Stres bojowy jak postrzał
Z Maciejem Lew-Mirskim, członkiem komisji weryfikacyjnej Wojskowych
Służb Informacyjnych, współtwórcą Służby Kontrwywiadu Wojskowego, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Napisał Pan pracę na temat zespołu stresu bojowego. Dlaczego zajął
się Pan tym problemem?
– Opracowanie na temat zespołu stresu pourazowego (ang. Post-Traumatic Stress
Disorder – PTSD), w tym zespołu stresu bojowego (ang. Combat Stress Reaction),
wykonałem, pracując w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego na zlecenie śp. pana
Aleksandra Szczygły. Był to jeden z problemów, którym Biuro się zajmowało, a
moja praca spotkała się z bardzo pozytywną oceną ówczesnego kierownictwa BBN.
Niestety, ten temat nie miał już żadnej kontynuacji, bo po katastrofie
smoleńskiej moja praca, jak mniemam, została odłożona gdzieś na półkę.
Nikt w BBN nie wrócił już do tego tematu?
– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Pracowałem jeszcze pewien czas w BBN, gdy
kierował już nim gen. Stanisław Koziej, lecz nikt nie zwrócił się do mnie z
prośbą o pogłębienie tego tematu czy poruszenie innych wątków. Wydaje mi się, że
moje opracowanie jest solidne – nie chodzi o objętość (50 stron), tylko o ujęcie
w nim samego problemu. Praca jest kompleksowa, bo osadzona w kilku
płaszczyznach. Podjęte są w niej kwestie medyczne, prawne, wskazane konkretne
przypadki, a nadto rozwiązania normatywne, a więc nakreślenie kierunków, w
których winno podążać ustawodawstwo. Jeżeli bowiem nie wymusimy określonych
zachowań w ramach obowiązujących norm prawnych, to nie będą one stosowane w
praktyce. Tak już niestety jest, że jeżeli coś nie jest narzucone odgórnie, to
po prostu nie zaistnieje.
Jakie są objawy PTSD? Pana zdaniem, żołnierz znaleziony w Zakopanem
cierpi na ten zespół?
– To są różne zaburzenia, natręctwa, lęki, kłopoty z adaptacją w normalnym
środowisku, nazwijmy je "pokojowym", koszmary senne, codzienne lęki, które nie
są w żaden sposób skonkretyzowane, poczucie niepewności. Niewiele wiemy dzisiaj,
jakimi objawami charakteryzowało się zachowanie tego żołnierza. Dysponujemy na
razie tylko ogólnie podawanymi informacjami na jego temat. Oczywiście może to
być efekt stresu pourazowego w jego ostrej fazie. Ktoś, wracając z misji, nie
potrafił odnaleźć się w normalnym świecie, ponownie zaadaptować się do jego
realiów. W tej grupie częściej pojawiają się kłopoty rodzinne, wyższy jest
odsetek rozwodów, samobójstw, wypadków komunikacyjnych.
Żołnierze, u których zdiagnozowano PTSD, mają zaburzony ogląd
rzeczywistości. Z Włodzimierzem N. nie można nawiązać praktycznie żadnego
kontaktu.
– Tak. Tylko że nie wiemy dokładnie, jaka była jego droga. Może na jej
początku też występowały jedynie jakieś lęki, objawy, które na pierwszy rzut oka
nie wyglądały groźnie. Niestety, w miarę upływu czasu i psychicznej presji mogły
się one pogłębić. I jeśli człowiek ten został pozostawiony samemu sobie, bez
należytego wsparcia i pomocy, nabierał poczucia coraz większego wyizolowania,
wyalienowania ze społeczeństwa i być może dlatego szukał ucieczki. Możliwe, że
zaszył się w jakiejś głuszy, by uciec od społeczeństwa, bo nie potrafił się już
w nim poruszać ze wszystkimi swoimi problemami. Przy tak szczątkowej wiedzy z
jednej strony nie możemy od razu wykluczyć innych scenariuszy, np. tego, że
żołnierz ten przed kimś się ukrywał. Służył w Libanie i Iraku, w jednostce do
walki psychologicznej, wiele widział i słyszał. Z wojska odszedł, gdy
likwidowano Wojskowe Służby Informacyjne, a Parlament Europejski podjął próbę
ustalenia, czy na terenie UE – w tym i w Polsce – CIA nie przetrzymywała osób
podejrzewanych o terroryzm.
