Strategia rozmiękczania Kościoła
Odcięcie się od soborowego uzasadnienia życia zakonnego przez Tadeusza Bartosia, apostazja Tomasza Węcławskiego czy niezrozumiałe dla wiernych działania różnych modernistów domagających się rewizji doktryny katolickiej to znaki czasu. Podobnie jak dążenie do rządzenia Kościołem w Polsce przez pewną gazetę i pokrewne jej inne media. Generalnie strategia rozmiękczania Kościoła od wewnątrz polega na zasadzie „dziel i rządź”, na przeciwstawianiu jednych drugim. Stosowany jest podział na Kościół „przedsoborowy” i „posoborowy”, na Kościół „toruński” i „łagiewnicki”, na „otwarty” i „zamknięty”.
W ten nurt wpisują się nasilające się ostatnio ataki na Radio Maryja i jego założyciela. To prawda, że trwają one niemal od początku powstania tego dzieła ewangelizacyjnego. O ile jednak inicjatywy mające na celu doprowadzenie do zamknięcia toruńskiej rozgłośni jeszcze do niedawna były moderowane przede wszystkim przez ośrodki spoza Kościoła, o tyle obecnie można dostrzec pewną istotną zmianę. Podejmowane są wyrafinowane i przewrotne próby, by zniszczyć Radio – a przy okazji pozbawić Kościół w Polsce najsilniejszego medium katolickiego – rękami samych ludzi Kościoła.
Reformatorzy mają wsparcie wielu intelektualistów i przedstawicieli „światłego” katolicyzmu. Do ich dyspozycji są sprzyjające im media, których łamy są szeroko otwarte dla „właściwie” interpretujących teologów, którzy rozumieją, że nowe czasy potrzebują „nowego Kościoła”. Dotychczasowy Kościół jest przecież niedemokratyczną strukturą hierarchiczną, więc należy zmodyfikować jego nauczanie i dostosować je do współczesności, usuwając te fragmenty Magisterium, które są trudne do zaakceptowania. Przedmiotem obróbki jest zatem niezachwiana wiara w Boga, kategoryczny charakter Dekalogu, prymat prawdy nad wątpieniem, wyższość dogmatu nad opinią osobistą, uznawanie autorytetów, przyjmowanie istnienia aniołów, szatana oraz grzechu. Szczególnej „troski” wymaga tradycyjna obrzędowość i bogata liturgia, maryjność, posłuch wobec Papieża i uznawanie hierarchii kościelnej, budowa świątyń, powołania kapłańskie, nauczanie zdrowej doktryny, masowa religijność, „tradycyjny” model rodziny.
Druga reformacja
Matka Teresa z Kalkuty zapytana kiedyś przez poszukującego sensacji dziennikarza o to, co należałoby zmienić w Kościele, odparła z wrodzoną sobie prostotą: „Ciebie i mnie, synu”. Jednak ta pełna pokory postawa zazwyczaj nie jest naśladowana przez tych, którzy zamiast reformować siebie, wolą reformować innych.
Wielu „życzliwych” komentatorów na Zachodzie często głosi, że dotychczasowy Kościół wywołuje dezercje ludzi wierzących, gdyż przestają uznawać jego „moc” i prawo w prowadzeniu człowieka do zbawienia. Ludzie po prostu nie znoszą grożącego im „palca wskazującego”. Za to odkrywa się nowe „prawdy”, przedmioty kultu i adoracji: wolność, demokrację, pluralizm, tolerancję, postęp, co prędzej czy później prowadzi do wniosku, iż zamiast Kościoła, do którego muszę się dopasować, tak zmieniam Kościół, aby pasował do mnie. Kościół ma się więc przeobrazić w instytucję społeczną powołaną do wygaszania egzystencjalno-psychoduchowych niepokojów człowieka epoki konsumpcyjnej. Dziś nie jest potrzebny Kościół ze swym wymagającym nauczaniem, nieustającą pracą nad samym sobą, ale usługowa instytucja duchowo-terapeutyczna łagodząca lęki współczesnego człowieka, która udziela „rozgrzeszenia” na każde zawołanie, gdyż najwyższą formą zbawienia jest przyjemność i samorealizacja.
Ojciec Niebieski jest brany w cudzysłów: to człowiek, a nie Bóg staje się najwyższą tajemnicą. Do ostatecznego osiągnięcia tego celu potrzebna jest nowa, zwycięska reformacja, rozumiana jako przewrót czy rewolucja religijna, która wyłoni Kościół na miarę oczekiwań człowieka konsumpcji, z nową doktryną, dogmatami i etyką. Istota przedsięwzięcia polega na takim ustawieniu wskazań religijnych, aby każdy mógł je interpretować po swojemu. Starożytny pisarz Tertulian zauważył, że krew męczenników rodziła chrześcijan. Dziś konsumpcjonizm generuje hedonizm.
