Strach, wódka i pieniądze
Z Andrzejem Wilkiem, kierownikiem Zespołu Bezpieczeństwa i Obronności Ośrodka Studiów Wschodnich, rozmawia Piotr Falkowski
Zaskoczyło Pana zachowanie Rosjan po katastrofie smoleńskiej?
–
Po katastrofie w Smoleńsku Rosjanie zachowywali się zgodnie z sowiecką
mentalnością. Myślę tu o kontrolerach lotów. Ich postępowanie było
odzwierciedleniem zasad tamtejszej „starej szkoły”: zniknąć, ukryć się,
zaginąć.
Jak w rosyjskiej armii pojmowana jest dyscyplina wojskowa?
–
Między Polską a Rosją istnieją zasadnicze różnice cywilizacyjne. Cała
rosyjska armia, w tym siły powietrzne, to ludzie o zdecydowanie innej
mentalności, na którą trzeba patrzeć przez pryzmat pewnej egzotyki.
Bliżej im do krajów, jak Chiny i Indie, bliżej im do Azji niż do Europy.
Weźmy np. ich rozumienie obowiązkowości. Relacje podwładny – przełożony
sprowadzają się do organicznego strachu z jednej strony i pogardy z
drugiej. To zresztą nie jest dorobek czasów sowieckich; tak jest od
kiedy Rosja istnieje, a przynajmniej od Iwana Groźnego.
W tym kontekście najczęściej mówi się o alkoholu…
–
No właśnie. Podejście do alkoholu jest tam zupełnie inne. Dużo piją
różne nacje, nie tylko – jak to się czasami mówi – słowiańskie. Ale w
przypadku Rosji należy mówić o różnicy jakościowej. Rosjanin nie
zastanawia się, czy może coś wykonać pod wpływem alkoholu. Jeśli
żołnierz nie wykona rozkazu, będzie za to ukarany, jeśli natomiast go
wykona, to nie jest istotne, jaką miał wtedy przytomność umysłu. Nikt
się tam o to nie pyta.
Nie wpływa to na stan wyszkolenia i gotowości bojowej żołnierzy?
–
W kwestiach technicznych to akurat jest bardzo podobnie jak u nas czy
na Zachodzie. Procedury wojskowe ćwiczy się w celu wyrobienia nawyków,
odruchów bezwarunkowych, które decydują o podejmowanych działaniach, bo
przecież w warunkach bojowych nie ma czasu na myślenie. Więc Rosjanie,
tak jak i wszyscy, muszą uczyć się na pamięć regulaminów, których
zresztą jest u nich wyjątkowo dużo, a wiele z nich stworzono chyba tylko
po to, aby je obchodzić – to też tamtejsza specyfika.
Biorąc pod uwagę różnice w mentalności, możliwa jest efektywna współpraca, np. w ramach Partnerstwa dla Pokoju?
–
Bywają problemy. Na przykład z angielskim. Cóż powiedzieć? Jeśli chcemy
się z nimi dogadać, uczmy się rosyjskiego i nie wymagajmy od nich zbyt
wiele… Oczywiście są sektory rosyjskiego resortu obrony, gdzie ze
znajomością języków obcych nie ma żadnych problemów, ale widać uważa
się, że poza tymi szczególnymi rodzajami służby nie jest to potrzebne, i
nikt nie przejmuje się problemami, jakie pojawiają się np. na jakimś
zagranicznym lotnisku.
Mówienie o zapaści rosyjskich sił powietrznych jest uprawnione?
–
Zaobserwowaliśmy to jakąś dekadę temu. Wtedy cała rosyjska armia była w
stanie kompletnego rozkładu, a musiała stawić czoła czeczeńskiemu
wyzwaniu. Była to armia kraju upadającego, totalnie niedofinansowana,
zdemoralizowana. Z niewielkich pieniędzy zapisanych w budżecie wojsko
dostawało realnie połowę, a czasami ledwie 25 procent. Sytuacja ta
zmieniła się mniej więcej od 2002 r. i dzisiaj można mówić o wychodzeniu
z tej zapaści. Życzyłbym sobie, żeby nasze Siły Powietrzne były w tak
„kryzysowej” sytuacji. Postępuje wzrost wydatków, istnieje zresztą zapis
ustawowy gwarantujący odpowiedni poziom finansowania sektora obronnego.
Nalot pilotów samolotów jednostek strategicznych wzrósł kilkakrotnie,
co oczywiście wydatnie podniosło ich zdolność bojową. Teraz można ten
poziom określić jako średnia kraju cywilizowanego.
Nakłady finansowe przekładają się na wyszkolenie rosyjskich pilotów?
–
Oczywiście w Rosji są piloci i „piloci”. Prawdziwi mistrzowie, ale też
tacy, którym się tylko wydaje, że coś potrafią. Czasem się zdarza, że
zatrudniony w liniach cywilnych były pilot wojskowy kieruje samolotem
tak, jakby miał na pokładzie kartofle, a nie ludzi. Tak dzieje się
często w lotach krajowych. Mimo to cieszą się dużym wzięciem, np. w
krajach Trzeciego Świata, jako najemnicy. Ale tam procedury
bezpieczeństwa, z jakimi mamy do czynienia w krajach zachodnich, albo
nie istnieją, albo nie są traktowane poważnie.
Jednocześnie z usług
takich firm, jak „Volga-Dnepr”, eksploatującej ciężkie samoloty
transportowe, korzysta wiele różnych struktur, łącznie z NATO. Obecnie
to rozwiązanie jest po prostu najtańsze i nie trzeba inwestować w rozwój
własnych struktur tego typu. Dlatego partnerzy godzą się na różne
„odmienności”, np. na problemy w porozumieniu z Rosjanami czy na
„zaginięcie” od czasu do czasu jakichś części podczas transportu do
Afganistanu – jak to się stało z podzespołami do naszych rosomaków.
Dziękuję za rozmowę.