Po jakim czasie od zakończenia działań wojennych mogą pojawić się
objawy PTSD? Jak poważny jest to dziś problem w Polsce?
– Każda choroba czy każde zaburzenie, które nie jest w porę zdiagnozowane,
może się na przestrzeni lat rozwijać i przybrać najostrzejszą formę dopiero po
wielu, wielu latach. Początkowe zaburzenia pojawiają się jednak w pierwszych
tygodniach po zakończeniu misji, bo to jest ten moment przejścia z teatru
działań wojennych do zwykłego szarego, codziennego życia. Odpowiadając na drugą
część pytania, to w mojej pracy odwołuję się m.in. do wywiadu, którego udzielił
w 2005 roku gen. Waldemar Skrzypczak w magazynie "Nasza Służba". Wypowiadając
się wówczas jako szef IV zmiany PKW w Iraku, zapytany właśnie o zjawisko PTSD
powiedział, że polscy żołnierze nie mają z tym żadnego problemu, bo na misjach
mają dużo zajęć i nie mają czasu myśleć o tym, co ich stresuje. A jednocześnie
według danych MON w ciągu pierwszego roku misji stabilizacyjnej w Iraku, do
połowy września 2004 roku ponad 200 żołnierzy PKW nie wytrzymało psychicznie
trudów operacji Iraqi Freedom.
Rozmawiałem z żołnierzami, którzy próbowali sygnalizować swoim
przełożonym problemy, ale nie byli poważnie traktowani, w reakcji słyszeli, że
są obibokami lub symulantami.
– To jest właśnie ta kwestia, od której zaczęliśmy naszą rozmowę, nie
nastąpiło odgórne unormowanie takiej problematyki. Żołnierz działa i funkcjonuje
na rozkaz. Ten truizm jest obcy cywilowi, ale jest istotą wojska na każdym jego
szczeblu, bo każda armia tak funkcjonuje. Więc jeżeli przełożeni, dowódcy nie
mają rozkazu czy też odpowiedniego przeszkolenia do zmierzenia się z takim
problemem jak np. PTSD, to on po prostu dla nich urzędowo, formalnie, nie
istnieje. A zgłaszane przez podwładnych problemy w tym zakresie mogą traktować
jak wymówkę. Dowódcy przygotowywani są do tego, aby utrzymać dyscyplinę i ducha
bojowego wśród swoich podwładnych, nie do analizowania ich problemów ze snem
bądź konsekwencji wynikających z poziomu stresu związanego z ciągłym zagrożeniem
życia i zdrowia. Do momentu, kiedy nie zaczniemy traktować takich zjawisk
poważnie, czyli profesjonalnie, przypadki takie będą miały nadal miejsce. Jak
pokazały badania Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego z 2008 roku, aż
75 proc. żołnierzy boi się, że przyznanie się do symptomów PTSD spowoduje, iż
stracą szansę na awans.
To znaczy, że w Polsce nie funkcjonuje żaden system opieki nad
weteranami, nie ma chociażby namiastki tego, co jest np. w Stanach
Zjednoczonych?
