Strach ma wielkie oczy

Zamiast szczątkowej lustracji powinna być pełna jawność dokumentów peerelowskiej bezpieki i dostęp do nich wszystkich obywateli. Dlatego ciekaw jestem książki o Lechu Wałęsie i dokumentów w niej zawartych

Z senatorem Piotrem Łukaszem Andrzejewskim (PiS), prawnikiem konstytucjonalistą, rozmawia Wojciech Wybranowski

Rzecznik praw obywatelskich wycofał się ze swojego wniosku złożonego do Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego przepisów odmawiających funkcjonariuszom bezpieki prawa wglądu w archiwa IPN.

– Problem lustracji jest problemem całościowym, a wnioski pana rzecznika to niepotrzebne, incydentalne akcje, tak jak niepotrzebne były wszystkie niepełne, szczątkowe ustawy lustracyjne, z jakimi mieliśmy do czynienia do tej pory. Najdłużej obowiązującą ustawę lustracyjną wydaną w 1997 roku uważam za dywersyjną – wszak oddawała nas w dyspozycję tych samych ludzi, którzy sporządzali esbeckie teczki. Jedynym wyjściem jest przekreślenie całego dotychczasowego dorobku lustracyjnego, pełne ujawnienie całej dokumentacji sporządzonej przez UB, SB i inne peerelowskie służby i zmiana trybu postępowania – lustratorami powinni być ci, którym zakładano teczki, a lustrować tych, którzy je zakładali. I wtedy dopiero w Polsce będzie tak normalnie, jak to jest w krajach cywilizowanych.


W takiej sytuacji jednym z lustratorów byłby Lech Wałęsa, według niektórych źródeł, w latach 70. agent SB o pseudonimie „Bolek”.


– Tak! Oczywiście.


Powinien być lustratorem czy lustrowanym?


– Zarówno „Bolek”, jak i wszyscy inni, którym zakładano teczki, powinni przede wszystkim ujawnić nazwiska tych, którzy zakładali teczki. Do nich też należy dzisiaj inicjatywa, żeby w procesie weryfikacji dokumenty, które na ich temat zostały zgromadzone, uznać za niemiarodajne. Wszystkie dokumenty powinny być jawne w zakresie osób pełniących dzisiaj funkcje publiczne lub wykonujących zawód zaufania publicznego. Trzeba zmienić zasadę. Daliśmy się wmanewrować w chocholi taniec, w którym rozprowadzającymi i decydentami są ci, którzy sporządzali teczki. Oni dzisiaj nami rządzą, a nie my nimi. A jeśli chodzi o Lecha Wałęsę, no cóż – niech się wytłumaczy z tego, co jest w tej teczce, w zebranych dokumentach.


Jeżeli o wiarygodności dokumentów zebranych przez IPN będą decydować osoby określone w nich przez SB jako współpracownicy, to można być pewnym, że uznają je za niewiarygodne. Sądzi Pan, że na przykład Lech Wałęsa byłby ewentualnie w stanie ze skruchą powiedzieć: „Tak, współpracowałem, podpisywałem, przepraszam”?


– Ale wtedy, przy całkowitej jawności archiwów, służy wszystkim obywatelom możliwość zweryfikowania dokumentów, jakie znajdują się w tych teczkach. Mówię o dokumentach, nie o ludziach. Te dokumenty powinny być jawne i gwarantuje nam to dzisiaj Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Tyle że postanowienia Konstytucji w tym zakresie są niezrealizowane. Sfera prywatności tych ludzi, o których mówimy, a więc osób pełniących funkcje publiczne i wykonujących zawód zaufania publicznego, nie chroni. To, co zrobił parlament w 1997 roku z ustawą lustracyjną, to, co przyjął Sejm w poprzedniej kadencji, wreszcie to, co zrobił z ustawą lustracyjną prezydent Lech Kaczyński – to jeden wielki chocholi taniec.


Mówiąc o pełnej jawności dokumentów, nie sposób nie spytać o książkę dotyczącą Lecha Wałęsy, która ma się ukazać w przyszłym tygodniu. Jej autorzy to Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk. Mimo histerycznych ataków, jak choćby wtorkowego programu „Kropka nad i” Moniki Olejnik, książka jednak trafi do księgarń?


– Oczywiście, liczę na to, że książka wyjdzie i powinna się ukazać. Przecież ta książka to nie jakieś dowolne dywagacje autorów na temat biografii Lecha Wałęsy, ale dotyczy dokumentów i opiera się na dokumentach. Poza tym przecież były prezydent zna drogę prawną, z której może skorzystać, jeżeli będzie chciał zakwestionować wiarygodność informacji czy dokumentów w tym zakresie, w jakim książka jego dotyczy. Zobaczymy, co w niej jest.


Lech Wałęsa grozi każdemu, kto będzie chciał powielać ustalenia historyków IPN, powoływać się na tę książkę, procesem sądowym….


– Wałęsa ma prawo korzystać z dozwolonych prawem akcji, jeżeli uważa, że jest przedmiotem manipulacji w dokumentach, których wiarygodność kwestionuje. Historycy Cenckiewicz i Gontarczyk mają prawo wydać książkę, a Lech Wałęsa ma prawo protestować, jeżeli uzna, że pojawia się w niej coś, co przekracza zakres dokumentów, nad którymi pracują i na które powołują się autorzy.


Jak Pan ocenia atak na książkę jeszcze przed jej publikacją?


– Nie wiem, jak oceniać samą książkę, jeszcze jej nie czytałem. Chętnie ją przeczytam i wtedy będę ją oceniał. Ale ta histeria jeszcze przed ukazaniem się tej publikacji to histeria tych, którzy obawiają się ujawnienia dokumentów i informacji o nich samych. Obawiają się tych dokumentów. Książka powinna być oceniana po opublikowaniu i ujawnieniu dokumentów. A oni tak piekielnie się boją. Strach ma wielkie oczy.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj