – rzekomo – nie kwalifikowała się do
systemu politycznego ze względów kulturowych. Przeciwników zaczęto
też nazywać "oszołomami". Nie było to już co prawda znane w ZSRS
zamykanie dysydentów w szpitalach psychiatrycznych, ale zastosowana
tu zasada wykluczenia była ta sama. Ponadto prawica miała być nie do
zaakceptowania przez Europę jako "nacjonalistyczna", "antysemicka",
wprowadzająca "państwo wyznaniowe" itp., itd.
Trzeba też podkreślić, że wbrew obiegowej opinii w zakresie
propagandowej agresji nie było de facto żadnej symetrii pomiędzy
obozem "Gazety Wyborczej" a jego rywalami. Język wykluczenia służył
tylko jednej stronie. Tej, która twierdziła, że walczy z
"ciemnogrodem", zakładając, że władzę sprawować może tylko "jasnogród"
– czyli światła elita wyselekcjonowana na niedemokratycznych i
przedpolitycznych zasadach.
W PRL system wykluczenia politycznego większości i rekrutacji do
wąskiej elity opierał się na ideologii i nomenklaturze partyjnej. W
okresie Okrągłego Stołu podobne mechanizmy oparto na porozumieniu
politycznym i rozszerzono ich zasięg na koncesjonowaną część
opozycji. W demokratycznym systemie partyjnym dominującą pozycję
nowej elity trzeba było oprzeć na jeszcze innych podstawach. I
oparto ją, po pierwsze, na kapitalizmie politycznym, a po drugie,
właśnie na języku komunikacji społecznej, który modelował
wykluczenie "ciemnogrodu" z udziału we władzy. Obelgi izolowały
społecznie stygmatyzowanych nimi polityków i środowiska (nikt
przecież nie chciał być kojarzony z oszołomami) i w konsekwencji,
zgodnie z planem, wypychały ich poza system. W ten sposób język
wykluczenia robił miejsce w przestrzeni publicznej dla nowej
oligarchii i zapewniał jej dominację w ramach formalnie
demokratycznego ustroju.
Także z kryzysu zainaugurowanego aferą Rywina establishment
polityczny III RP wyszedł w znacznej mierze dzięki skutecznemu
stosowaniu propagandy i języka wykluczenia. Kiedy w 2005 roku ludzie
ponownie "źle zagłosowali", wybierając Lecha Kaczyńskiego i PiS,
Platforma Obywatelska i jej sojusznicy najpierw nie przyjęli do
wiadomości tego wyniku wyborów, a potem zorganizowali trwający do
dziś spektakl ponownego wyrzucania swoich przeciwników poza system.
Spektakl ten opiera się na założeniu, że w polityce i w życiu
publicznym nie ma w ogóle miejsca dla ludzi i grup społecznych,
którzy nie podobają się jedynie słusznej partii. Babci trzeba
schować dowód osobisty, bo nie chodzi o to, żeby babcię
przegłosować, ale żeby babcia w ogóle nie mogła brać udziału w
głosowaniu. Należy przecież do jednej z grup, dla których nie
przewiduje się miejsca w nowoczesnej Europie. Ożywiająca PO, SLD i
powstający ruch Palikota wiara, że modernizacja polega na
marginalizowaniu takich grup i eliminowaniu ich reprezentacji z
życia publicznego, jest dzisiaj znakiem odradzającej się w tym
środowisku mentalności totalitarnej.
Nowe elity
Z drugiej strony codzienne orwellowskie minuty nienawiści do
Jarosława Kaczyńskiego, obsesyjne skupienie uwagi głównych mediów na
opozycji (zamiast na "sukcesach" rządu), niecierpliwe przyzywanie
ostatecznego upadku PiS, wezwania do jego delegalizacji – mogą być
też sygnałem narastającego wśród zwycięzców lęku. Prawda, że po
wyborach prezydenckich PO uzyskała w kraju pełną hegemonię
polityczną. Ale jest to hegemonia podminowana 47 procentami głosów
za kandydaturą szefa PiS i narastającym w społeczeństwie
niezadowoleniem. Agresja wobec opozycji jest w tej sytuacji ucieczką
przed pytaniami, na które władza nie zna odpowiedzi. Jak skończy się
sprawa Smoleńska? Co będzie, kiedy zawita do nas kryzys? Ponieważ
politycy i propagandyści PO nie wiedzą, co dzieje się z krajem,
którym podobno rządzą, wolą skupiać uwagę swoich zwolenników na
walce z dyżurnymi wrogami. Trzeba ich ponownie wyeliminować, i to
właśnie teraz, bo za rok, kiedy przyjdą wybory parlamentarne, może
już być na to za późno.
Tymczasem oligarchia widzi, że medialne gry na wykluczenie
przeciwników nie są już tak skuteczne, jak były w latach 90. Tak
zwany żelazny elektorat Prawa i Sprawiedliwości mimo pogardy, jaką
okazują mu zgodnie wszystkie mainstreamowe media, nie rozpada się.
Coraz trudniej jest też kogokolwiek przekonać, że podział na rząd i
opozycję przebiega w Polsce po linii kulturowej: elita –
"ciemnogród". Widać gołym okiem, choć się o tym nie mówi, że
domniemany "ciemnogród" ma już swoją kontrelitę, swoją prasę i inne
media, swoją reprezentację w internecie.
Zapewne hegemonia polityczna PO zakonserwuje jeszcze na jakiś czas
układ stosunków typowy dla PRL i III RP, stosunków, w ramach których
wszelki indywidualny sukces, kariera i awans są przedmiotem ścisłej
reglamentacji i koncesjonowania uwarunkowanego polityczną
lojalnością wobec sprawujących władzę. Wobec niepokornych w
środowiskach bliskich władzy nadal stosuje się ostracyzm. Ale grając
na wykluczenie, nie da się już wszystkich niepokornych trwale
zepchnąć na margines. Polska jest bowiem dzisiaj podzielona na pół i
w gruncie rzeczy nie wiadomo, po której stronie ten margines się
znajduje.
Prof. Andrzej Waśko
Autor jest historykiem literatury, publicystą,
pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły
Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie.