Lansowana jest moda na powątpiewanie we wszystko, totalny krytycyzm i absolutyzację wolności. Po co ma obowiązywać celibat księży, czemu kobiety nie mogą być kapłankami, dlaczego nie zalegalizować rozwodów i nie zezwolić na aborcję i środki antykoncepcyjne, eutanazję, technologię in vitro? W tych polemikach używa się katolickiej terminologii i języka, odwołuje się do Pisma Świętego i Tradycji, ale wypacza się ducha religii, rozmywa kontury wiary. Mówi się o dialogu, ekumenizmie, pluralizmie, tolerancji, demokracji, ale sieje się zamęt za pomocą bardzo prostego chwytu: przedstawiając wyjątek jako regułę. Zmarły 2 lutego 1995 roku André Frossard w jednej z ostatnich wypowiedzi, na łamach miesięcznika „Der Fals”, podzielił się następującą myślą: „Znamienne jest to, że ci, którzy domagają się otwarcia Kościoła na świat, natychmiast się wycofują, gdy świat przychodzi do Kościoła. Chcą oni 'otwierać Kościół’ nie po to, by ludziom pozwolić wejść do jego wnętrza, lecz aby ich wyprowadzić poza Kościół…” (cyt. za: A. Frossard o Papieżu, „Niedziela”, nr 8, 19.02.1995).
A wtedy Kościół straciłby wyznawców, byłby tylko z nazwy katolicki i proces dechrystianizacji nabrałby przyspieszenia. Pozostali, nieliczni katolicy, stanowiący małe, izolowane grupy i grupki, byliby odpowiednio przygotowywani poprzez specyficznie rozumiany „dialog” do „ekumenicznego” rozpłynięcia się w liberalnych społeczeństwach, odzwierciedlających „planetarną świadomość” Nowego Porządku Świata. Tego rodzaju opinie świadczą o wywodzącej się z materializmu dialektycznego koncepcji dziejów oraz braku orientacji, że chrześcijaństwo ma obiektywnie uniwersalny charakter, a orędzie Chrystusa jest aktualne w każdych czasach, ponieważ daje odpowiedź na podstawowe i niezmienne pytania człowieka. Mają zabarwienie ideologicznego uprzedzenia i są również elementem tworzenia klimatu konfrontacji i przeciwstawiania rozwoju technologicznego chrześcijaństwu.
Strategia kruszenia Kościoła od zewnątrz i strategia rozmiękczania Kościoła od wewnątrz gdzieś się spotykają. Wyzwalają zjawisko określane niekiedy zwodniczym mianem „Kościoła wolności”, przeciwstawianego Kościołowi „tradycyjnemu”. Jest on prezentowany jako wyzwanie początku trzeciego tysiąclecia – warunek sine qua non przepustki w „rajską” przyszłość. Animatorzy tych działań chcą stworzyć jak najszybciej „nowy Kościół” przyszłości odzwierciedlający globalną świadomość „jedności”. Ich inspiracją jest „uniwersalna mądrość” człowieka. Pracują nad skonstruowaniem „superreligii” łączącej to, co „najlepsze” w różnych religiach. Robią miejsce dla nowych dogmatów dostosowanych do „duchowego dojrzewania ludzkości”.
Kontestatorzy i reformatorzy oczyszczają chrześcijaństwo z naleciałości tomizmu i przywracają mu zgodny z duchem czasów „sens”, „żenią” je z liberalizmem. Konsekwentnie próbują opracować synkretyczną syntezę i tworzą zręby „nowej religii”, w której następuje odrzucenie wszelkiego kapłaństwa, ma nie być pozostałości żadnych dogmatów katolickich, a charakteryzuje ją indywidualizm religijny. Podważają, a nawet niekiedy atakują Eucharystię, Najświętszą Maryję Pannę i papiestwo. Proponują zeświecczenie przestrzeni społecznej, racjonalizm, oświeceniowość, demokratyzm, a zamiast teologii – socjologię, w miejsce zdrowej doktryny – ideologię.
Ideolodzy „nowego Kościoła” bardzo często domagają się zniesienia celibatu, kapłaństwa kobiet, wolności dla antykoncepcji, przyzwolenia na zabijanie poczętych dzieci, zachwytu dla homoseksualizmu, wybieralności przez wszystkich proboszczów, biskupów, Papieży. Stawiają za wzór schizmatyków i heretyków, a ateiści, agnostycy i poganie przyjmowani są nie tylko jako bracia w człowieczeństwie, ale jako nauczyciele życia i myślenia, którzy wyjawiają ostateczną prawdę. Czynią to wszystko na swój nowy sposób: nie buntując się, żeby ich nie wygnano, i nie podporządkowując się, żeby nie wyrzec się swoich przekonań. (por. Pius X, encyklika „Pascendi dominici gregis”, n. 2-3). Swoje koncepcje narzucają jednak za pomocą terroru „teologicznej poprawności”.
