Świętej pamięci ksiądz biskup Ignacy Jeż – świadek Golgoty Zachodu
W koronie wiecznej chwały Chrystusa
Senior Episkopatu Polski, najstarszy polski biskup, 93-letni ks. bp Ignacy Jeż, nie doczekał zamierzonego wyniesienia go do godności kardynalskiej. Zmarł nagle w Rzymie we wtorek, 16 października br. Przybył do Wiecznego Miasta ze śląską pielgrzymką z archidiecezji katowickiej z okazji 750. rocznicy śmierci św. Jacka Odrowąża. Tuż przed wylotem do Rzymu, jeszcze na lotnisku, ks. bp Ignacy dowiedział się, że Ojciec Święty wyniesie go do godności kardynała.
W wigilię uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata – w sobotę, 24 listopada br., na zwołanym w Watykanie konsystorzu Ojciec Święty Benedykt XVI w Bazylice św. Piotra wręczył 23 nowym kardynałom insygnia ich godności. W gronie nowo wybranych purpuratów miał się znaleźć najstarszy polski biskup – śp. ks. bp Ignacy Jeż. Na początku homilii wygłoszonej w czasie konsystorza Papież przypomniał, że do Kolegium Kardynalskiego pragnął w tym dniu włączyć także ks. bp. Ignacego Jeża, „którego Bóg wszelkiej łaski powołał do siebie na chwilę przed nominacją, ażeby dać mu całkiem inną koronę – koronę wiecznej chwały w Chrystusie”.
Następnego dnia po śmierci ks. bp. Jeża, w środę, 17 października br., podczas audiencji generalnej, Ojciec Święty Benedykt XVI, ogłaszając kardynałów elektorów, powiedział: „Pragnąłem, aby wraz z tymi ostatnimi wyniesiony został do purpury kardynalskiej sędziwy biskup Ignacy Jeż z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej w Polsce, zasłużony hierarcha, który zmarł nagle wczoraj. Módlmy się za spokój jego duszy”.
Śląsk – mała ojczyzna
Ksiądz biskup Ignacy Jeż zawsze czuł się Ślązakiem, choć urodził się w Radomyślu Wielkim koło Mielca w przeddzień wybuchu I wojny światowej, 31 lipca 1914 roku. Jednak to właśnie Śląsk uważał za swoją małą ojczyznę. Z tą ziemią łączyły go szczególnie mocne więzy.
Święcenia kapłańskie otrzymał w katowickiej prokatedrze Świętych Piotra i Pawła, 20 czerwca 1937 r., z rąk biskupa śląskiego Stanisława Adamskiego.
Pierwsze lata pracy duszpasterskiej ks. Ignacy spędził w Hajdukach Wielkich pod Katowicami, w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny prowadzonej wówczas przez ks. dziekana Józefa Czempiela (beatyfikowanego 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez Jana Pawła II w gronie 108 polskich męczenników). To właśnie Hajduki Wielkie (dziś Chorzów-Batory) dla 28-letniego ks. Ignacego stały się pierwszą stacją drogi krzyżowej – obozowej katorgi, którą przeżył w obozie zagłady w Dachau.
Obozowa Golgota
W czerwcu 1942 r. w hajduckiej świątyni została odprawiona Msza św. za pokój duszy śp. ks. Józefa Czempiela, więźnia Dachau. Gestapo uznało, że jest to „manifestacja o charakterze antypaństwowym i działanie przeciw okupantowi”. Ksiądz Ignacy Jeż został za to aresztowany w połowie sierpnia i osadzony w katowickim więzieniu, a następnie – 7 października, w święto Matki Bożej Różańcowej – trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau. Otrzymał numer obozowy 37196, wypisany na białej taśmie, i czerwony trójkąt z literą „P” na określenie więźnia politycznego – „Polaka”. – Do dziś pamiętam słowa powitania wypowiedziane przez jednego z esesmanów, że jedyna droga do wolności prowadzi stąd przez komin krematorium – wspominał ks. bp Ignacy.
W obozie dane mu było spotkać takich wspaniałych kapłanów jak ks. abp Kazimierz Majdański czy błogosławiony ks. bp Michał Kozal. – W mojej pamięci pozostało na zawsze spotkanie z biskupem Kozalem, który umarł w tym obozie w styczniu 1943 roku. Wyróżniał się swoim zrównoważeniem, swoją pogodą ducha. Jego świadectwo wiary jeszcze bardziej podnosiło na duchu takiego młodego kapłana jak ja i utwierdzało w trwaniu na tej drodze męczeństwa w obozie – wspominał ks. bp Jeż.
W 1994 r. ks. bp Ignacy Jeż napisał swoje wspomnienia obozowe pt. „Błogosławcie Pana światło i ciemności” i zadedykował je swemu najlepszemu przyjacielowi „Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II z wyrazami najgłębszej czci, niekłamanego zachwytu i synowskiego oddania”. W dramatycznej rzeczywistości obozowego życia pojęcia „światła” i „ciemności” nabierają szczególnego sensu. – Przecież w tych nieludzkich warunkach trzeba było żyć, niektórym bardzo długo. Ten obozowy okres był rzeczywiście czasem panowania tych ciemności – wyjaśniał autor. – Ale św. Paweł w Liście do Rzymian napisał: „… Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. I rzeczywiście, muszę powiedzieć, że obok tych strasznych przeżyć były też wspaniałe bohaterskie przeżycia wielu polskich kapłanów. Człowiek, patrząc na te świadectwa, budował się wewnętrznie. Dla mnie był to szczególny czas formacji kapłańskiej, po którym wyszedłem oczyszczony z tego wszystkiego, co było tą ciemnością.
Ksiądz Ignacy Jeż był właśnie świadkiem tego światła – działania łaski Bożej w warunkach ciemności.
Z powodu głodu i wycieńcze nia zachorował na tyfus, najpierw brzuszny, potem plamisty. Pojawiła się biegunka potyfusowa. Był tak wycieńczony, że ważył 39 kilogramów. Jeden ze współwięźniów – pielęgniarz – powiedział: – Ignac, jeśli nie znajdziemy jakiegoś leku, jutro skończysz – opowiadał ks. bp Ignacy. – On był jednocześnie pielęgniarzem na rewirze esesmanów. Przyniósł opium wykradzione tam z apteczki. Podał mi sześć kropli na kostce cukru. Zjadłem tę kostkę i to wystarczyło. Efekt był natychmiastowy. Jak ręką odjął, na drugi dzień byłem już zdrowy, choć jeszcze strasznie słaby. Schowali mnie na trzecim piętrze pryczy w baraku dla tyfuśników. Nie pokazywałem się przy kontroli. Powoli dochodziłem do jako takich sił – mówił.
Kiedy ks. Jeż wyzdrowiał, sam zgłosił się do pracy na blok, w którym przebywali więźniowie zarażeni tyfusem. Opiekował się chorymi i pełnił posługę kapłańską. Było to pod koniec wojny, gdy do Dachau przywożono więźniów z innych obozów. Ludzie padali jak muchy. Tak zginęło wielu polskich kapłanów.
Ksiądz Ignacy przeżył jeszcze wiele dramatycznych sytuacji, w których myślał, że umrze. Jednego razu pobiło się dwóch esesmanów. Jeden z nich stracił tyle krwi, że dla ratowania go była potrzebna natychmiastowa transfuzja. – Od zapewnienia „dostawy” krwi byli więźniowie, mierzwa ludzka. W kartotekach obozowych było odnotowane, że wśród księży, czyli najmniej wartościowego „materiału”, jest taki jakiś Jeż. Ma grupę Rh plus, taką samą jak ciężko pobity esesman. Nagle wołają mnie do szpitala obozowego. Kładą na stół, przywiązują, nic nie tłumaczą. Nie wiadomo, ile krwi by ze mnie wytoczyli, może wszystko. Oczekiwałem już śmierci. Na szczęście esesman umarł. Tylko Bożej Opatrzności zawdzięczałem kolejny już raz darowane mi życie – opowiadał ks. bp Ignacy.
„Budowniczy mostów”
Obozowe wspomnienia ks. bp. Jeża przetłumaczono na język niemiecki. Ojciec Święty Jan Paweł II w słowie do niemieckiego wydania książki wspominał, jak we wrześniu 1974 r. jako arcybiskup Krakowa przybył do Niemiec i miał wtedy okazję sprawować Eucharystię na obszarze byłego obozu koncentracyjnego w Dachau razem z niezapomnianym ks. kard. Juliuszem Döpfnerem. Jan Paweł II pisał: „Wspomnienie tych odwiedzin utkwiło we mnie głęboko. Myślałem o cierpieniach, które niezliczona ilość ludzi musiała znosić na tym miejscu zgrozy i odczuwałem zarazem impulsy do chrześcijańskiego pojednania, które obecnie z tego miejsca wychodzą. Wówczas podkreśliłem w moim kazaniu, że takie pojednanie może jedynie dalej dojrzewać poprzez gotowość do ofiary, przez modlitwę i wolę porozumienia między narodami. Dlatego cieszę się z tego bardzo, Księże Biskupie, że teraz następuje w języku niemieckim publikacja wspomnień z czasów Waszego uwięzienia w Dachau. Jako niestrudzonemu budowniczemu mostów między katolikami obu narodów chodzi Księdzu Biskupowi, mając na uwadze współżycie narodów w wymiarze europejskim, nie o dokonanie obrachunku z przeszłością, lecz o otwarcie perspektywy dla wspólnej przyszłości mocą zobowiązującej wiary oraz dzięki pogłębionej pamięci”.
Biskup Ignacy Jeż na tej Golgocie Zachodu, jaką był obóz zagłady w Dachau, wycierpiał ze strony Niemców wiele potwornego zła, jednak zawsze był niestrudzonym orędownikiem pojednania polsko-niemieckiego. – Wychodząc z obozu koncentracyjnego w Dachau, mieliśmy świadomość, że w obozie więźniami byli nie tylko Polacy, nie tylko Francuzi czy Włosi. Więźniami byli też Niemcy, którzy byli przeciwnikami hitlerowskiego systemu totalitarnego i z nim walczyli – mówił bp Ignacy. – To nam otwierało oczy, że nie wolno wszystkich Niemców jednakowo traktować. To już nawet w obozie kazało nam patrzeć na Niemców z innego punktu widzenia. I przyszło zrozumienie, że nie można w nieskończoność angażować się w to, co wyrasta z nienawiści. Jednocześnie przecież modlimy się: „…odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…”, trzeba więc było z tych słów wyciągnąć właściwe wnioski – podkreślał.
Jeszcze dzień przed odejściem do Pana, bp Ignacy Jeż celebrował Eucharystię w rzymskiej bazylice św. Sabiny. Później wieczorem na spotkaniu w Ambasadzie Polskiej przy Watykanie, opowiadał o swoich przeżyciach z niemieckiego obozu zagłady w Dachau. Mówił o grozie wyniszczenia człowieka, potworności przeżycia głodu, ocieraniu się o śmierć. W jego opowiadaniu nie było cienia nienawiści, ale wyrozumiałość wobec katów hitlerowskiego reżimu. Z pogodnej jak zawsze twarzy bp. Ignacego promieniowała życzliwość i dobroć.
W czerwcu 2005 r. bp Ignacy Jeż otrzymał z rąk ambasadora Niemiec w Polsce Reinharda Schweppego Wielki Krzyż Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. Tym najwyższym odznaczeniem, przyznawanym cudzoziemcom, prezydent Horst Köhler uhonorował biskupa za wieloletnią działalność na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Natomiast w czerwcu br. prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, prof. Lech Kaczyński, przy okazji pięknego jubileuszu
70-lecia kapłaństwa, nadał dostojnemu jubilatowi Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi na rzecz przemian demokratycznych w Polsce i za zaangażowanie na rzecz współpracy polsko-niemieckiej”.
Podczas uroczystości jubileuszowych w koszalińskiej katedrze Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, prezydent Koszalina Mirosław Mikietyński powiedział: – Przebaczam, więc jestem. Te słowa na zawsze łączą się nam z osobą biskupa tragicznie doświadczonego kataklizmem XX wieku. Chylę czoła przed twoim wyrozumiałym i mądrym stosunkiem do historii. Wielkiemu zadaniu pojednania Polaków i Niemców dałeś swoją twarz więźnia obozu koncentracyjnego, który nie szuka zemsty.
Ostatnie chwile w Rzymie
Informację o nominacji kardynalskiej przekazał ks. bp. Ignacemu Jeżowi obecny ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski – ks. bp Edward Dajczak. – Dosłownie kilka minut przed odlotem do Rzymu, przez telefon komórkowy, oczywiście z polecenia nuncjusza, zakomunikowałem biskupowi Ignacemu, co miało go spotkać – mówi bp Dajczak. – Wyczułem jego zdziwienie. On powiedział: „Boże! Co to się dzieje?” Zdążyłem jeszcze odezwać się: „Ściskam Księdza Biskupa na odległość w swoim sercu”, a on jak zawsze z dużym poczuciem humoru odpowiedział: „Ostrożnie, ostrożnie, nie ściskać starego, bo mi duszno”. I to były ostatnie słowa, które z nim zamieniłem na tej ziemi – wspomina biskup ordynariusz.
Ksiądz bp Ignacy Jeż zmarł nagle w Rzymie we wtorek 16 października br. Dokładnie tego samego dnia, 29 lat wcześniej w 1978 r., był obecny na placu św. Piotra, podczas gdy jego serdeczny przyjaciel ks. kard. Karol Wojtyła został wybrany na Stolicę Piotrową. Śmierć nastąpiła w karetce, w drodze do polikliniki Gemelli, w której tyle razy przebywał Ojciec Święty Jan Paweł II. Biskup Ignacy często powtarzał, że prosi Pana Boga, aby odejść nagle, ale „spodziewanie”, czyli być przygotowanym na spotkanie z Bogiem. I pokornie powtarzał to zawsze z charakterystyczną pogodą ducha. Pragnął, by śmierć „przyszła z marszu” i tak rzeczywiście się stało. – W naszej podświadomości było, że biskup Ignacy gdzieś w drodze to życie zakończy – mówi ks. bp Dajczak. – Ciągle wybierający się gdzieś w drogę na jakąś posługę. Niejednokrotnie omawialiśmy ze sobą, że prawdopodobnie kiedyś przywieziemy jego ciało z jakiegoś wyjazdu. Rzecz wręcz tak przedziwna. On tak zakochany w Śląsku, odchodzi w dzień wspomnienia św. Jadwigi Śląskiej. To zarazem dzień wyboru Ojca Świętego Jana Pawła II. Biskup Ignacy był wtedy na placu św. Piotra. Wszystko to ma jakąś taką przedziwną symbolikę.
Kiedy katowiccy kapłani ze śląskiej pielgrzymki żegnali zmarłego, jego oblicze było bardzo pogodne. Biskup Ignacy Jeż ubrany w szaty liturgiczne, otrzymał różaniec i książeczkę do nabożeństwa.
Otwarty przypadkowo tekst był bodajże wstępem do Drogi Krzyżowej: „I dlatego w bramie nieba stoi krzyż. Rzuca on cień na całą ludzkość i na Twoje życie. Do Boga trzeba iść drogą krzyżową. Na tej drodze jest cierpienie, jest też i radość. Bo jakże nie radować się ze swego upodobnienia do Chrystusa, z wysiłku, jaki się wkłada w swoje zbawienie, z dobroci, jaką się okazuje współtowarzyszom na drodze zbawienia”.
Te słowa przed zamknięciem trumny stały się ostatnim testamentem biskupa Ignacego Jeża – świadka Golgoty Zachodu.
