Syndrom, czyli żal za utraconą miłością

Z Maciejem Bodasińskim, reżyserem filmu "Syndrom", rozmawia Bogusław
Rąpała

Pański najnowszy film "Syndrom" ukazuje konsekwencje, jakie dla całej rodziny
niesie aborcja. Dlaczego podjął Pan ten temat?

– Do nakręcenia tego filmu skłoniły mnie dwie rzeczy. Przede wszystkim osobiste
doświadczenie. Swego czasu, przy okazji pracy nad innym materiałem,
przeprowadzałem wywiad z psychoterapeutą, który zajmował się leczeniem syndromu
poaborcyjnego. Wtedy też pierwszy raz w życiu usłyszałem o tym problemie i ze
zdziwieniem odkryłem, że dotyczy on również mnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że
moja – szeroko rozumiana – rodzina jest nim dotknięta. Syndrom poaborcyjny to
zjawisko dające się bardzo precyzyjnie opisać, które dotyka konkretnych dziedzin
życia. Wiele problemów nękających współczesne rodziny ma swój początek właśnie w
przypadkach aborcji dokonanych w przeszłości: pęknięte relacje między rodzicami,
nadopiekuńczość matek, "nieobecni" ojcowie, niezdolność dzieci, które urodziły
się po aborcji, do wejścia w odpowiedzialne, dorosłe życie. Jakiś czas później
razem ze współautorem filmu Lechem Dokowiczem dotarliśmy do badań statystycznych
przeprowadzonych w 1986 r., z których wynika, że w ciągu trzydziestu lat
obowiązywania w Polsce ustawy aborcyjnej, wprowadzonej w 1956 r., zginęło 36
milionów dzieci! A trzeba zaznaczyć, że badanie dotyczyło tylko przypadków
oficjalnie zarejestrowanych, przeprowadzonych w szpitalach i klinikach. Ta
liczba jest szokująca. Oznacza to, że poddano aborcji drugi Naród Polski. To
również oznacza, że – statystycznie rzecz ujmując – każda polska rodzina ma
problem z syndromem poaborcyjnym. Stało się dla mnie absolutnie jasne, że chcę o
tym opowiedzieć i nasz następny film nakręcimy właśnie na ten temat.

Kim są główni bohaterowie filmu?
– Bohaterami są Tomasz i Lidka, młode małżeństwo, które zaraz po ślubie dokonało
aborcji. Nie byli przygotowani na ciążę, nie planowali jej, bali się, że ich
życiowe plany legną w gruzach. Film jest opowieścią o wszystkich konsekwencjach
tej decyzji. Opowiada również o próbie wyrwania się z tej sytuacji. O żalu i
utraconej miłości, za którą się bardzo tęskni, bojąc się, że już nie wróci. O
wielkiej potrzebie przebaczenia.

W jaki sposób dotarł Pan do tych ludzi?
– Właściwie trzeba by zapytać, jak oni trafili do nas. Niedługo po tym, jak
podjęliśmy decyzję o nakręceniu filmu na temat syndromu poaborcyjnego,
zadzwoniła do nas znajoma pani psycholog, która powiedziała, że zna małżeństwo,
które jest gotowe opowiedzieć o tym doświadczeniu. W pewnym więc sensie
bohaterowie sami się do nas zgłosili. I tak się spotkaliśmy. Dzień po dniu
poznawaliśmy się coraz lepiej, zaprzyjaźnialiśmy się, dzięki temu mogliśmy
zrozumieć ich motywację, dlaczego chcą o tym mówić.

To zadziwiające, że ktoś chce przed kamerą opowiedzieć o aborcji, której
dokonał…

– Tak, to prawda. Sami na początku byliśmy zdziwieni, iż są ludzie, którzy
zgłaszają się na ochotnika, by zrobić coś tak trudnego. Gdy zapytaliśmy ich o to
wprost, mówili o ogromnej potrzebie zadośćuczynienia i o tym, jak pewnego dnia,
gdy jeszcze przebywali w Polsce, przyszła do nich pewna osoba z rodziny i
poprosiła o namiary na dobrego abortera, bo chce przerwać ciążę. Wiedziała, że
Tomek i Lidka mają własne aborcyjne doświadczenie. Tomek powiedział wtedy: "Nie
przyłożę ręki do kolejnej śmierci". Udało im się odwieść tę osobę od decyzji o
aborcji. Dziecko zostało uratowane, a oni zrozumieli, że mówiąc o tym, mogą
komuś pomóc.

Czym była dla Pana praca nad tym filmem?
– To było dla mnie coś dużo więcej niż tylko zwykłe kręcenie filmu. Chociażby z
tego powodu, że problem dotyczy również mojego życia. Plan zdjęciowy zmieniał
nas wszystkich. Spędzaliśmy razem dużo czasu. Razem odkrywaliśmy, jaka jest
wartość życia oraz jakie są skutki różnych decyzji, które podejmujemy. Bardzo
dużo o tym rozmawialiśmy. Wraz z Leszkiem próbowaliśmy również podzielić się z
Tomkiem i Lidką naszymi doświadczeniami, jeśli chodzi o wiarę w Pana Boga.
Tomasz i Lidka niedawno zakończyli terapię i znaleźli się na wspaniałej drodze
do uzdrowienia wzajemnych relacji i odzyskania nadszarpniętej miłości. Razem
odkrywaliśmy Pana Boga i Jego miłosierdzie i razem się modliliśmy. W trakcie
zdjęć, po raz pierwszy od dłuższego czasu, mieli okazję pójść do spowiedzi. To
było na pewno coś więcej niż zwykła praca, niż opowiadanie kolejnej ciekawej
historii.

Taki rodzaj terapii?
– Coś w tym rodzaju. Lidka i Tomek żyją za granicą, daleko od rodziny i od
świata, który znają. Bardzo doskwiera im samotność, nie mają wokół siebie
rodziny ani przyjaciół, z którymi mogliby dzielić swoją codzienność. I oto nagle
przyjeżdża dwóch trochę starszych od nich chłopaków i wprowadza się do ich domu.
To na pewno była dla nich duża zmiana. Razem pracowaliśmy, przygotowywaliśmy
posiłki, nauczyli się od nas niejednego dobrego przepisu. Nawiązała się między
nami silna relacja, po zdjęciach poprosili Leszka, by został ojcem chrzestnym
ich kolejnego dziecka. To było niezwykłe przeżycie dla nas wszystkich. Razem też
płakaliśmy, gdy rozmawialiśmy o Mateuszu, który nie miał szansy się narodzić,
oraz o innych dzieciach nienarodzonych. Bardzo mocno przeżywaliśmy to wszystko.

W Polsce bardzo mało wspomina się o tym, co przeżywają rodziny po śmierci
nienarodzonego dziecka…

– O aborcji bardzo trudno jest mówić. Jeśli w przestrzeni publicznej pojawia się
ten temat, to najczęściej dyskusja toczy się wokół samej aborcji – czy wolno jej
dokonać, czy nie, czy nienarodzone dziecko jest człowiekiem, czy "tylko" płodem.
Po aborcji zapada cisza, nie mówi się o ludziach, którzy jej dokonali, o
brzemieniu, jakie muszą dźwigać. Polskich psychologów, którzy się tym zajmują,
można policzyć na palcach jednej ręki. A dramat nie kończy się na aborcji, on
się dopiero od niej zaczyna.

W społeczeństwie wciąż pokutuje przekonanie, że aborcja jest tylko i
wyłącznie sprawą matki.

– Kwestia aborcji jest sprawą bardzo wstydliwą, skrzętnie skrywaną. Małżonkowie
boją się o tym rozmawiać, a jeśli już rozmawiają, to w formie wzajemnych
oskarżeń. Jeszcze mocniej ukrywa się ten fakt przed kolejnymi dziećmi, które
pojawiły się już po aborcji. One najczęściej nie wiedzą, że miały brata lub
siostrę. W związku z tym ludzie rzadko kiedy są w stanie zrozumieć, że wiele ich
problemów ma swoje źródło w aborcji. To stereotyp, że aborcja dotyczy tylko
dziecka i jego matki. To absolutnie nie jest prawdą. Syndrom aborcyjny dotyczy
całej rodziny: mamy, taty, dziadków i dzieci. Mówiąc w dużym skrócie – śmierć
zaczyna mieszkać w rodzinie, a to skutkuje pęknięciem relacji na wielu
płaszczyznach. Rodziny, które tkwią w syndromie poaborcyjnym, dźwigają wielki
ciężar na swoich barkach, ale zawsze jest nadzieja, by się wyrwać z tej
sytuacji. Nie jest to łatwe, ale możliwe!