„Nowy Kościół”
Teologia „śmierci” Kościoła, czyli Bóg ewentualnie tak, Kościół na pewno nie, jest tym bardziej niebezpieczna, że nie walczy się z Chrystusem wprost. Często nie ma bezpośrednich prześladowań. Szykany są stosunkowo łatwe do identyfikacji, katolicy już się z nimi spotykali i potrafią na nie reagować. Strategia rozmiękczania polega na tym, że usypia się czujność ludzi wierzących, którym trudniej jest dostrzec to zagrożenie rozpisane na wiele głosów i niełatwo uchwytne. Ta taktyka nasiliła się w tym momencie, gdy załamała się „laicka nadzieja” na szybką dechrystianizację społeczeństw i narodów. Porażka ateistycznego komunizmu, który bezwzględnie walczył z Chrystusem i Jego Kościołem, a mimo to nie wykorzenił religijności, jest wymowna. Dlatego odwołano się do koncepcji „soft” (miękkiej). Zamiast przechodzić bezpośrednio od katolicyzmu do laicyzmu, bez etapów pośrednich (teologia „śmierci” Boga), co się nie udało, uznano, iż skuteczniejsze jest działanie: katolicyzm – kontestujący katolicyzm – laicyzm. Dlatego teologia „śmierci” Kościoła w pierwszej fazie promuje rozwiązania zapoczątkowane w XVI wieku, gdyż jej promotorzy zdają sobie sprawę, że łatwiej jest „zneutralizować” „zreformowane” chrześcijaństwo, pozbawione ściśle określonego przedmiotu wiary, dogmatów, Nauczycielskiego Urzędu Kościoła, jednej doktryny, niż katolicyzm posiadający to wszystko.
Teologia „śmierci” Kościoła „tradycyjnego” i tworzenie przyszłego „Nowego Kościoła” na miarę człowieka, na jego obraz i podobieństwo, przebiega według kilku bardzo charakterystycznych punktów. I co ciekawe, ten sprzeczny z duchem naszej wiary i wynikający z niezrozumienia jej istoty podział jest zazwyczaj generowany przez zwolenników dostosowania niezmiennego Depozytu Wiary do oczekiwań współczesności, którzy żądają „odważnej reformy”, by zaspokoić konformistyczne oczekiwania społeczeństw dobrobytu. Jest to zapewne efektem przekonania, iż postęp doktrynalny i życiowy ludu Bożego jest rezultatem ciągłej konfrontacji różnych wizji Kościoła ze światem, a nie przejawia się w dążeniu do świętości przez każdego świadka Chrystusa. Twierdzi się na przykład, że zagubiono „ducha pierwszych czasów” poprzez wzmocnienie „czysto zewnętrznych form religijności”: różańców, nowenn, pielgrzymek. Wniosek nasuwa się wtedy sam: trzeba przywrócić obyczaje i obrzędy pierwszych wieków Kościoła, przy czym dopuszcza się dużą dowolność i swobodę w pojmowaniu zasad i nauk religijnych, a przywracanie „Kościoła pierwotnego” staje się celem samym w sobie. W ten sposób łatwo może dochodzić do rozluźnienia więzów między Kościołem a wiernymi, którzy po swojemu interpretują Objawienie i coraz mniej potrzebują kapłana oraz posługi sakramentalnej, gdyż sami zaczynają określać przedmiot wiary i formy kultu. Otwiera się możliwość niszczenia fundamentów doktryny Kościoła, przy jednoczesnej argumentacji, że się ją wzmacnia.
Chrześcijaństwa pozbawia się aspektu religii, czyli wyjaławia się je z „obcowania z tym, co święte”, odrzucając formy kultu rozumianego jako komunikacja i komunia z Transcendencją. Następuje redukcja religijności do samej wiary, rozumianej jako rodzaj idealistycznej, a przez to subiektywnej „ideologii”, związku z bliżej nieokreślonym duchowym absolutem. Wiara – bez jasno zdefiniowanego źródła – ogranicza się w konsekwencji do kodeksu etycznego zmienianego w zależności od arbitralnej decyzji człowieka. Pozbawia się tym sposobem katolicyzm odniesienia i wymiaru społecznego – zewnętrznego okazania relacji – więzi człowieka z Bogiem.
W świetle tej szkoły, która głosi, że nic nie wiadomo, a „wiara to dwadzieścia cztery godziny wątpienia na dobę, w tym jedna minuta nadziei”, mamy stać się „chrześcijanami kultury”, u których Pismo Święte nie wznieca więcej wiary niż „Pieśń o Rolandzie”. Boga oddziela się od prawdy.
„Zmartwychwstanie – pisał Frossard z wrodzonym sobie dowcipem – według nich jest obrazem przyjętym po to, aby umożliwić zrozumienie nieokrzesanemu rozumowi, że orędzie Chrystusa jest przeznaczone, aby trwać w pamięci aż do końca czasów, i to wszystko. (…) Podstępne zanegowanie bóstwa Chrystusa czyni niemożliwym Trójcę Świętą, podobnie jak dziewicze narodziny Jezusa, o czym kapitulant nie będzie się rozwodzić, ze strachu, by nie wzbudzić śmiechu głupców, którzy uważają, że wiedzą, skąd się biorą dzieci. Cóż wtedy pozostanie z Bożego Narodzenia? Nic, tylko celebracja jakby pogańska, tak sztuczna jak święto ojca” (A. Frossard, Bronię Papieża, Warszawa 1995, s. 18-19).