– Amerykanie zaczęli system opieki nad weteranami wdrażać u siebie już od
czasu wojny w Wietnamie. Oni po raz pierwszy uświadomili sobie, że stres bojowy
może objąć nawet 40 procent żołnierzy, którzy biorą udział w działaniach
wojennych, a w pododdziałach szturmowych odsetek ten może dochodzić nawet do 60
procent. Zdali sobie sprawę, że jest to olbrzymi problem. I to na kilku
płaszczyznach. Po pierwsze, zdolności bojowej – morale żołnierzy, a po wtóre –
społecznego poparcia dla misji. Jeżeli bowiem powracający z nich nie potrafią
odnaleźć się w "pokojowym" społeczeństwie i w związku z tym, często nie
znajdując pracy, wkraczają na drogę przestępstwa, to automatycznie tworzy się
front ludzi, którzy występują przeciwko wojnie i angażowaniu się danego państwa
w konflikty zbrojne. Amerykanie na pewno są w zakresie opieki nad weteranami
pionierami, pierwsi na tak dużą skalę zaczęli analizować problem PTSD i na niego
reagować. Trudno jednak ocenić, czy ta pomoc, te mechanizmy, które stosują
Amerykanie, są słuszne i powinny być zaadaptowane do naszych warunków, bo to
jest inna skala. Oni mają dziesiątki tysięcy żołnierzy na misjach, co może
powodować, że procedury weryfikacyjne i opieka są inne. W polskiej armii brak
jest na tę chwilę skutecznego systemu osłony psychologiczno-psychiatrycznej
żołnierzy biorących udział w misjach takich jak PKW Afganistan.
Generał Roman Polko, były szef GROM, pozostawienie przez kolegów
żołnierza znalezionego w Tatrach określił mianem skandalu.
– To słuszna ocena. Ale – powtarzam – dopóki nie ma kompleksowego,
strukturalnego ujęcia tego problemu, to niestety będzie się tak działo. Zgadzam
się też z panem generałem, że nie zadziałały należycie więzi koleżeńskie, bo
przy bliższych kontaktach łatwo byłoby zorientować się, że coś jest nie tak.
Ale poza środowiskiem koleżeńskim są jeszcze jakieś struktury.
Leczony żołnierz nie stawia się na okresowe badania i nikogo to nie interesuje,
a powinno.
– Oczywiście. Ale właśnie o to chodzi, że ktoś musi widzieć problem i podejść
do niego w ludzki sposób. Przede wszystkim, że zajrzy do akt danego żołnierza i
zobaczy, co z tym człowiekiem działo się na przestrzeni lat. Jak wyglądał
przebieg jego służby, jakie problemy mogły w jej trakcie się pojawić i czy
niestawienie się przez niego na badania to efekt zapomnienia, rezygnacji czy
może rzeczywiście ma on jakiś problem. A wtedy powinny zostać podjęte konkretne
działania. Powinno się do tego człowieka dotrzeć i ustalić, co się z nim dzieje.
Jakie regulacje prawne powinny zostać wprowadzone w tym zakresie?
– Powinny zostać stworzone mechanizmy instytucjonalne, które pozwolą każdemu
żołnierzowi, który znajdzie się w potrzebie, bez lęku i wstydu zwrócić się o
pomoc. Pozostając w warunkach bojowych, naraża się na utratę życia bądź zdrowia,
tam musi być twardy. W przypadku stresu bojowego musi przede wszystkim przełamać
wstyd i przyznać się do tego, że warunki bojowe wywołały w jego psychice taki
uraz, z którym sam nie potrafi sobie poradzić, i oczekuje pomocy. To tak, jak
żołnierzowi, któremu po otrzymaniu postrzału należy udzielić pomocy, zatamować
krew, wyciągnąć kulę, opatrzyć. Uraz psychiczny to też taki postrzał, tylko nie
od razu widoczny, ale bardzo często jeszcze bardziej niebezpieczny. W tej
sytuacji również należy udzielić pomocy i winno to nastąpić w sposób naturalny.
Muszą po prostu istnieć procedury udzielania wsparcia osobom narażonym na stres.
Należy zgodzić się, że ważną rolę odgrywają tu koledzy żołnierza, bo lekarz z
komisji wojskowej zna go okazjonalnie, widzi go raz na dwa lata. Dodatkowym
problemem staje się tu fakt, że znaczna grupa weteranów wojennych zamiast
trafiać na specjalistyczną diagnostykę i ewentualne dalsze leczenie, np. u
psychiatry, zostaje skierowana do lekarzy rodzinnych, którzy częstokroć albo nie
rozpoznają zaburzeń, albo bagatelizują problem.
Polko twierdzi, że dla takiego lekarza wojskowego najważniejsze jest
to, żeby w papierach wszystko się zgadzało, i po "odfajkowaniu" wizyty żołnierza
już się nim nie przejmuje.
– Wielu z nas przechodziło komisję wojskową. Sam pamiętam, że przed jej
obliczem wszyscy byli zdrowi i nikt nie miał żadnych problemów. Każdy, kto
uskarżał się na jakieś dolegliwości, nie był przez komisję poważnie traktowany.
Najlepszym tego przykładem był mój kolega, który od wielu lat miał problemy ze
stawami kolanowymi, na potwierdzenie czego dysponował wynikami badań. Został
jednak zakwalifikowany do kategorii "A", a lekarz pocieszył go słowami:
"Najwyżej będziesz jeździł w czołgu". Gdzież tu miejsce na tzw. element ludzki?
Niestety, brak go. Mężczyzna według norm wojskowych musi być twardy i nie ma
prawa do żadnych słabości. Tu leży sedno problemu. Na żołnierza, który zostanie
ranny w boju, patrzy się jak na bohatera, ale tego, który przeżyje silny,
traumatyczny stres, objawiający się jakimiś poważnymi zaburzeniami, traktuje się
jak "mięczaka", kogoś, kto nie potrafi sobie poradzić. Moim zdaniem, nie ma
żadnej różnicy między tymi dwoma żołnierzami, bo w obu przypadkach mamy do
czynienia z obrażeniami i obaj potrzebują pomocy lekarskiej. Żeby jednak tak się
stało, decyzje muszą nadejść z góry.
To znaczy?
– Od ministra lub jeszcze wyżej – od ustawodawcy, bo to muszą być rozwiązania
systemowe i ustawowe, a nie na poziomie niższych aktów. Jeżeli odgórnie nie
będzie się wdrażać tych mechanizmów, to wszystko będzie kończyło się tak, jak
wiele pseudoreform w wojsku. Dopóki więc nie będzie należytych procedur,
wywodzących się z przepisów rangi ustawowej, bądź co najmniej rozporządzenia, to
ich egzekwowanie będzie tylko iluzją. Każdy wie z własnego doświadczenia, jak
trudno samemu sobie narzucić jakieś rygory. Dlatego dopóki nie będzie należytego
zewnętrznego nadzoru i kontroli – tak jak przy realizacji zapisów ustawowych –
nie będzie też rzetelnej oceny prawidłowości funkcjonowania całego zjawiska.
Rozwiązania ustawowe sprawią, że łatwiej będzie rodzinom żołnierzy z PTSD i im
samym, bo będą wiedzieli, że są to regulacje wychodzące poza resort. Według
mnie, jako prawnika, łatwiej jest walczyć o coś, co jest powszechnym prawem, a
nie tylko takim wewnętrznie ustanowionym. W przypadku żołnierza znalezionego w
Zakopanem jest jeszcze jedna kwestia, która może zastanawiać. Niespotykana
dotychczas w przypadku ofiar stresu bojowego natychmiastowa reakcja resortu,
promesa odwieszenia świadczeń, szybkie przeniesienie do resortowego szpitala. A
z drugiej strony całkowite milczenie rodziny. Tak, jakby MON chciało, żeby w tej
sprawie nie powiedziano czegoś więcej. Stres bojowy może być dobrą wymówką do
zamknięcia sprawy i dociekań, kim jest ten żołnierz, czym się zajmował, co wie.
I dlaczego ukrył się w tej głuszy.
Dziękuję za rozmowę.