Do kogo skierowany jest ten film?
– Przede wszystkim kierujemy ten film do osób, które przeżywają syndrom
poaborcyjny, aby zdecydowały się otworzyć i zaczęły o tym mówić w swoich
rodzinach. Chcemy je przekonać, że warto otworzyć tę puszkę Pandory, wydobyć ten
brud na powierzchnię po to, by zostać uzdrowionym. Jeszcze dwa lata temu
wydawało mi się, że syndrom poaborcyjny jest zjawiskiem, które dotyczy wąskiej
grupy ludzi, że po aborcji może się pojawić, ale nie musi. Teraz wiem, że jest
to nieunikniony skutek aborcji, tzn. nie da się uniknąć konsekwencji, które się
potem w rodzinie pojawiają. Oczywiście chcielibyśmy również, żeby nasz film
obejrzały osoby, które tego syndromu nie doświadczają. Jednak odbiorcami,
których przede wszystkim nosimy w naszych sercach i o których myśleliśmy w
czasie pracy nad filmem, są rodziny tkwiące w syndromie poaborcyjnym. Mając ich
na uwadze, staraliśmy się być bardzo delikatni, aby nikogo nie zranić.

Zajmuje się Pan w swojej twórczości tematami trudnymi, często skrywanymi i
uznawanymi za tabu. Nie jest łatwo kręcić takie filmy. Skąd czerpie Pan siłę do
pracy?

– Miałem wielkie szczęście i łaskę, że spotkałem w swoim życiu Pana Boga.
Spotkałem Chrystusa twarzą w twarz, mogłem Go poznać, nawiązać z Nim relacje i –
pomimo swoich grzechów – żyć razem z Nim. To spotkanie zmieniło całe moje życie
i sposób patrzenia na świat. Również na moją pracę zawodową. Zapragnąłem robić
filmy, które mają szansę zmienić czyjeś życie, pomóc w podjęciu ważnych decyzji,
filmy zbliżające innych do Boga. Szukamy więc tematów, które może i są trudne,
ale z drugiej strony mamy nadzieję, że te filmy dzięki Duchowi Świętemu i Bożej
pomocy mają w sobie siłę i dotykają ludzkich serc. Po emisji filmu "Egzorcyzmy
Anneliese Michel" mieliśmy sporo telefonów od kapłanów. Opowiadali, że do
konfesjonałów przychodzili ludzie, którzy nie spowiadali się nawet przez
dwadzieścia lat. Twierdzili, że po obejrzeniu właśnie tego filmu zaczęli drżeć o
swoje życie wieczne. To największa radość móc przyprowadzić kogoś do Pana Boga!

Jakie plany ma Pan na najbliższą przyszłość? O czym będzie następny film?
– Już rozpoczęliśmy prace nad naszym nowym filmem. Będzie w nim mowa o
Eucharystii, o największym cudzie, jaki Bóg uczynił dla człowieka, którego
możemy doświadczać nawet codziennie. Chcemy zrozumieć, jak to możliwe, że Bóg
jest naprawdę obecny w tym niewielkim chlebie. Mszę Świętą nierzadko przeżywamy
w sposób bardzo rutynowy, wiem coś o tym, bo często wpadam do kościoła w
ostatniej chwili i łapię się na tym, że odbębniam niedzielny obowiązek. A
przecież w czasie Eucharystii Bóg przenosi nas na Golgotę, pod krzyż, umiera za
nas z miłości. I to wcale nie jest przenośnia. Bardzo chciałbym to zrozumieć.

Dziękuję za rozmowę.

Maciej Bodasiński jest reżyserem, scenarzystą i producentem. Zdobył Grand Prix
Międzynarodowego Festiwalu Filmów Katolickich w Niepokalanowie za "Egzorcyzmy
Anneliese Michel" (2008) i został laureatem I nagrody w kategorii filmu
dokumentalnego za film "Śmierć na życzenie" na tym samym festiwalu (2005).

drukuj