Sprawiedliwość po 11 latach
Po ośmiu latach procesu warszawski sąd okręgowy nakazał stołecznej
komendzie policji zapłatę 250 tys. zł zadośćuczynienia fotoreporterowi "Naszego
Dziennika" Robertowi Sobkowiczowi. W 1999 r. podczas pacyfikacji manifestacji
pracowników radomskiego Łucznika w Warszawie jeden z funkcjonariuszy policji
wystrzelił w jego kierunku gumową kulę. Mężczyzna stracił oko. Policja cały czas
odmawiała mu prawa do odszkodowania.
Uzasadniając wyrok, sędzia Agnieszka Jędrzejewska-Jaroszewicz zaznaczyła, że
przy ustalaniu kwoty odszkodowania wzięła pod uwagę wszystkie okoliczności, a
przede wszystkim poniesiony przez fotoreportera "Naszego Dziennika" uszczerbek
na zdrowiu.- Sąd miał na uwadze – czego nie ukrywam – postawę pozwanego [KSP i
MSWiA – przyp. red.], który w żaden sposób nie uznał swojej odpowiedzialności,
nawet wtedy, gdy została ona przesądzona orzeczeniem sądu – stwierdziła sędzia.
Zwróciła też uwagę, że nigdy nie podjęto ze strony policji czy resortu spraw
wewnętrznych kroków, aby w jakiś sposób zadośćuczynić, nawet w części,
roszczeniu Sobkowicza. Jaroszewicz powiedziała, że mimo iż zdarzają się większe
tragedie, to jednak nie zmienia to faktu, że w wyniku postrzelenia życie
fotoreportera "uległo nieodwracalnej zmianie" i musiał przystosować się do nowej
sytuacji. Warszawski sąd zdecydował, że policja – oprócz odszkodowania – ma
także wypłacać rentę miesięczną w wysokości około 5,9 tys. złotych. Sędzia
podkreśliła, że ta kwota zawiera tzw. rentę wyrównawczą, jak i na zwiększone
potrzeby związane z wizytami kontrolnymi u lekarzy. Środki te mają stanowić
zabezpieczenie na ponoszone wyjazdy zagraniczne. Odnosząc się do zarzutów
pełnomocnika MSWiA, sędzia stwierdziła, że fotoreporter odbywa podróże nie
turystyczne, ale w celach zdrowotnych, i nie widzi tutaj potrzeby, aby szukał
przez kilka miesięcy najtańszych połączeń lotniczych. Sędzia powiedziała, że nie
przychyliła się do wniosku MSWiA o wystąpienie o ekspertyzę dotyczącą rynku
fotograficznego, ponieważ zaowocowałoby to przedłużeniem tego postępowania
"najmarniej do roku lub półtora". – Musiałaby być to opinia zbiorowa i tak
bazowałaby na tych wiadomościach, które uzyskał sąd na temat dochodów pana
kolegów po fachu – stwierdziła.- Jeśli mogę dodać coś od siebie. Cieszę się, że
to postępowanie dobiegło końca, bo taki długi czas oczekiwania na wyrok nie
służył stronom – dodała sędzia. Z wyroku, mimo że jeszcze jest nieprawomocny,
wyraźnie ucieszony był fotoreporter. – Tak, cieszę się, że sprawiedliwości stało
się zadość, że jednak po tych ośmiu latach procesu jest taki wyrok – mówił po
wyjściu z sali sądowej Sobkowicz. – Te pieniądze będę musiał odkładać na
coroczne wyjazdy do Włoch. Teraz to na pewno będę jeździł co rok, bo będę miał
na to fundusze, a do tej pory nie zawsze mogłem sobie na to pozwolić – dodał.
Jednak na pełną satysfakcję będzie musiał poczekać jeszcze około ośmiu miesięcy,
bo policja już zapowiedziała wniesienie apelacji. – Nie komentujemy wyroku
sądów. Będziemy korzystać z prawa do odwołania się – zapowiedział rzecznik
komendanta stołecznego policji Maciej Karczyński. Dwa lata temu sąd wydał tzw.
częściowy wyrok, w którym uznał, że policja działała bezprawnie i ponosi winę za
kalectwo Sobkowicza. Według sądu, funkcjonariusze "ewidentnie strzelali wbrew
obowiązującym przepisom w kierunku demonstrantów". Sąd zwrócił też uwagę, że to
policja ponosi winę za kontynuowanie ostrzału demonstrantów, mimo że najbardziej
agresywni z nich zaprzestali ataków. Za "karygodne zachowanie" uznał też
nieudzielenie pomocy poważnie rannemu fotoreporterowi. Na ostatniej rozprawie
Robert Sobkowicz opowiedział, jak był traktowany przez policję tuż po wypadku.
Gdy jego koledzy chcieli, aby odwiozła go do szpitala stojąca niedaleko karetka,
usłyszał od jednego z policjantów: "spier… bo to nasza karetka". Ponadto w
szpitalu musiał czekać aż sześć godzin na pozwolenie na operację ze strony
szpitala MSWiA, który może przeprowadzać zabiegi po postrzeleniach. O
zakończenie przepychanek prawnych w sprawie fotoreportera "Naszego Dziennika"
wielokrotnie apelowali m.in. jego koledzy fotoreporterzy. Organizowali akcje
protestacyjne oraz kierowali apele do kolejnych szefów MSWiA. Ostatni w zeszłym
roku. Podpisało się pod nim prawie 300 osób. Sobkowicz podkreśla, że
ograniczenia zdrowotne wynikające z wypadku są duże. – Tych ograniczeń od
lekarza mam mnóstwo – mówi. Wiążą się one z faktem posiadania tylko jednego oka,
które musi oszczędzać. Nie może m.in. zbyt długo pracować w zamkniętym
pomieszczeniu, przy sztucznym świetle czy przy komputerze. W innym, ciągle
trwającym procesie, Zakład Ubezpieczeń Społecznych domaga się od fotoreportera
zwrotu części renty wypłacanej z tytułu częściowej niezdolności do pracy. W tej
sprawie zapadł wyrok stwierdzający, że nie ma podstaw do takich żądań, ale ZUS
się od niego odwołał. Sobkowicz, będąc częściowo niezdolny do pracy, otrzymywał
rentę od ZUS zaledwie przez rok. Jej przedłużenia Zakład Ubezpieczeń Społecznych
mu odmówił. Po kilku latach procesu sąd zadecydował o przyznaniu renty na okres
6 lat, w tym za 3 lata zaległe – z góry. Ten właśnie fakt spowodował wniosek
ZUS.
Zenon Baranowski
