Solidarni z „robolami”

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko, ks. Henryk Jankowski, ks. Edward
Frankowski, ks. Bernard Czernecki i wielu innych. Najczęściej nazywani są
kapelanami "Solidarności". Niewielu dziś pamięta, że na ten szlachetny tytuł
kapłani ci zasłużyli sobie nie tyle posługą duszpasterską członkom NSZZ
"Solidarność", ile przede wszystkim ryzykowanym wsparciem i odważną pomocą
robotnikom strajkującym w sierpniu 1980 roku. Wtedy kiedy jeszcze nikt nie mógł
być pewny zwycięstwa – ani tego w postaci porozumień z 31 sierpnia 1980 r., ani
tym bardziej tego z 1989 roku.

Skala robotniczego protestu, jaki rozlał się po Polsce w lipcu, a potem w
sierpniu 1980 r., była zaskoczeniem dla wszystkich, w szczególności dla władz.
Świadczyć może o tym chociażby dramatyczne spotkanie Prymasa ks. kard. Stefana
Wyszyńskiego z Edwardem Gierkiem, do którego doszło na prośbę tego drugiego 25
sierpnia. Przywódca PZPR był zupełnie rozstrojony, bez pomysłu na jakiekolwiek
decyzje, a w którymś momencie wręcz "płakał i wtulił głowę w pierś Prymasa". Sam
ks. kard. Wyszyński nie miał wątpliwości, że żądania strajkujących robotników
domagających się m.in. wolnych związków zawodowych są uzasadnione. On sam
jednak, jak większość biskupów – członków Rady Głównej Episkopatu, obradujących
od 26 sierpnia na Jasnej Górze, nie mógł zlekceważyć obaw przed wkroczeniem w
granice Polski wojsk sowieckich. Jednocześnie zakłamanie prasy, radia i
telewizji oraz erozja autorytetu władzy państwowej sprawiły, że społeczeństwo
kierowało swoją uwagę właśnie na hierarchów Kościoła katolickiego, oczekując
zarówno opinii na temat trwających strajków, jak i rady w sprawie dalszego
przebiegu wydarzeń. Bynajmniej, ocena strajków nie była wśród biskupów
jednoznaczna. Niektórzy krytykowali strajkujących i ich żądania (zwłaszcza
ekonomiczne), inni apelowali, by księża udzielali wsparcia strajkującym. Podobne
dylematy – tyle że w wymiarze praktycznym – musiało rozstrzygnąć wielu polskich
kapłanów.

W hucie ksiądz? Tego jeszcze nie było
O tym, że obecność księdza wśród strajkujących robotników nie była czymś
zwyczajnym i oczywistym, świadczy historia bł. ks. Jerzego Popiełuszki.
Przedstawicielom strajkującej trzeci dzień załogi Huty "Warszawa" nie było łatwo
znaleźć księdza, który odprawiłby Mszę św. na terenie zakładu. Chyba nie tylko
dlatego że w przedpołudnie 31 sierpnia księża mieli na ogół swoje niedzielne
obowiązki. Organizator strajku Karol Szadurski miał pełną świadomość, że "nigdy
wcześniej nie zdarzyło się, chociaż zakład istnieje tyle lat, żeby w Hucie
gościł ksiądz". W jednym z wywiadów ks. Jerzy mówił o swoim przybyciu do huty:
"Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. Co zastanę? Jak
mnie przyjmą? Czy będzie gdzie odprawiać? Kto będzie czytał teksty, śpiewał?".
Obawy okazały się niepotrzebne. Na widok księdza idącego przez plac fabryczny
hutnicy zaczęli bić brawa. Ołtarz oraz 2,5-metrowy krzyż, a nawet prowizoryczny
konfesjonał były już przygotowane.