W nowożytnej apostazji immanentyzm zastępuje transcendencję, wiarę w Boga – kult rozumu, etykę klasyczną – etyka indywidualistyczna, a rozwój duchowy – postęp materialny. Liturgia, ceremonia i obrzędy zostają poddane takiemu skrótowi myślowemu, że pozostaje z nich ledwie zauważalny symbol, namiastka, erzac. Tajemnica, Tradycja, Dyscyplina, Dogmat, Autorytet, Cud, Mistyka – wszystko jest „umowne” i „symboliczne”, ot, taka historyczna zaszłość po „nieoświeconej” przeszłości. I tak ogołaca się religię z misterium, a człowieka pozbawia namacalnego punktu zaczepienia dla jego wiary. Redukuje się procesje i obrzędy, podkreśla się, że zamiast „tradycyjnych” form pobożności lepiej podejmować dzieła charytatywne.
Twierdzi się, że spowiedź nie powinna być indywidualna, wystarczy zbiorowa. A w ogóle czy spowiedź ma jakiś sens? Jedną z konsekwencji tych poglądów jest zastępowanie sumienia psychoanalizą, a terapia grupowa staje się alternatywą dla spowiedzi. Psychoterapeuta wciela się w rolę duchownego. Samorealizacja jest odmianą quasi-ubóstwienia człowieka.
Postuluje się zreformowanie Mszy św., bo w obecnym kształcie jest zbyt „skostniała”. Rozważa się, czy człowiek na początku XXI wieku jeszcze jej potrzebuje. Nierzadko Msza św. przestaje być ofiarą i spotkaniem z Chrystusem żywym i realnie obecnym, a staje się „ucztą miłości” w kategoriach czysto ludzkich, smutnym spektaklem, ceremonią, w której podczas przeistoczenia Chrystus jest obecny „umownie”, „symbolicznie”. Nie trzeba więc oddawać czci Eucharystii, można Ją przyjmować bez skupienia, w dowolnej pozie i w swobodny sposób.
Podważanie tajemnicy Wcielenia
Takie podejście do Eucharystii jest zanegowaniem istoty chrześcijaństwa. Ten sakrament został ustanowiony przez samego Jezusa Chrystusa i rzeczywiście jest w nim obecne prawdziwe Ciało i Krew Jezusa, a tym samym cała, przynosząca zbawienie, konkretna rzeczywistość Boga. Przed zakusami podważającymi Eucharystię ostrzegał w drugim Liście do Tesaloniczan św. Paweł, pisząc: „Objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia [Antychryst jako narzędzie szatana], który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak, że zasiądzie w świątyni Boga” (2 Tes 2, 3-4).
W walce z Bogiem szatan posługuje się „człowiekiem grzechu”, który wynosi się „ponad wszystko” i niszczy „to, co odbiera cześć”, czyli wiarę w obecność żywego Boga w Eucharystii. Szatan mami człowieka, że sam jest bogiem i że zasiądzie na tronie w „świątyni Boga”.
Podważa się kult maryjny, powierzchownie argumentując, że wprowadzanie Matki Bożej na tak wysoki piedestał przesłania Chrystusa, który jedyny jest godzien być centrum kultu Kościoła, lub że Jezus tylko wydawał się być człowiekiem, w rzeczywistości był Bogiem i z żadnej niewiasty się nie narodził. Tymczasem kult maryjny stoi na straży wyrazistej świadomości tajemnicy Wcielenia.
„Centralna prawda chrystianizmu wyrażona jest w Ewangelii św. Jana: 'Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami’ – oznacza to, że uobecniło się pomiędzy nami na bardzo ludzki sposób, przez Maryję Matkę. Wcielenie w tajemniczy sposób przywraca godność naturze ludzkiej, teraz powołanej do wspólnoty z Bogiem. Jest terenem zbawczej misji Kościoła przedłużającego na ziemi tajemnicę Wcielenia. Jak Chrystus wcielił się w naturę ludzką – tak Kościół wciela te tajemnice w ludzkie serca i w ludzką kulturę, przepajając przestrzeń między-ludzką – potężną mocą Boskiej Przestrzeni” (J.A. Kłoczowski OP, Tajemnica Maryi, „Powściągliwość i Praca”, nr 5, 1992).
Tajemnica Wcielenia bez tajemnicy Maryi jest niepełna. Więc Założyciel Kościoła jest na przykład traktowany jako postać mityczna, a nie historyczna, jako człowiek-bóg, a nie Bóg-Człowiek; Dobra Nowina zostaje sprowadzona do relacji o wierzeniach chrześcijan w pierwszych gminach. Nasila się tendencja napędzana poglądem, że religia to rzecz prywatna, subiektywne przekonanie i wyobrażenie człowieka o bliżej nieokreślonym absolucie. Przy czym upowszechnia się protestantyzująca opinia, iż człowiek jest słaby i „nie da rady” osiągnąć świętości. Więc nie warto o nią walczyć i doskonalić się wewnętrznie. Jest to stanowisko przeciwne nauczaniu Kościoła katolickiego, w którym podkreśla się, że z pomocą łaski Bożej człowiek może osiągnąć świętość, może naśladować Jezusa, swojego Mistrza. Chrystus mówił przecież o rzeczach możliwych i osiągalnych dla człowieka.
Deprecjacja Najświętszej Maryi Panny, jak uczy praktyka Zachodu, wywołuje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, uderza się w serce chrześcijaństwa, gdyż Maryja, jako Matka Kościoła, jest Pośredniczką wszelkich łask. Po drugie, promuje ideę Boga bardzo odległego, który jest Bogiem „pozaświatowym”, obecnym w niedostępnych dla człowieka obszarach wszechświata. W ten sposób Ojciec Niebieski jest niepoznawalny, co pozwala w ogóle o Nim nie mówić. Uchodzi za Kogoś, kto nie zajmuje się człowiekiem i małą planetą Ziemią i obojętny jest Mu los ludzi, więc pozostawieni sami sobie żyją na własny rachunek.
„Bóg obecny w świecie wydawał się niepotrzebny dla umysłowości wykształconej na przyrodniczym poznaniu świata. Podobnie Bóg działający w człowieku miał stać się niepotrzebny dla nowoczesnej świadomości, nowoczesnej nauki o człowieku, badającej mechanizmy świadome i podświadome jego postępowania. Racjonalizm oświeceniowy wyłączył prawdziwego Boga, a w szczególności Boga Odkupiciela poza nawias. (…) Mógł się zgodzić na Boga pozaświatowego, zwłaszcza że jest to tylko pewna niesprawdzalna hipoteza. Konieczne jednak było, by takiego Boga wyeliminować ze świata” (Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 56-57).
Skoro Bóg jest „pozaświatowy” i nie interesuje się człowiekiem, zatem każdy może wybrać sposób zaspokajania potrzeb religijnych, taki, jaki mu odpowiada. Relatywizm religijny jest wzmacniany indyferentyzmem: ludzie tworzą własne „prawdy wiary” i wierzą w cokolwiek, bo „nieważne, w co się wierzy, ważne, żeby wierzyć”.
Ujawnienie opozycji wewnętrznej
Kościół katolicki jest ostatnią instytucją, która wciąż głosi, co dobre, a co złe, jednym słowem – obiektywną prawdę, której nie da się zredukować do indywidualnych opinii, a to dla wielu opiniotwórczych środowisk jest nie do zaakceptowania. Dlatego tak bardzo w mediach liberalnych jest podsycany konflikt o Magisterium. Atakuje się Kościół, aby zmusić go do milczenia, gdyż „instytucja, która popełnia tyle błędów i tak rozmija się z oczekiwaniami swoich wiernych”, nie może być autorytetem dla świata. Coraz bardziej używa się argumentacji „o powszechnym wśród wiernych odłożeniu nauczania papieskiego, które jest nieżyciowe i sprzeczne z ideałami człowieka nowoczesnego”. Podejmuje się więc próby zasugerowania rewizji niewygodnych i „niedostosowanych” do współczesności doktryn moralnych Kościoła i niektórych dogmatów w oparciu o przeprowadzony na zasadzie referendum konsensus wszystkich wiernych. Dotyczy to zwłaszcza etyki seksualnej. Jak to zwykle bywa, błędy powstają z dążności dostosowania wymogów Objawienia do intelektualnych i moralnych słabości ludzkich, z próby dostosowywania chrześcijaństwa do gustów i życzeń współczesnego człowieka.
Ogłoszenie przez Papieża Pawła VI 25 lipca 1968 roku, a więc trzy lata po zakończeniu Soboru encykliki „Humanae vitae” – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego, w której jasno zostało zarysowane nauczanie Kościoła w dziedzinie etyki seksualnej, podziałało jak wybuch bomby.
Wielu bowiem reformatorów i przeciwników Kościoła uważało, że na fali posoborowej „odnowy” uda się skruszyć niezmienną w tej materii doktrynę Kościoła i uzyskać choć cień akceptacji dla antykoncepcji, która stanowi podstawę „rewolucji seksualnej”. Liczono, że wtedy o wiele łatwiej będzie można podważać i kwestionować inne elementy Magisterium Kościoła, by traktować chrześcijaństwo jako dzieło wyłącznie ludzkie, w którym Objawienie zostaje „sprowadzone do elementu czysto dekoracyjnego”.
Zdaniem prof. Jannet E. Smith z Uniwersytetu w Dallas (USA): „Był to przełomowy moment w historii Kościoła – oto bowiem ujawniła się opozycja wewnętrzna. Do tej pory było inaczej. Opozycyjni teologowie nigdy nie występowali tak otwarcie. Sprzeciw wobec 'Humanae vitae’ stał się istotną cezurą w historii Kościoła. Można ten moment interpretować albo jako krystalizację czegoś, co już od pewnego czasu nurtowało pod powierzchnią, albo jako katalizator późniejszych procesów. Wkrótce teologowie, a za nimi zwykli świeccy mieli zająć opozycyjne stanowisko nie tylko w sprawie antykoncepcji, lecz również homoseksualizmu, masturbacji, cudzołóstwa, rozwodu i wielu innych” (Jannet E. Smith, XVIII Międzynarodowy Kongres Rodziny, Warszawa 1994, s. 284).
U progu trzeciego tysiąclecia degradacja człowieka przybiera coraz groźniejsze formy. W Stanach Zjednoczonych para niesłyszących lesbijek za wszelką cenę chciała mieć tak samo jak one niesłyszące dzieci. Dlatego świadomie zaplanowały, poczęły in vitro, a następnie urodziły dwoje niesłyszących dzieci. Aby mieć pewność, że dzieci będą dotknięte tym samym kalectwem, na dawcę spermy wybrały głuchego mężczyznę. W rozmowie z „Washington Post” wyznały, że głuchota jest „wyrazem tożsamości, a nie dolegliwością medyczną wymagającą leczenia”, dlatego chciały mieć dzieci, które dzieliłyby z nimi te same doświadczenia i ograniczenia. Gdy badanie słuchu starszej córki wykazało, że jest głucha, uznały to za jedną z najprzyjemniejszych chwil. Młodsze dziecko częściowo słyszy na jedno ucho. Rada Badań nad Rodziną oświadczyła, że decyzja kobiet świadomie decydujących się na posiadanie dzieci niepełnosprawnych była „niewiarygodnie egoistyczna”. Rzecznik tej organizacji Fred Connor powiedział, iż „kobiety podniosły obłędną ideę tworzenia zaplanowanych dzieci na nowy, straszny szczebel”. Jedna z kierujących Krajowym Stowarzyszeniem Głuchych, Nancy Rarus, oświadczyła, że „nie rozumie, dlaczego ktoś mógłby chcieć celowo wydawać na świat upośledzone dziecko” (Ewa Czaczkowska, Egoizm, upośledzenie, prawa dzieci, „Rzeczpospolita”, 13-14.04.2002).
Chrześcijaństwa nie można ograniczać wyłącznie do człowieka, zapominając o Bogu – zastrzegając się co prawda, że nie przeczy się istnieniu Absolutu, ale nie istnieje on w życiu człowieka. Nie można też, co czyni „teologia wyzwolenia”, sprowadzać wiary w Chrystusa do ideologii wyzwolenia społecznego czy ekonomicznego, dezawuując wymiar nadprzyrodzony. Wtedy następuje niebezpieczne zbliżenie do ateizmu religijnego, czyli wiary bez religii. Ta postać ateizmu, która często jest równoznaczna z agnostycyzmem (por. KKK, nr 2128), „oczekuje wyzwolenia człowieka na drodze wyzwolenia gospodarczego i społecznego, któremu – jak twierdzi – 'religia z natury swojej stoi na przeszkodzie, gdyż budząc nadzieję człowieka na przyszłe, złudne życie, odstręcza go od budowy państwa ziemskiego'” (KKK, nr 2124).
Kościół, który jest przede wszystkim rzeczywistością teologiczno-moralno-duszpasterską, jest redukowany do rzeczywistości prawno-teologiczno-(socjologiczno)-urzędniczej. Stąd już krok do przekreślenia wizji Kościoła jako rzeczywistości bosko-ludzkiej w wymiarze wertykalnym, na rzecz koncepcji Kościoła jako rzeczywistości ludzkiej widzianej w wymiarze horyzontalnym (pelagianizm). W życiu codziennym przejawia się to nierzadko w postawie, że ktoś motywuje swoje odejście od Kościoła, bo mu się nie podoba ksiądz w jego parafii. Ocenę osoby przenosi się zatem na ocenę religii. W konsekwencji nie dziwi, że Kościół jest przedstawiany przez niektórych jako stowarzyszenie uzależnione od tego, co w danej chwili podoba się większości i co wtedy automatycznie staje się normą. Wspólnoty kościelne należy zatem traktować podobnie jak wszystkie stowarzyszenia kulturalne, społeczne, zawodowe, których statuty można zmieniać zgodnie z upodobaniami ich członków i panującą aktualnie modą. Głównym zadaniem i sensem istnienia, zamiast głoszenia Słowa Bożego, jest przede wszystkim działalność charytatywna i inne usługi dla ludzi.
Bunt przeciw obiektywności sakramentów
Próbuje się podważyć hierarchiczność Kościoła oraz rozbić jedność i dyscyplinę. Dyskutując w selektywnym ujęciu o Kościele, soborach, pierwotnych prawach biskupów, sposobach ustanawiania proboszczów, rozbija się wspólnotę kościelną na izolowane grupki wiernych. Podburza się biskupów przeciwko Stolicy Apostolskiej, a duchowieństwo parafialne przeciw biskupom. Odbywa się to pod hasłami zwiększenia demokracji i praw duchowieństwa. Nawet słuszny postulat zwiększenia odpowiedzialności za Kościół przez świeckich zostaje poddany swoistej obróbce przez podpowiadaczy „właściwych rozwiązań dla Kościoła”, by zredukować kapłana do roli pastora.
Postuluje się likwidację „reliktów przeszłości”, do których zalicza się sutannę, łacinę, spowiedź indywidualną. Upowszechnia się koncepcję Kościoła, o którego formach decydować mają poprzez „demokratyczne procedury” przede wszystkim świeccy, mający mieć prawo do swobodnego zmieniania statutów, by dostosować się do „standardów współczesności”. Na fali „odnowy” zachwala się protestancki model, w którym Kościół jest ujmowany jako zrzeszenie wiernych, którzy przez swe komitety czy walne zebrania decydować winni o treści rzeczywistości kościelnej.
„Dobry” kapłan to człowiek zeświecczony, zabiegający o zniesienie celibatu. Pozbawiony jest szacunku wiernych, bo nie jest traktowany jako szafarz sakramentów, ale „najemny pracownik”, wynajęty przez gminę – parafię do „posługi liturgicznej”. W zasadzie każdy czuje się kapłanem. I mało komu zależy już na powołaniach kapłańskich. Według wielu, najlepiej byłoby, aby biskup centralnie celebrował Liturgię dla całej diecezji i konsekrował komunikanty, a świeccy szafarze roznosiliby Komunię Świętą po domach…
Znawca gnozy, religii politycznych, jaką były totalitaryzmy dwudziestowieczne, oraz ruchów sekciarskich, które je inspirowały, niemiecki filozof Eric Voegelin w swej celnej analizie „Lud Boży” podkreśla, że aż do siedemnastego wieku atak praktycznie wszystkich ruchów sekciarskich był skierowany przeciw urzędowi kapłaństwa. Kapłan – szafarz sakramentalnej łaski, która ma obiektywny charakter, przez co skuteczność sakramentu jest uniezależniona od osobistej wartości księdza – ilekroć sprawuje swój urząd, odnawia przymierze Boga z człowiekiem. Podsycany więc był bunt przeciw obiektywności sakramentów i żądanie, by każdy w chrześcijańskiej wspólnocie mógł pełnić funkcję kapłana i być szafarzem sakramentalnej łaski, co, rzecz jasna, podważało sens istnienia Kościoła i było sprzeczne z wolą jego Założyciela (por. Eric Voegelin, Lud Boży, Kraków 1994, s. 34-37).
Mylono przy tym często powszechne kapłaństwo wszystkich z władzą święceń i sakramentalnym charakterem urzędu kapłańskiego. Chrystus daje nam wszystkim udział w swej funkcji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej na sposób kapłaństwa powszechnego. Niektórym, najpierw apostołom, daje sakramentalną moc przeistaczania, odpuszczania grzechów, udzielania Ducha Świętego. Daje udział w służbie udostępniania łaski uświęcającej. Odciska swoje piętno myślenie laickie i ateistyczne, kształtowane na inspirowanych marksizmem studiach uniwersyteckich. Absolwenci takich studiów często nie mają wrażliwości na problem Boga, Chrystusa, Kościoła, kapłaństwa. Rozumują ujęciami wyłącznie socjologii i prawa, a kapłaństwo postrzegają w kategoriach społecznej pozycji księdza.
Rodzi to następującą postawę: ksiądz mi się podoba albo nie (a zwłaszcza to, co głosi) i w zależności od tego akceptuję bądź odrzucam wiarę i nauczanie Kościoła. Ta pelagiańska koncepcja, która redukuje księdza do wymiaru wyłącznie ludzkiego, do roli „funkcjonariusza Kościoła”, który podlega ocenie według kryterium osobistego stosunku do niego jako człowieka, a nie jako szafarza sakramentów, jest wstępem do traktowania chrześcijaństwa jako ideologii. Ideologii społeczno-gospodarczej, wyłącznie skoncentrowanej na doczesności. Kościół ze „zwołania ludu Bożego” o charakterze religijnym (por. KKK, 751-757), które prowadzi człowieka do zbawienia, jest sprowadzony do roli instytucji dobroczynności, strony w życiu publicznym czy „branżowego” stowarzyszenia ludzi wierzących; jednego z wielu podmiotów sceny społecznej.
Teologia „śmierci” Kościoła kontynuuje ten kierunek, a to domagając się kapłaństwa dla kobiet, a to postulując minimalizację czy wręcz marginalizację kapłaństwa na rzecz wyręczania ich przez świeckich. Różnorakie formy podważania kapłaństwa sakramentalnego – od bezpośrednich ataków na księży po „subtelne” analizy teologiczne kwestionujące hierarchiczny porządek w Kościele, tak aby Kościół nie miał widzialnej jedności w prawdzie, kulcie, miłości i działaniu – nadal trwają. Według Erica Voegelina, ten proces w krajach, które najbardziej dotknął, powodował: (1) rozpad sakramentalnej organizacji na rywalizujące ze sobą Kościoły i sekty; (2) włączenie poszczególnych Kościołów w powstające wspólnoty narodowe; (3) rozpad narodowych, religijno-doczesnych ładów na świeckie państwa i niezinstytucjonalizowane, wolne związki religijne i sekty; (4) wydanie świeckiego państwa na łup religijnych ruchów antychrześcijańskich, takich jak współczesne ruchy masowe (por. Eric Voegelin, op. cit., s. 37).
Legenda o Wielkim Inkwizytorze
Teologia „śmierci” Kościoła tworzy miraże szczęścia i duchowego wyzwolenia, ale poza Kościołem. Są upowszechniane głosy „proroków nowej ery”, z tryumfem ogłaszających koniec chrześcijaństwa, które jakoby jest już zastygłe. Kontestatorzy, moderniści i reformatorzy działają z poczuciem misji, ale zdają się ukrywać swoje prawdziwe cele pod maską „troski o przyszłość katolicyzmu” i w obawie, że bez zmian Kościół będzie „niezdolny do prowadzenia dialogu ze współczesnym światem”. Czyż nie chcą nam założyć obroży Nowego Porządku Świata, w którym „chrześcijaństwo liberalne” stanowiłoby jeden z elementów „łagodnej i perswazyjnej” przemocy?
Bo skoro nie można w człowieku zagłuszyć głodu transcendencji, nadaremne jest zaprzeczanie duchowemu wymiarowi osoby ludzkiej. Lecz demiurgowie z laboratoriów idei konstruujący „raj na ziemi” próbują wypłukać chrześcijaństwo z jego istoty religii objawionej i taką okaleczoną duchowość podsuwać ludziom wierzącym. W ten sposób pozostawałoby ono pod kontrolą systemu globalnego, którego ideolodzy określaliby interpretację doktryny, prawd wiary i formy kultu, a takie chrześcijaństwo stanowiłoby wygodny instrument „zagospodarowania” katolików. W znanej powieści Fiodora Dostojewskiego „Bracia Karamazow” ten rosyjski pisarz, raczej nieposądzany o sprzyjanie katolicyzmowi, przed ponad stu laty antycypuje totalitarne odchylenie religijności czasów globalizmu w Legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Tenże rewindykuje zbudowanie państwa, które będzie „skorygowaniem Jego [tzn. Chrystusa] dzieła”, a składającego się z ludzi uległych, ale szczęśliwych.
„Przekonamy ich – mówi Wielki Inkwizytor – że tylko w tym wypadku będą wolni, gdy wyrzekną się swej wolności, nam ją oddadzą i nam ulegną. (…) Zmusimy ich do pracy, tak, lecz w godzinach wolnych od pracy urządzimy im życie niby dziecięcą zabawę. (…) O, pozwolimy im nawet na grzech, słabi są i bezsilni, i będą nas kochali jak dzieci. (…) Powiemy im, że każdy grzech, który popełniony będzie z naszego przyzwolenia, będzie odkupiony. (…) Będziemy im pozwalać lub zabraniać żyć z żonami i kochankami, mieć lub nie mieć dzieci – stosownie do ich posłuszeństwa – i będą nas słuchać z radością i uciechą. Najbardziej męczące tajemnice ich sumienia – wszystko zaiste nam zawierzą, my zaś wszystko rozstrzygniemy, i uwierzą w nasze wyroki z radością, albowiem uwolnią ich one od wielkiej troski straszliwych mąk osobistego i swobodnego rozstrzygania” (Fiodor Dostojewski, „Bracia Karamazow”, Warszawa 1959, s. 307-308).
Współczesny świat sprawia wrażenie chaosu. Dzisiejszemu człowiekowi trudno odnaleźć się w gąszczu, wydawałoby się, sprzecznych poglądów, idei, koncepcji. Ale jest to chaos pozorny. Jeden z teoretyków postmodernizmu i „pilot chaosu”, Jacques Derrida, uporządkował nieuporządkowanie i nazwał je dekonstrukcjonizmem. W ten prosty sposób ideolodzy współczesności zamienili zamęt ideowy i zaprogramowali go jako ideę zamętu. Jako zjawisko towarzyszące ujawnia się relatywizm religijny, który „rozmiękcza” Magisterium Kościoła i rozmywa istotę wiary na rzecz mgławicowych koncepcji „chrześcijaństwa bezdogmatycznego”, „chrześcijaństwa bezwyznaniowego” czy „chrześcijaństwa bez Boga”, albo – jak w New Age – wymienia się Chrystusa, ale jest On, obok Zaratustry czy Buddy, jednym z „mistrzów mądrości”, który przepowiadał „nową erę” i „wewnętrzny ład” naszej planety.
Na „rynku religijnych idei” modny jest między innymi humanizm laicki. Pojawiają się „nowe” lub „alternatywne” duchowości, sekty, panteizm, różne oblicza magii, bioenergoterapia, spirytyzm, astrologia, szamaństwo, New Age, koncepcje zmierzchu Ery Ryb (chrześcijaństwa) i wejścia w Erę Wodnika. Reklamowany jest seksualizm, mistycyzm wschodni, synkretyzm religijny, synergia (połączone działanie wielkich grup ludzi), tarot, kabała, satanizm, radykalny ekologizm i feminizm. Ujawnia się renesans tendencji ezoterycznych i okultyzmu, ekspansja różnego rodzaju wróżbiarstwa, chiromancji, przepowiedni, amuletów i talizmanów, solimsycyzm (zrównanie zwierząt z ludźmi – traktowanie ich łącznie jako istoty ożywione), a wszystkie te antychrześcijańskie tendencje są traktowane przez ideologów Nowego Porządku Świata jako okres przejściowy, mający prowadzić do powstania jednej uniwersalnej religii, która będzie łączyła to, co „najlepsze” w „tradycyjnych” religiach.
Zachęta do „wyprodukowania” stosownej do nadchodzącej ery „religii” będzie zatem praktyczną realizacją gnostyckiej koncepcji religii jako tego, w co człowiek powinien wierzyć, a co wymyślą w swych warsztatach idei „oświeceni”. Nie czynią nic nowego, jedynie rozwijają synkretyczne koncepcje renesansowego myśliciela Pico della Mirandola (1463-1494) o równości wszystkich religii i próbują zrealizować jego marzenie o stworzeniu zsyntetyzowanej jednej religii świata.
