Strefa euro – od kryzysu do kryzysu

Od roku kolejne szczyty europejskie odbywają się w atmosferze zapaści
finansowej poszczególnych państw strefy euro i służą wypracowywaniu kolejnych
mechanizmów gaszenia wybuchających regularnie sytuacji kryzysowych oraz
rozpaczliwego szukania doraźnych rozwiązań.

Każdego roku odbywają się w Brukseli cztery tzw. szczyty europejskie, czyli
posiedzenia szefów państw i rządów państw Unii Europejskiej. Zwyczajowo ma to
miejsce w marcu, czerwcu, październiku i grudniu. W czasie tych posiedzeń
podejmowane są najważniejsze decyzje dotyczące rozwoju Unii Europejskiej. Każdy
szczyt kończy się przyjęciem dokumentu o nazwie: "Konkluzje Rady Europejskiej".
To właśnie na tych szczytach podejmowane są decyzje, które określają dalszy
rozwój UE. Polska w czasie swojej prezydencji będzie odpowiedzialna za
tegoroczny szczyt październikowy i grudniowy.
Jeszcze do niedawna taki szczyt kojarzył się z zamykaniem negocjacji w ważnych
dla Unii sprawach, takich jak perspektywa budżetowa, traktat lizboński, pakiet
klimatyczny. Szczyty europejskie to również doskonała okazja do omówienia i
wypracowania wspólnego stanowiska w najważniejszych kwestiach międzynarodowych,
jak np. konflikty militarne angażujące wiele państw.
Ubiegłoroczne szczyty europejskie poświęcone były najpierw kryzysowi w Grecji,
potem w Irlandii. Obecny rok zaczął się podobnie. Tym razem podczas ostatniego
szczytu europejskiego poważny kryzys polityczny wybuchł w Portugalii, która z
powodu ogromnego zadłużenia stanęła na krawędzi niewypłacalności. Dymisja
portugalskiego premiera była jedną z głównych kwestii omawianych podczas
zakończonego w miniony piątek szczytu w Brukseli, który odbył się w atmosferze
strajku i wielu manifestacji ulicznych w tzw. stolicy Europy.
Strefa euro staje się największym bankrutem finansowym w historii UE. Nie można
bowiem inaczej nazwać sytuacji, w której największa gospodarka Unii – gospodarka
niemiecka, wykłada wielosetmiliardowe fundusze i gwarantuje ich tworzenie na
ratowanie budżetów państw z punktu widzenia geograficznego peryferyjnych i
niewypłacalnych. Pod koniec ubiegłego roku ponad 180 ekonomistów niemieckich
podpisało się pod deklaracją namawiającą kanclerz Angelę Merkel, aby zezwoliła w
sposób kontrolowany na bankructwo systemów finansowych zadłużonych ponad miarę
państw peryferyjnych Unii w celu ratowania podstawowych zasad rynkowych. W
obawie o negatywny efekt propagandowy takiego przedsięwzięcia Niemcy i Francja
zadecydowały o biurokratycznym ratowaniu istniejącego systemu.