Skoro ludzie proszą…
Ksiądz Hilary Jastak, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni,
przybył do Stoczni im. Komuny Paryskiej już 17 sierpnia. Robotnicy, którzy
przyszli prosić go o odprawienie Mszy św., powiedzieli, że byli już w parafii,
na terenie której leży stocznia, ale odmówiono im. On nie miał wątpliwości:
"Skoro ludzie mnie o to proszą…". Wnet też plebania stała się swego rodzaju
centrum informacyjnym, do którego przychodziło dzień i noc tysiące ludzi – po
informacje, z prośbą o rozmowę, o modlitwę lub chociażby po obrazek z podpisem
"My trzymamy z Bogiem".

Szedłem jak na wojnę
W podobnych okolicznościach na terenie Stoczni Gdańskiej znalazł się ks. Henryk
Jankowski. Pierwszą Mszę św. dla strajkujących odprawił 17 sierpnia. Po latach
wspominał: "Nic nie jadłem tego dnia. Szedłem jak na wojnę. (…) Rozpocząłem
Mszę św., ale cały czas bałem się, że za chwilę dojdzie tu do jakiejś
prowokacji. Wygłosiłem kazanie i uważałem na każde słowo, które wypowiadałem.
Chciałem podtrzymać ludzi na duchu, ale równocześnie nie dać milicji jakiegoś
pretekstu do ataku. Czułem, chyba jak nigdy dotąd, brzemię odpowiedzialności". I
tak było każdego następnego dnia aż do końca strajku. "A Msze św., które
odprawiał, dawały nam największą siłę" – powiedział potem Jerzy Borowczak, jeden
z inicjatorów i organizatorów strajku.

Robicie krok w dobrym kierunku
Obecny biskup, a wówczas ks. Edward Frankowski, dał się poznać – i wiernym, i
władzom – jako inicjator niezwykłych przedsięwzięć duszpasterskich już od połowy
lat 70. Przy parafii Matki Bożej Królowej Polski w Stalowej Woli, gdzie był
proboszczem od 1975 r., powstało ponad 30 różnych wspólnot i inicjatyw
społecznych z filią KUL włącznie. Jeszcze przed powstaniem "Solidarności" ks.
Frankowski wspierał Jana Kozłowskiego, niezależnego działacza ruchu chłopskiego,
bezwzględnie prześladowanego przez władze komunistyczne. Wiosną 1980 r.
osobiście uczestniczył w proteście podjętym w obronie więzionego Kozłowskiego. W
lipcu 1980 r. – jeszcze przed strajkiem – do ks. Frankowskiego przyszli dwaj
późniejsi działacze "Solidarności" – Franciszek Chudzik i Stanisław Krupka.
"Mieliśmy ze sobą dokumenty dotyczące założenia związku. Byliśmy tak
podekscytowani, że już nie wiem, czy nawet usiedliśmy na plebanii. Ksiądz
przyjął nas bardzo serdecznie. Powiedział, że robimy krok w bardzo dobrym
kierunku. I ten impuls ze strony proboszcza wystarczył nam, by ogłosić strajk.
Dostaliśmy od księdza megafon i projekt statutu wolnych związków z Gdańska. I to
nam zaprocentowało". Nie mniej cenne okazało się dostarczenie 13 września 1980
r. przez ks. Edwarda Frankowskiego do Gdańska dokumentacji powstającego w Hucie
Stalowa Wola NSZZ "Solidarność". "Nie byliśmy pewni, czy dokumenty
założycielskie naszego związku nie zostaną nam zabrane przez SB, kiedy będziemy
je wieźli do Gdańska" – wspominał Stanisław Krupka. Ksiądz Frankowski należał do
tych kapłanów, którzy nie mieli wątpliwości, że zalewająca Polskę fala strajków
to wydarzenie wyjątkowe. Już 24 sierpnia odprawił Mszę św. w intencji
strajkujących robotników Wybrzeża. W kazaniu – jak odnotowali to funkcjonariusze
SB – mówił, że strajkujący domagają się m.in. poszanowania praw człowieka,
wolności słowa, dostępu Kościoła do środków społecznego przekazu i że z
postulatami tymi solidaryzuje się Papież, Episkopat Polski i każdy Polak.

Górnicy mają swoją godność
"Zabitego na bok i fedrować dalej!" – to tylko trochę przejaskrawiony opis
warunków pracy w śląskich kopalniach u schyłku dekady Gierka. W 1978 r. władze
postanowiły dodatkowo zwiększyć wydobycie węgla, wprowadzając tzw. system
czterobrygadowy. Właściwie likwidował on niedzielę jako dzień wolny od pracy.
Wtedy w Jastrzębiu zastrajkowały dwie kopalnie, ale ich uczestników zwolniono
dyscyplinarnie. Po pomoc zwrócili się do proboszcza jastrzębskiej parafii św.
Katarzyny ks. Bernarda Czerneckiego. Ten na wszystkich Mszach św. ogłaszał, że
wobec tego kolekta zebrana przez najbliższy miesiąc będzie przeznaczona na pomoc
zwolnionym górnikom. Po raz drugi ks. Czernecki przyszedł z pomocą górnikom w
1980 roku. W niedzielę, 31 sierpnia, w czwartym dniu strajku w kopalni "Manifest
Lipcowy", przybyli na plebanię posłańcy z dramatycznym pytaniem, co robić, bo
strajk się załamuje. "Odpowiedziałem jednym zdaniem: Trzeba od zaraz rozpocząć
strajk okupacyjny. Zamknąć kopalnie przed niepożądanymi ludźmi. Po Mszy św. –
relacjonuje ks. Czernecki – powiedziałem do ludzi, dlaczego górnicy strajkują.
Że nie chodzi o pieniądze, poprawę zarobków. Górnicy nieźle zarabiają, ale inni
Polacy nie mają co jeść. (…) Górnicy mają inne powody do strajku. Nie chcą być
dłużej niewolnikami pracy. Mają swoją godność. (…) Śląsk nie może czekać z
założonymi rękami, aż Wybrzeże wywalczy godziwe warunki pracy i życia".
Następnie poinformował, że kopalnie przechodzą na strajk okupacyjny, że
strajkującym trzeba pomóc, dostarczając ciepłą odzież i żywność. W odpowiedzi
żony ruszyły w stronę kopalń z odzieżą, kocami, ciepłymi posiłkami. Jeszcze tego
samego dnia górnicy prosili o Mszę św. na kopalniach "Borynia", "1 Maja" i na
"Manifeście". Dla ks. Czerneckiego to było oczywiste: górnicy nie opuścili go w
walce o budowę kościoła NMP Matki Kościoła ("Na górce"), teraz on nie może ich
opuścić w walce o ich prawa.

Łuk przerzucanych pieniędzy
Strajkujący od 26 sierpnia pracownicy Zajezdni MPK nr VII we Wrocławiu nie mieli
wątpliwości, że kapłanem, do którego trzeba się zwrócić o odprawienie Mszy św.,
jest ks. Stanisław Orzechowski. Władysław Frasyniuk mówi o nim, że miał
doskonały kontakt z prostymi ludźmi. Sam pochodził z kolejarskiej rodziny i tego
nie ukrywał. Dzięki temu zapewne łatwo przełamywał kompleksy swoich rozmówców.
Obecność księdza w czasie strajku miała znaczenie fundamentalne, bo jego wynik
nie był pewny i mógł pociągnąć za sobą różne konsekwencje dla strajkujących.
"Wystąpienie księdza ostatecznie przełamało barierę strachu – wspomina
Frasyniuk. – Ksiądz Orzechowski stawiał zdecydowaną kropkę nad i, jeśli chodzi o
stosunek Kościoła do naszych strajków. Potrafił fantastycznie pokazać, że są
fenomenem na świecie". Po latach ks. Orzechowski przyznał się, że miał zgodę
księdza biskupa na odprawienie Mszy św. w zajezdni, ale nie miał zgody na
mówienie kazania. We Mszy św. uczestniczyli zarówno strajkujący, jak i stojący
za ogrodzeniem zakładu mieszkańcy Wrocławia. "Powiedziałem coś żartobliwie, że
kazania miało nie być, więc nie będzie, ale przed rozesłaniem mogą nieco
powiedzieć. (…) Powiedziałem, że ten płot jest, a tak jakby go nie było. Że to
tylko płot organizacyjny. Trochę zacząłem żartować z ludźmi i powiedziałem coś
takiego: no tak, my teraz pójdziemy na dobrą kolację, a strajkujący co? Dodałem:
przerzućcie im coś przez płot. I tak powstał łuk przerzucanych pieniędzy.
Zauważyłem wtedy, jak ludzie potrzebują znaku. Zrodził się taki łuk pojednania.
Tam zrozumiałem, co to jest ludzka solidarność".

Od razu włączył się do pomocy
Wątpliwości co do konieczności wsparcia robotników tworzących swój nowy związek
nie miał również o. Hubert Czuma – znany duszpasterz akademicki,
współorganizator szczecińskiego ROPCiO, który od 1979 r. pracował w Radomiu. "Od
razu włączył się do pomocy – mówi o nim Jan Rejczak. – Wiele spraw z nim
konsultowaliśmy". W Radomiu, wciąż jeszcze leczącym rany po czerwcu 1976 r.,
taka postawa duchownych nie była regułą. Jak wspomina Bronisław Komadowski, "w
pierwszych tygodniach działania Związku byłem nieco rozżalony na tutejszych
kapłanów, bo nie każdy chciał powiedzieć, że odprawia Mszę św. w intencji
'Solidarności’ takiego czy innego zakładu. Kapłani mówili: owszem, odprawię
Mszę, ale intencja będzie w sercu. Niestety, działał tu tragiczny przykład
księdza Romana Kotlarza" (kapłana, który jawnie wspierał robotników
protestujących w czerwcu 1976 r., a po wygłaszanych kazaniach w obronie
represjonowanych kilkakrotnie nachodzony i bity przez tzw. nieznanych sprawców,
zmarł nagle 18 sierpnia 1976 r.).

Ustanowiony dla ludu
Od początku po stronie "roboli" stał także ks. Witold Andrzejewski z Gorzowa
Wielkopolskiego. W 1980 r. był wikariuszem parafii katedralnej Wniebowzięcia NMP.
Kiedy podczas konferencji kapłanów rozmawiano o pomocy dla rodzącej się
"Solidarności", ks. Andrzejewski po prostu "stanął z czapką" i zaproponował
składkę finansową. Uzbierała się spora suma na pierwsze potrzeby nowych związków
zawodowych. On sam jednak, jako najbardziej przejmujące, wspomina inne
zdarzenie: "Nigdy nie zapomnę pytania, jakie jeden z kolegów z 'Solidarności’
postawił: Czy gdyby nas zaaresztowali, to Kościół zajmie się naszymi rodzinami?
Wówczas z dziekanem, księdzem Jerzym Płóciennikiem złożyliśmy deklarację, że nie
zostawimy ich rodzin samych".
Pamiętnego lata 1980 r. polscy kapłani dali prostą odpowiedź na pytanie, jak
rozumieć słowa: "Z ludu wzięty, dla ludu ustanowiony" – dosłownie.

Fragmenty wypowiedzi zaczerpnięto z książek M. Wyrwicha pt. "Kapelani
Solidarności. 1980-1989", t. I, Warszawa 2005, t. II, Warszawa 2007.
 

Andrzej Sznajder

Autor jest historykiem, kierownikiem Referatu Edukacji Historycznej Oddziałowego
Biura Edukacji Publicznej w Katowicach.

drukuj