Skupmy się na odpowiedzialności żywych

Z mec. Zbigniewem Cichoniem, pełnomocnikiem rodzin Stanisława Zająca i
Janusza Kurtyki, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wczoraj prof. Marek Żylicz, członek komisji Millera, obarczył winą za
katastrofę polską stronę, powtarzając w zasadzie rosyjskie tezy, które padły tuż
po katastrofie.

– Sformułowania typu, że nie doszłoby do tragedii, gdyby załoga była lepiej
przygotowana, a jej skład nie byłby przypadkowy, czy to, że większość winy leży
po stronie nie rosyjskiej, a polskiej, są moim zdaniem, nieuzasadnione,
niesprawiedliwe i niczym nieuprawnione. Załoga Tu-154M była dobrze wyszkolona,
doświadczona i latała m.in. na tej trasie. Tego typu krytyczne stwierdzenia,
zwłaszcza wobec osób, które nie mogą już odeprzeć zarzutów, nie powinny mieć
racji bytu. Moim zdaniem, bardziej należałoby się skupić na błędach popełnionych
przez żyjących, których można przesłuchać. Chociażby na tym, o czym wielokrotnie
informowały media, jak chociażby błędy w nawigacji naziemnej, a więc po stronie
rosyjskiej, kiedy podawano załodze błędne informacje. W moim przekonaniu, fakt,
że piloci nie mieli właściwej informacji, czy się znajdują na prawidłowej
ścieżce podejścia, czy nie, miał decydujący wpływ na to, że doszło do tragedii.
Jest również cała masa elementów, które wydają się wskazywać, że błędy
popełniono również po polskiej stronie. Mam tu na myśli złą organizację lotu czy
odpowiedzialność ludzi, którzy doprowadzili do śmierci najważniejszej osoby w
państwie – prezydenta RP.

"Nasz Dziennik" opisał dokument, w którym Marian Janicki, szef Biura Ochrony
Rządu, w 2008 r. jawnie wzywał gen. Błasika do łamania zasad bezpieczeństwa. Jak
Pan ocenia tę wypowiedź?

– Wydaje się, że to twierdzenie gen. Janickiego nie ma żadnego uzasadnienia. Są
bowiem pewne normy, które mają na celu zapewnienie bezpieczeństwa lotu
pasażerom, w związku z tym nie można od nich odstąpić. Słowa gen. Janickiego
powinny być interpretowane nie w kierunku naruszenia zasad, które bezwzględnie
muszą być przestrzegane, ale raczej w kierunku ich przedstawiania, i to w taki
sposób, by nie było dyskomfortu dla tych, którzy korzystają z lotów VIP-owskich.
Przynajmniej w takich kategoriach chciałbym to rozumieć i mam nadzieję, że autor
tak myślał. W innym wypadku jego rozumowanie byłoby nacechowane nie troską o
bezpieczeństwo, ale przeciwnie – nawoływaniem do łamania tych zasad. Ważna jest
natomiast zdecydowana i bardzo wyważona reakcja gen. Andrzeja Błasika na tego
typu sugestie.

Pana zdaniem, czy szef BOR nie powinien się wytłumaczyć ze swoich słów?
– Oczywiście, jest to jeszcze jeden argument przemawiający za tym, że gen.
Błasik był człowiekiem, który bardzo poważnie traktował swoje obowiązki. Nie
dopuszczał, aby ktokolwiek łamał procedury, które miały na celu zapewnienie
bezpieczeństwa lotu pasażerom, i to bez względu na rangę uczestników lotu, i sam
ich przestrzegał. W tym wypadku reakcja gen. Błasika, który był stanowczo
przeciwko odstępstwom od zasad bezpieczeństwa, wskazuje, że wszelkiego rodzaju
zarzuty, wymysły czy pomówienia, które miały miejsce wobec nieżyjącego już
dowódcy Sił Powietrznych, były absolutnie nieuprawnione. Mało tego, stanowiły
przejaw złej woli czy próby stworzenia sensacji, i to za wszelką cenę, nawet za
cenę mijania się z prawdą. Teraz ujawniona stanowcza reakcja gen. Błasika na to,
żeby stosować odstępstwa wobec tych sztywnych reguł bezpieczeństwa lotu,
wskazuje w ewidentny sposób, jaką krzywdę mu wyrządzono. Jaką krzywdę wyrządzono
człowiekowi, który się nie może bronić, bo nie żyje.

Zachowanie Janickiego wobec generała Błasika, który został wręcz zganiony,
jest w ogóle dopuszczalne, nie dyskwalifikuje szefa BOR jako dowódcy tej
formacji?

– Tego typu zachowanie absolutnie nie powinno mieć miejsca. Osobiście staram się
we wszystkich ludziach doszukiwać dobrej woli, a nie tylko działania ewidentnie
sprzecznego z prawem. Tak też chciałbym odczytywać sugestie czy intencje gen.
Janickiego, muszę jednak przyznać, że zostały one sformułowane w tak niefortunny
sposób, iż rzeczywiście mogą dawać pole do przypuszczeń czy różnego rodzaju
konkluzji, że były przekroczeniem jego uprawnień, a wręcz mogą być
interpretowane jako sugestia do łamania prawa.

Jak treść pisma gen. Błasika ma się do wywodów chociażby płk. Edmunda Klicha
czy w ogóle do raportu MAK, który dowódcę Sił Powietrznych obarczył winą za
rzekome naciski na załogę?

