Śledztwo smoleńskie, czyli międzynarodowy szok

Sprawa kwietniowej katastrofy rządowego samolotu pod Smoleńskiem staje się
coraz bardziej problemem międzynarodowym. Niestety, Zachód, bojąc się rozdrażnić
Rosję, chowa głowę w piasek i nie udziela nam adekwatnej do rangi tragedii
pomocy.

Na początek osobiste wspomnienie. Jest rok 1988, grudzień. Jadę z Londynu do
stolicy Szkocji, Edynburga, aby nagrać wywiad z legendą Polskich Sił Zbrojnych
na Zachodzie, sędziwym generałem Stanisławem Maczkiem. Minęły dosłownie godziny
od wielkiej katastrofy amerykańskiego samolotu pasażerskiego linii PanAm, który
w rejsie do USA runął nad Lockerbie w Szkocji. Przejeżdżamy przez tę
miejscowość. Gęsto od policji. Ścisłe kordony. Setki policjantów i ludzi ze
służb specjalnych przeczesują każdy centymetr olbrzymiego terenu, na który
spadły szczątki maszyny. Ta nieprawdopodobna, tytaniczna skrupulatność
przyniesie po kilku tygodniach niespodziewane rezultaty: mimo że samolot runął
nie z kilkudziesięciu metrów, ale z ponad 10 tysięcy (!) metrów n.p.m.,
odnaleziono skrawki bagażu, w których znajdowała się bomba, co z kolei pozwoliło
na ustalenie tożsamości libijskich zamachowców. No, ale to była Wielka Brytania
i rząd Margaret Thatcher, a nie Rosja oraz Polska i bezradny, z silną domieszką
uległości wobec strony rosyjskiej, rząd Donalda Tuska.
W ostatnim czasie sprawa kwietniowej katastrofy polskiego samolotu pod
Smoleńskiem staje się coraz bardziej problemem międzynarodowym. W lipcu złożyłem
pierwszą interpelację do Komisji Europejskiej w sprawie opieszałego rosyjskiego
śledztwa po 10 kwietnia. Za tym poszły kolejne dwa pytania do KE autorstwa
posłów PiS, wystąpienia na forum europarlamentu, przygotowywane na następny
miesiąc tzw. publiczne wysłuchanie (public hearing), inicjatywy zapowiadane
przez polskich prawicowych polityków opozycyjnych w Zgromadzeniu Parlamentarnym
Rady Europy (a więc w organizacji, w której jest również Rosja). Ta ofensywa
zbiega się z coraz większymi wątpliwościami, jakie stają się udziałem – w
kontekście rosyjskiego śledztwa – międzynarodowej opinii publicznej. Tylko w
ostatnim czasie można było usłyszeć w kuluarach Parlamentu Europejskiego w
Brukseli kilkanaście pytań w kwestiach budzących wręcz osłupienie naszych
zachodnich, ale też środkowo-wschodnioeuropejskich i bałtyckich partnerów. Oto
one:
1. Dlaczego polski rząd na samym początku, tuż po tragedii, nie zażądał – do
czego miał prawo – pełnej kontroli nad śledztwem albo przynajmniej jego
"umiędzynarodowienia", czyli powołania międzynarodowej komisji śledczej?
2. Dlaczego polskich lekarzy nie było przy sekcji zwłok 96 Polaków? Przyznała to
na początku listopada polska minister zdrowia. Jednak ta sama minister, będąca
jedną z najbardziej zaufanych osób premiera Tuska, w kwietniu, tuż po tragedii,
publicznie wielokrotnie podkreślała, że lekarze z Polski tam byli… Za to
kłamstwo, za wprowadzenie opinii publicznej w błąd minister Kopacz dotąd nie
przeprosiła. Nawet się nie zająknęła, jakby to mówił ktoś inny. Zaiste,
wyjątkowy cynizm.
3. Dlaczego Polska nie wystąpiła do strony rosyjskiej, aby poczekać z sekcją
zwłok – choćby tylko kilka godzin! – na przyjazd specjalistów z Polski?
4. Dlaczego przez ponad 7 miesięcy rosyjskie władze nie oddały stronie polskiej
uzbrojenia funkcjonariuszy służb specjalnych ochraniających prezydenta Polski?
Chodzi o pistolety żołnierzy Biura Ochrony Rządu. Zaskoczenie zewnętrznych
obserwatorów budzi fakt, że badania balistyczne przeprowadza się stosunkowo
szybko, nie jest to rzecz żmudna i nie musi zabierać kilku miesięcy. Jest to dla
śledztwa tym ważniejsze, że na dostępnym powszechnie – bo umieszczonym w
internecie – krótkim filmiku, nakręconym tuż po katastrofie, słychać odgłosy
wystrzałów… Badania balistyczne mogą wykazać, czy były to odgłosy wybuchów,
detonowania amunicji w polskich pistoletach należących do funkcjonariuszy BOR,
czy też nie. Jeśli tak, upada wersja, pojawiająca się coraz częściej, o
"dobijaniu rannych przez Rosjan". Jeśli natomiast nie, trzeba poważnie sprawdzić
hipotezę o strzałach oddawanych przez Rosjan, jakkolwiek by ona była szokująca i
kontrowersyjna. Kwestia ta – w oczach postronnych, zachodnich obserwatorów –
jest tym bardziej dziwna, że nawet bardzo spolegliwe i niechcące sprawiać
Moskwie problemów polskie struktury władzy oddały sprawę do rodzimej prokuratury
(mowa o kierownictwie BOR).
5. Szok na Zachodzie wywołała informacja, że przed wizytą polskiego prezydenta
Warszawa otrzymała błędne (!) dane lotniska w Smoleńsku. Rosjanie przekazali je
tuż przed wizytą i w krótkim czasie nie sposób ich było zweryfikować. Rozmiary
błędów w tych danych są porażające. W przypadku naprowadzających radiolatarni
strona rosyjska pomyliła się, bagatela, o 650 metrów! To kompletnie zmienia
sytuację i ocenę możliwości lądowania przez pilotów. Współrzędne pasa
startowego, też kluczowe, miały się różnić o… 350 metrów.
6. Polska wciąż nie ma oryginałów czarnych skrzynek, a to przecież jest podstawa
jakiegokolwiek śledztwa lotniczego.
7. Sensację na Zachodzie wzbudziła informacja, że na udostępnionym Polsce
zapisie brakuje 16,3 sekund. Może to być kluczowy moment w analizie tej
tragedii. Dlaczego ten fragment zapisu został przez Rosjan skasowany? Co
zawierał? Czy nie dopuszczono w ten sposób do zniszczenia kolejnego dowodu w
śledztwie?
8. Sprawa nr 8, podnoszona w Brukseli w kontekście śledztwa smoleńskiego,
wygląda jak fragment scenariusza filmu sensacyjnego. Chodzi znów o niszczenie
dowodów – kasowanie zdjęć z aparatów fotograficznych ofiar katastrofy. Uczyniono
to… zarówno w Polsce (!), jak i w Rosji. Na terytorium Federacji Rosyjskiej
przeglądano i "modyfikowano" (!) zdjęcia z polskich aparatów pierwszy raz
nazajutrz po tragedii, drugi raz sześć dni po niej. Ciekawe, że w jednym z
aparatów fotograficznych… zainstalowano (przypadkiem?) wirus komputerowy –
było to dwa dni po "Smoleńsku". Jeszcze bardziej niesamowicie brzmią informacje
o ingerowaniu w aparaty – w sensie kasowania zdjęć, a nie samego sprawdzania, bo
ono było oczywiste już w samej Polsce! Działo się to siódmego i dziewiątego dnia
po tragedii smoleńskiej. Ingerowano też, jeszcze na terenie Rosji, w dane trzech
laptopów. Po co? Można sobie teoretycznie wyobrazić, że pasażerowie feralnego
lotu chcieli robić zdjęcia w trakcie lądowania i hipotetycznie mogli na taśmie
utrwalić coś ważnego dla śledztwa z ostatnich chwil rejsu i swojego życia. Ale
notatki w laptopach??? To już polityka, działalność wywiadowcza (zobaczyć, co
mają i czym się zajmują polscy politycy i generałowie), a nie żadne śledztwo.
9. Z najwyższym zaskoczeniem na Zachodzie przyjęto fakt, że niszczejący wrak
Tu-154 został przykryty brezentem niemal pół roku po katastrofie! Tu naprawdę
takie rzeczy nie byłyby możliwe.
10. Zdjęcia przedstawiające cięcie, niszczenie kadłuba samolotu z białym orłem
dokonane przez Rosjan wywołały niedowierzanie. Początkowo myślano, że to
fotomontaż albo prowokacja wymierzona w Moskwę. Gdy Rosja potwierdziła te fakty,
Bruksela osłupiała. Wybijanie okien i kawałkowanie wraku, żeby uzyskać "obrys
samolotu" i lepiej go transportować (sic! Tak to uzasadniano!) przyjęto jako
ewidentne barbarzyństwo i utrudnianie, jeśli nie uniemożliwianie śledztwa.
11. Na Zachodzie do tej pory nie rozumieją, dlaczego doszło do dwóch wizyt w
Smoleńsku (najpierw premiera, potem śp. prezydenta) w ciągu czterech dni. Ale
rozumieją już, że pośrednio mogło to zaważyć na tragedii.
12. Podkreśla się też dość często, że ten typ samolotów – tupolewy – jest mocno
awaryjny.
13. Kontrowersje budzi fakt połączeń telefonicznych z telefonów komórkowych
dwóch ofiar. W jednym przypadku chodzi o osiem połączeń w ciągu dwóch dni (15
kwietnia – sześć, a 16 kwietnia – dwa, z telefonów szefa Federacji Rodzin
Katyńskich, przy czym te telefony zostały zwrócone rodzinie, a także połączenia
z nieoddanego Polakom telefonu funkcjonariusza BOR, i to wykonane sporo po
tragedii – 21 kwietnia i 5 maja).
14. Duże wrażenie wywołała w Brukseli informacja o znalezieniu przez ekipę
polskich (oczywiście, nie rosyjskich…) archeologów aż 5 tysięcy "znalezisk" na
miejscu katastrofy, i to ponad pół roku od tragicznego 10 kwietnia. Ale jeszcze
większe wrażenie, wręcz szok, wywołał fakt, że olbrzymia część fragmentów
samolotu, szczątków ciał, rzeczy ofiar, została być może bezpowrotnie pogrzebana
pod… betonową drogą, którą Rosjanie zbudowali po katastrofie w celu, jak to
określono, "transportu wraku" (!). A w promieniu do czterech metrów od owej
drogi skrywającej tajemnice nasi archeologowie znaleźli najwięcej szczątków…

Zachód jest zbulwersowany. Ale Zachód milczy. Czy milczeć będzie dalej, zależy
od tego, czy potrafimy zorganizować międzynarodową presję na Rosję. Niestety, na
rząd Tuska w tej sprawie nie ma co liczyć.
 

Ryszard Czarnecki
 

Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i
Reformatorzy).

drukuj