Spóźnione mechanizmy
Powtarzające się cyklicznie ryzyko bankructwa systemów finansowych
poszczególnych państw strefy euro wskazuje na istotę tego kryzysu – jest to
kryzys strukturalny, a nie tylko jednostkowy. W chwili wprowadzania euro w
krajach Europy Zachodniej, dziesięć lat temu, wielu ekonomistów wskazywało na
niespójność tego planu, jego selektywność. Nie można bowiem implementować na
terytorium wspólnego rynku różnych walut i różnych systemów fiskalnych.
Tworzenie waluty euro było zabiegiem bardziej ideologicznym niż ekonomicznym.
Polityka wzięła górę nad rozsądkiem. Chodziło już wtedy o stworzenie pewnego
rodzaju bariery finansowej dla bogatej Europy Zachodniej, na kilka lat przed
planowanym dużym poszerzeniem UE o kraje Europy Środkowej i Wschodniej. Zalążek
Europy dwóch prędkości został stworzony już na kilka lat przed przystąpieniem
"ubogich krewnych" do ekskluzywnego wtedy klubu państw Unii Europejskiej. Nie
stworzono jednak wówczas mechanizmów zabezpieczających ewentualne koszta korekty
budżetowej wynikającej z łamiącego zasady wolnorynkowe mechanizmu – tzn.
wprowadzania wspólnej waluty tylko na części terytorium wspólnego rynku. Podobna
sytuacja ma miejsce w przypadku traktatu lizbońskiego. Nie zapomnijmy, że
poprzednik traktatu z Lizbony, tzn. tekst konstytucji europejskiej, został
uchwalony przed poszerzeniem UE. Politycznym gwarantem supremacji Europy
Zachodniej nad Wschodnią miała być konstytucja UE, a gwarantem finansowym strefa
euro. Jak widać, życie zweryfikowało te plany i teraz z opóźnieniem podejmowane
są próby ratowania sytuacji przez tworzenie nowych funduszy, paktów dla
konkurencyjności, modyfikacje traktatu z Lizbony, wzmacnianie euro, tworzenie
strefy Euro plus etc. Wszystko to przypominać zaczyna bardziej biurokratyczną
kakofonię niż racjonalne zarządzanie drugą gospodarką świata, jaką jest nadal
gospodarka UE.

Polska prezydencja pod znakiem kryzysu
Nie potrzeba zbyt dużo wyobraźni, aby przewidzieć, że Polska przejmuje
prezydencję w UE 1 lipca br. w sytuacji nadzwyczajnej, a obecne polskie władze
nie są przygotowane do sprostania wyzwaniom wykraczającym poza zwykłe
administrowanie. Pierwsze tego sygnały już mamy. W sprawie najpoważniejszego
wyzwania politycznego UE, jakim jest kryzys w Afryce Północnej, nie zabieramy
głosu. Nie popieramy zasadniczo podejmowanych z inicjatywy Francji działań
politycznych i militarnych. Nie jesteśmy nawet przeciw. Po prostu milczymy w tej
sprawie, co jest cechą jedynie państw małych i nieliczących się w grze
europejskiej. Podobnie w kwestii kryzysu strefy euro. Jeszcze niedawno premier
Donald Tusk ogłaszał, że wejdziemy do strefy euro w 2012 roku. W tej chwili
polski rząd również w tej kwestii milczy. Lepsze to zapewne niż wchodzenie do
strefy euro, co wydaje się pomysłem najgorszym z możliwych, ale jest to kolejny
przykład na to, że w sprawach trudnych obecna ekipa wybiera taktykę nabierania
wody w usta.
O konkretnych działaniach polskiej administracji nie powinniśmy więc w tej
sytuacji nawet marzyć. Mimo wszystko polska prezydencja jest nadal nadzwyczajną
okazją chociażby do poprawienia wizerunku naszego kraju, który ostatnimi czasy
mocno podupadł. Dlatego zwrócenie uwagi na brak przygotowania naszej
administracji do przewodzenia pracom bieżącym w UE jest jedynie wskazaniem na
fakt, że aktywna polityka europejska może być najlepszym sposobem na sprawowanie
przewodnictwa pracom UE. Przyglądanie się jedynie temu, co do zaproponowania ma
Francja w sprawach politycznych i Niemcy w obszarze finansów, to zdecydowanie
poniżej naszych polskich ambicji. Francuzi w czasie swojej prezydencji zamknęli
pakiet klimatyczny. Niemcy zakończyli negocjacje traktatu z Lizbony. Wypadałoby,
aby Polska, trzeci kraj tzw. Trójkąta Weimarskiego, już teraz postawiła sobie za
cel aktywny udział w rozwiązaniu chociaż jednego problemu europejskiego podczas
prezydencji. Ze spisem problemów nie powinno bowiem być w najbliższych latach w
UE kłopotu.
 

Dariusz Sobków

 

Autor był ambasadorem tutularnym w Stałym Przedstawicielstwie RP przy UE w
Brukseli.

drukuj