– Z reakcji gen. Błasika na sugestie ujawnione przez szefa BOR wynika wyraźnie,
że był to człowiek, który respektował wszelkie normy mające służyć
bezpieczeństwu lotu. Stąd przypisywanie nieżyjącemu generałowi jakiejkolwiek
winy czy – jak już powiedziałem – obarczanie tego człowieka, że naciskał na
załogę Tu-154M, by lądowała mimo niekorzystnych warunków pogodowych, a tym samym
naruszyć normy bezpieczeństwa, w świetle dokumentu, który ujawnił "Nasz
Dziennik", są wobec gen. Błasika krzywdzące, nieuprawnione i wręcz absurdalne.
To dowodzi, że wcześniejsze wyssane z palca rewelacje dotyczące gen. Błasika
były kompletną bzdurą i miały na celu oskarżenie człowieka, który nie może się
bronić. Materiał ten przeczy pomówieniom, a z jego treści wynika, że gen. Błasik
miał postawę bardzo legalistyczną, wynikającą z potrzeby zapewnienia
maksymalnego bezpieczeństwa i przestrzegania procedur służących temu
bezpieczeństwu. Postawa gen. Błasika była tu jak najbardziej słuszna.

"Biała księga" parlamentarnego zespołu smoleńskiego jest bagatelizowana przez
polityków koalicji.

– Każdy dokument, zwłaszcza raport dotyczący tak ważnej sprawy jak katastrofa
smoleńska, w której zginął prezydent RP i najważniejsze osoby w państwie, wymaga
uważnej lektury i studiów, zanim podejmie się polemikę czy wyda sąd, tym
bardziej sąd krytyczny, dyskwalifikujący dany dokument. W tego typu sprawach
ważna jest analiza raportu, jego poszczególnych sformułowań, logiczności
wywodów, szczegółowości, a więc wszystkich tych elementów, które decydują o
ocenie raportu. Dlatego taka reakcja koalicyjnych sił parlamentarnych PO i PSL,
bez właściwej analizy, jest przedwczesna, a tym samym obarczona błędami.
Zachowanie przeciwników raportu odczytywałbym w kategoriach emocjonalnych,
brakuje mi natomiast dyskusji z ustaleniami faktycznymi tego raportu. W tej
sprawie, ważnej dla wszystkich Polaków, dotyczącej ustalenia rzeczywistych
faktów, które doprowadziły do narodowej tragedii, należy brać pod uwagę wszelkie
dostępne źródła dowodowe, badania, formułowane oceny czy wysuwane wnioski, także
wnioski, do jakich doszli autorzy raportu z parlamentarnego zespołu badającego
przyczyny katastrofy. Pamiętajmy, że "biała księga", w którą komisja pod
przewodnictwem posła Antoniego Macierewicza włożyła ogrom pracy, powstała na
bazie długich analiz, dlatego z tym większą uwagą należałoby podejść do tego
dokumentu. Natomiast próba zlekceważenia go i bagatelizowania świadczy tylko o
tych, którzy się tak, a nie inaczej zachowują.

Ale komisja Macierewicza nie miała dostępu do wielu kluczowych dowodów, a co
za tym idzie jej ocena nie może być wiarygodna.

– Fakt braku dostępu do dowodów wynika z przyjętej na wstępie procedury, gdzie
wszystko jest supertajne, stąd też dochodzi do różnego rodzaju absurdów. Mało
tego, mamy do czynienia z usuwaniem ludzi, którzy chcieli rzetelnie wypełniać
swoje funkcje. Widzimy to chociażby w przypadku nadzorującego śledztwo
smoleńskie prok. Marka Pasionka, którego szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej
gen. Krzysztof Parulski odsunął od prowadzenia postępowania. Jest to sytuacja
bardzo niepokojąca, bo mamy do czynienia z jakby odwróceniem ról: państwo
zamiast zapewnić rzetelną procedurę i działanie w sposób transparentny, najpierw
tworzy bariery dostępu do informacji, a potem na tej podstawie krytykuje raport,
którego autorom uniemożliwiono dostęp do dowodów. Owszem, zgadzam się, że w tego
typu sprawach dostęp do tak istotnych dokumentów siłą rzeczy musi być
ograniczony, ale bez przesady. W takiej sytuacji nie można dezawuować czyjejś
pracy tylko dlatego, że nie miał dostępu do materiału dowodowego.

Prokuratorzy wciąż nie mają dostępu do podstawowego dowodu, jakim jest
niszczejący w Smoleńsku wrak. Mimo zapowiedzi chociażby ministra sprawiedliwości
Krzysztofa Kwiatkowskiego, wciąż nieznany jest termin powrotu wraku do Polski.

– Niestety, jest to smutny fakt. Na tej zasadzie można powiedzieć, że
dotychczasowe ustalenia polskich prokuratorów, które są częściowo czynione, czy
też będą, są nic niewarte, skoro nie mamy dostępu do dowodów, które się znajdują
w Rosji, a udzielony dostęp jest jedynie iluzoryczny. Owszem, w każdym
postępowaniu w pewnym momencie ma się mniejszy zakres dowodów, który w
późniejszym czasie z reguły się powiększa. Dlatego wszelkie istniejące dowody
należy poddawać analizie, a końcowe ustalenia powinny być oparte na maksymalnie
szerokim spektrum materiału dowodowego, rolą państwa zaś i jego odpowiednich
służb jest zabieganie, by dowodów było jak najwięcej.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj