Sukces z borówką

Z Jerzym Wilczewskim, właścicielem plantacji borówki amerykańskiej w Białousach (Podlasie), jednej z największych w Europie, rozmawia Adam Białous

Jak udało się Panu utworzyć tak duże i doskonale prosperujące gospodarstwo?

– Zacznę od początku. Urodziłem się we wsi Białousy, tu gdzie dziś jest centrum naszego gospodarstwa. Ukończyłem SGGW w Warszawie. Moi rodzice mieli 7,5-hektarowe gospodarstwo, które odziedziczyłem w 1976 roku. Od razu chciałem je powiększyć i zająć się produkcją na dużą skalę. Ale w okresie PRL niemożliwe było prowadzenie dużej, prywatnej uprawy. Namówiłem gospodarzy z naszej wsi i stworzyliśmy tzw. zespół rolników indywidualnych o specjalności uprawy szklarniowej. Przy ówczesnej, stojącej do góry nogami ekonomii było to bardzo opłacalne, ponieważ opał, taki jak węgiel czy drewno, były bardzo tanie, natomiast produkty szklarniowe – warzywa, kwiaty – bardzo drogie. W latach 80. byliśmy polskimi pionierami, jeśli chodzi o stosowanie biomasy, jako opału. Tartaki same się napraszały, aby brać za darmo ścinki i trociny, bo nie mają gdzie tego składować. Więc braliśmy i ogrzewaliśmy tym nasze szklarnie. Do uprawy kwiatów i warzyw dodaliśmy jeszcze winogrona. Równie dobrym interesem okazało się założenie z sąsiadami 36-hektarowej plantacji czarnej porzeczki. Na początku lat 90. Duńczycy płacili nam 1,5 dolara za kilogram porzeczek. Własne gospodarstwo zacząłem powiększać w trakcie reformy Leszka Balcerowicza, który doprowadził do upadku niemal wszystkie PGR w Polsce. Najpierw dzierżawiłem ziemię po tych upadłych gospodarstwach, później je nabyłem. Dzięki temu obecne gospodarstwo, które prowadzę z dwoma synami, liczy około 2,5 tys. hektarów. Głównie są to tereny położone na tzw. Wysoczyźnie Sokólskiej. 350 hektarów znajduje się również koło Gołdapi.

Kiedy zainteresował się Pan uprawą borówki amerykańskiej?

– W pewnym okresie uprawa szklarniowa zaczęła być nieopłacalna z powodu dużego wzrostu cen opału, a uprawa porzeczek też przestała być dobrym interesem, zacząłem więc szukać czegoś nowego. Współpracowałem z wieloma instytucjami naukowymi zajmującymi się rolnictwem i ogrodnictwem. Podczas tej współpracy moją uwagę zwróciła, prawie wówczas w Polsce nieuprawiana, borówka amerykańska. Pierwszy jej krzak zasadziliśmy w naszym gospodarstwie w roku 1994. Dzisiaj nasz areał liczy 330 hektarów.

Czy niezbyt urodzajne gleby terenów, na których znajduje się Pana gospodarstwo, nie stanowią przeszkody przy uprawie borówki?

– Kiedy zaczynałem uprawę borówki, panowało ogólne przekonanie, że w Polsce nie da się tego robić na setkach hektarów, tak jak jest to praktykowane w USA i Kanadzie. Do tego jeszcze, rzeczywiście, gleby mojego gospodarstwa nie są najlepszej klasy. To było dla mnie wyzwanie, które podjąłem. Problem jałowych gleb rozwiązaliśmy, budując system fertygacji, czyli nawadniania i nawożenia borówek ponad tysiącem kilometrów rur. Do każdego krzaczka doprowadzone są dwie rurki, z których skapuje woda i nawóz.

To musiało sporo kosztować…

– To prawda. Do tego trzeba jeszcze dodać koszty związane z zakupem około 3,5 tys. sadzonek na hektar. Borówki owocują po trzech, czterech latach od zasadzenia. Tak więc w sumie, aby utrzymać hektar borówek do pierwszych zbiorów, trzeba wydać około 100 tys. złotych. Nie jest to więc uprawa tania. Kto chce się jej podjąć, musi dużo zainwestować, być bardzo pracowitym i cierpliwym oraz mieć sporą wiedzę na temat uprawy borówki.

Kto jest największym odbiorcą borówki?

– Na rynek krajowy prawie nie produkujemy, zaspokajają go mali polscy producenci. Natomiast 90 proc. produkowanej u nas borówki trafia do Anglii. Głównie do renomowanej sieci sklepów Marks & Spencer oraz Sainsbury. Oni mają bardzo duże wymagania. Owoce muszą być najwyższej klasy, dlatego też zbieramy je ręcznie. Zbieranie borówek za pomocą maszyn wyklucza ich wysoką jakość. Sam owoc musi być zupełnie czysty od szkodliwych substancji. Anglicy poddają nasze borówki badaniom na zawartość około 600 substancji. Co jakiś czas mamy wizyty kontrolerów z Marks & Spencer i innych sieci. Oni dbają nie tylko o dobrą jakość owoców, ale też sprawdzają, czy dobrze traktujemy pracowników, czy dbamy o środowisko, czy utrzymujemy porządek w gospodarstwie. Wszystko musi być dograne. Sprawdzają nawet, czy trawniki mamy należycie przycięte, czy są domki dla ptaków i ile mamy myszy na terenie gospodarstwa.

Dlaczego właśnie Anglia jest największym odbiorcą borówki?

– Sprawą zasadniczą jest tu oczywiście najwyższa w Europie cena, jaką za nią płacą angielscy odbiorcy. Oprócz tego w tym kraju spożywanie owoców, a zwłaszcza borówki, jest bardzo popularne. Jakiś czas temu rząd angielski prowadził w mediach kampanię, która miała na celu przekonać społeczeństwo do spożywania jak największej ilości owoców ze względu na ich zdrowotne właściwości. Kampania była skuteczna, o czym świadczy stały wzrost spożycia przez Anglików m.in. borówek. W tym roku eksport do Anglii wyniósł już około tysiąca ton. Trochę borówek wysłaliśmy do krajów skandynawskich i Holandii. Część zamroziliśmy.

Czy borówki naprawdę mają takie zdrowotne właściwości?

– Owoce borówki to zdrowie w naturalnej postaci. Regulują trawienie, zawierają dużo wapnia, fosforu, kwasu foliowego i wiele witamin. Swoje niezwykłe właściwości borówka amerykańska zawdzięcza fitoestrogenom, które niszczą zły cholesterol (LDL), a także antyoksydantom wyłapującym wolne rodniki. Jedzenie owoców borówki zapobiega chorobom cywilizacyjnym, nowotworom i arteriosklerozie. Antocyjany odpowiedzialne za kolor borówki poprawiają mikrokrążenie w gałkach ocznych, zwielokrotniają przepływ krwi w siatkówce oka i polepszają widzenie.

W gospodarstwie uprawiane są jeszcze inne rośliny?

– Poza borówkami mamy około 150 ha aronii, około 200 ha porzeczki, 120 ha bzu czarnego, rokitnika uprawiamy na 20 ha i jeszcze inne owoce miękkie jagodowe. Oprócz tego około 550 ha naszego gospodarstwa przeznaczyliśmy na uprawę wierzby energetycznej. Około 150 ha to lasy, a około 1000 ha stanowią łąki i pastwiska. Na 4 ha bloków foliowych uprawiane są róże.

Na terenie gospodarstwa widziałem też jelenie, czy to oprócz strusi, dzików i koni jedne ze zwierząt małego zoo, które Pan tu założył, czy też część większej hodowli?

– Gospodarstwo jest duże, szukaliśmy więc z synami, czym można by je jeszcze zapełnić. W końcu w roku 1995 postawiliśmy na hodowlę jeleni. W tej chwili mamy 1050 matek, 50 byków. W sumie stado liczy około 1800 sztuk. Na razie nie możemy ich policzyć dokładnie, bo ostatnio ocieliło się wiele matek. Ta hodowla ma trzy kierunki. Pierwszy to materiał zarodowy dla dalszej hodowli, bo mam nadzieję, że niedługo Rosjanie zaczną u siebie zakładać duże fermy jeleni i będą potrzebowali materiału zarodowego. Drugi kierunek to byki z pięknymi porożami do sprzedaży dla bogatych myśliwych, a trzeci to sztuki na mięso, na rynek brytyjski. Docelowo chcemy osiągnąć liczbę około 5 tysięcy matek.

Jakich rad udzieliłby Pan młodym gospodarzom, którzy chcieliby zbudować duże, nowoczesne gospodarstwo?

– Obecnie jest to bardzo trudne. Kiedyś był łatwiejszy dostęp do kredytów, a dziś samą przeszkodą, która dla młodego rolnika może okazać się nie do pokonania, jest bardzo obszerna dokumentacja wymagana przez banki. Pomimo to można stworzyć dobrze prosperujące gospodarstwo. Do tego niezbędna jest jednak pracowitość i cierpliwość. Ja prowadzę gospodarstwo od roku 1976, to jest już 31 lat – więc coś na ten temat wiem. Gospodarstwo to nie hurtownia czy sklep, że kupuje się towar i zaraz można go z zyskiem sprzedać. Tu, żeby coś osiągnąć, potrzebne są lata ciężkiej pracy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj