Skrzetuski przechodzi przez bagno

W ostatnim dwudziestoleciu podejmowano wiele prób uczynienia z Polski kraju
"normalnego", "drugiej Japonii". Wszystkie zakładały, że Polska jest bytem nie
do końca realnym. Nie pozostała tu jakakolwiek wartość z tysiącletniej historii,
którą warto ocalić. Tu nie ma nic. Wszystko musi być od nowa "wykreowane". Nie
jest łatwo żyć pod jednym dachem z rewolucyjnymi burzycielami, ale – z drugiej
strony – ujawniając swe ambicje i możliwości, dają nam okazję, byśmy oczyścili
się z pychy, że możemy zdziałać cokolwiek dla Polski sami. Bez Boga.

Czytelnicy "Trylogii" na pewno pamiętają, jak Jan Skrzetuski przeprawia się
przez bagno (II tom "Ogniem i mieczem"). Rycerz pod osłoną nocy opuszcza
oblężony Zbaraż, by zanieść królowi prośbę o pomoc dla słabnącej twierdzy.
Wstrząsający opis tej przeprawy to metafora historii dziejącej się na naszych
oczach. Opis duchowej walki, jaka toczy się o Polskę. Polskie dzieje to przecież
historia naprzemiennych klęsk i zwycięstw. Zwycięstw często zaskakujących, gdy
weźmiemy pod uwagę bilans sił.

I. "W godzinę później Skr zetuski pogrążył się w wody zachodniego stawu… Cała
ta mieszanina oślizgłych łodyg, wężowatych skrętów chwytających za nogi i wpół
ciała, utrudniała niezmiernie posuwanie się naprzód… Pod tą śpiącą wodą (…)
taiło się głębokie na łokieć i więcej błoto…".
To zdarzyło się kilkanaście lat temu. Artysta o wyjątkowej wrażliwości i
talencie dramatycznym, śpiewak operowy Ryszard Morka, odmówił zagrania roli
Szatana we wznowionej inscenizacji "Raju utraconego" Pendereckiego w Teatrze
Wielkim. Wcześniej występował w tym spektaklu. Gdy niedługo potem otrzymał rolę
Mefista w operze "Faust" Gounoda – również przy jej wznowieniu – jego decyzja
była taka sama. W garderobie zawiesił krzyż. Powiedział: "Tobie oddaję mój
głos". Wkrótce odmówił wystąpienia w obscenicznej scenie, którą reżyser
zainstalował w "Salome" R. Straussa. Zapowiedziano, że nie pojedzie na tournée
do Japonii. Odebrano mu premierę. Nie ugiął się. Szeptano, że to już
prawdopodobnie koniec pięknie rozwijającej się kariery. Ale na miesiąc przed
tournée zadzwonił telefon i uprzejmy głos zaprosił go na wyjazd do Japonii. Na
własnych warunkach. Artysta podkreśla, że to nie był żaden heroizm z jego
strony. Wkrótce się przekonał, że gdy człowiek idzie za głosem sumienia, "to
choćby cały świat się sprzysiągł, Pan Bóg przeprowadzi to, co chce". W Teatrze
Wielkim szykowano redukcję etatów, a on nie dostał oczekiwanej od dawna roli w
"Strasznym dworze". Ale oto któregoś wieczora, na kilkanaście minut przed
podniesieniem kurtyny, zapytano, czy nie dołączyłby do opery Moniuszki.
Powiedział: "Dobrze". Śpiewał partię Zbigniewa a vista, bez próby, bez
przygotowania reżyserskiego, bez własnego kostiumu. "Jezu Chryste, Ty śpiewaj ze
mną", zdążył szepnąć. Okazało się, że nie był to jednorazowy sukces odniesiony w
ekstremalnych warunkach. Bo nie tylko nie zwolniono go z pracy, ale grał odtąd
na stałe role Zbigniewa i Skołuby w ukochanej operze. Koledzy szeptali: "Rysiu
zwariował, modli się i rozdaje święte obrazki". A on czuł coraz mocniej, że w
tym miejscu toczy się duchowa walka. Walka na śmierć i życie.

II. "Woda zdawała się gęstsza od zwykłej wody i wydawała zapach trupi. Bo też
gniły w niej resztki Kozaków i Tatarów… Skrzetuskiego obejmował chłód fali, a
pot oblewał mu czoło".
Młody aktor Rafał Kotomski, którego wypowiedź sprzed Pałacu Prezydenckiego
zarejestrowano w "Solidarnych 2010" – i natychmiast oskarżono go w mediach, że
"występuje za pieniądze", że "kłamie" – powiedział, iż miał dosyć sprowadzania
go do dziwnej ludzkiej hybrydy, która nie ma prawa wyrażać publicznie swoich
uczuć i poglądów, ma tylko "fikać nóżką w 'Tańcu z gwiazdami’". Dziś pomimo
szykan, jakich doznaje, cieszy się, że ten filmowy dokument ma tak ogromną siłę
oddziaływania. Że ludzie, którzy próbowali go torpedować, sami są przerażeni.
Nastroje społeczne wywołują ich panikę. "Postanowili spalić mnie w medialnych
igrzyskach" – dodaje. "Mogę im tylko za to podziękować. Cieszę się, że mnie
palicie, bo w ten sposób sprawiacie, że przekaz tego filmu jest jeszcze
mocniejszy".

III. "Dreszcze przechodziły go coraz częściej, coraz słabiej wyciągał nogi z
błota. Widok straży tatarskich otrzeźwiał go, ale czuł, że i głowa męczy mu się
równie jak ciało – i że nadlatuje nań gorączka".
Po 10 kwietnia Polacy stali się sobie bliżsi. Okazują sobie przyjaźń,
życzliwość, pomoc. Instynktownie gromadzą się tam, gdzie można usłyszeć prawdę.
A przecież mieliśmy się bać. Mieliśmy nienawidzić. Szukać wrogów, tropić obcych.
Nie przebaczać. Powoli umierać duchowo. Tak nas zaprogramował nowy ustrój
zaprowadzony w roku 1945. Ci, którzy boją się prawdziwej Polski, chcieli z nas
uczynić społeczność chorą. Chorą z powodu utraty Boga. I w konsekwencji skupioną
na materialnym "sukcesie". Gotową widzieć wrogów w Rosjanach, Żydach, Niemcach,
tylko nie w ideologiach. Gotową zapomnieć o Rzeczypospolitej Obojga Narodów i o
wielonarodowościowych Kresach, z których kultury byliśmy tak dumni. Polskę źle
myślącą o samej sobie. Pogardzającą swoją historią i wstydzącą się nieudanej
teraźniejszości. Mówiącą o sobie nie "Polacy", bo to brzmi dumnie, ale "polactwo"
– co się kojarzy z "robactwem". A tymczasem pojawił się Jan Paweł II i
"Solidarność". I dwadzieścia lat później, okupiona tragicznym lotem do Katynia –
ponowna nadzieja. Nadzieja zjednoczenia Narodu w Prawdzie, którą jest Chrystus.
Pojawił się Wawel dla prezydenta Rzeczypospolitej.
Było to naturalną konsekwencją czegoś, o czym wiedzieliśmy wcześniej –
chronologia jest tu bardzo ważna – tylko być może nie potrafiliśmy tego
zdarzenia docenić.
Ryszard Morka: "Pan Jezus krzyczy w Sokółce: 'Patrzcie, Jestem tu obecny!’.
Niewidzialny Bóg pokazuje nam swoje realne, fizyczne serce. Gdybyśmy
rzeczywiście uwierzyli w Jego obecność w Najświętszym Sakramencie, każdy nie
tylko upadłby na kolana, ale uderzałby czołem o posadzkę. Czy uznamy fakt Jego
najbardziej realnej obecności w każdym tabernakulum? Czy uwierzymy Mu? Czy idąc
za Jego głosem, będziemy miłowali naszych nieprzyjaciół? To jest dziś sprawa
decydująca – dla każdego człowieka z osobna. Dla Polski".

V. "Po niejakim czasie znów ujrzał placówkę tatarską stojącą tuż nad brzegiem.
Światło księżyca padało wprost na twarz nohajca, podobną do psiej mordy. Ale
Skrzetuski mniej się już obawiał tych straży niż utraty przytomności. Natężył
więc całą wolę, by sobie jasno zdawać sprawę, gdzie jest i dokąd idzie…".
W samolocie prezydenckim nastąpiło symboliczne zespolenie Polaków z różnych
ugrupowań. Łączyło ich nie tylko pragnienie bycia na grobach pomordowanych w
Katyniu, ale fakt, że najprawdopodobniej wszyscy byli ochrzczeni. "W jednej
sekundzie zostali zabrani z tego świata – mówił ks. bp Stanisław Stefanek – tak
starannie dobrał ich Bóg, by była to reprezentacja całego Narodu Polskiego i
całego społeczeństwa polskiego". W ich śmierci dostrzec można "dopisywanie"
polskiej historii. Historii, którą wcześniej "pisano" bezimiennymi – w założeniu
– ofiarami sowieckiego i niemieckiego totalitaryzmu.
Dziś jesteśmy w naszym kraju świadkami przedziwnego teatru pozorów i gestów
pozbawionych znaczenia. Spektaklu paraliżu rządowych władz, które deklarując
wolę wyjaśnienia przyczyn katastrofy, nie podejmują działań, które rzeczywiście
mogłyby do tego prowadzić. Żeby wszystko wyjaśnić, trzeba zastosować procedury,
które wypracował i stosuje cywilizowany świat. To dałoby Polakom poczucie, że
państwo jest w dobrych rękach. A jednak te logiczne, jednoznaczne i mądre,
wypływające ze zdrowego rozsądku i zasad naukowych procedury zostały złamane.
Odrzucono je. Zastosowano metody dziwne, nieudolne, nieprzynoszące efektów.
Metody jakby z innej cywilizacji. W rezultacie miliony Polaków mają poczucie, że
tamten złowrogi "nowy świat", łamiący elementarne wymogi i normy, zadekretowany
kiedyś bez ich woli, chce znowu zapanować na ich ziemi. Wtłoczyć ich w swoje
tryby.

VI. "Dzięki ci, Boże, żem żyw dotąd! – szepnął z cicha… Zamek widać było
doskonale, zwłaszcza że ozłociły go pierwsze promienie wschodzącego słońca. Może
tam z wieży spogląda kto na staw i trzciny przez perspektywę, a już tam
Wołodyjowski i Zagłoba pewno cały dzień będą wypatrywali z wałów, czy go nie
ujrzą wiszącego na jakiejś beluardzie. 'Otóż nie ujrzą!’ – pomyślał Skrzetuski i
pierś napełniła mu się błogim uczuciem ocalenia".
Zachowania ludzi z partii rządzącej przedziwnie kontrastują z treścią, jaką
niesie katastrofa smoleńska. Momentami wyglądają groteskowo, choć sami
zainteresowani tego nie widzą. Bratu zmarłego prezydenta, za którym opowiedziało
się prawie dwa miliony Polaków jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej,
nagle przeciwstawia się rzekomy autorytet "ojca", "męża" osobistości, która
spieszy się, by organizować spotkania w Belwederze, jakby była już jego
prawowitym gospodarzem. Ludzie PO sprawiają wrażenie, jakby nie potrafili
powiązać w jedną całość faktów, które mówią same za siebie. Machina
propagandowa, której uruchomienie i utrzymanie wymaga miliardów, zaczyna powoli,
jakby powodowana niewidzialną ręką, zwracać się przeciwko tym, którzy ją
stworzyli. "Ile dywizji ma Papież?" Hmm… Wydaje się, że najdoskonalsze
"dywizje", czyli broń propagandowa, genialnie obmyślana, odmawia posłuszeństwa.
Przecież internet miał "zwyciężyć", miał "podbić świat", rzucić go na kolana.
Zapanować nad każdą myślą. Dziś w internecie toczy się wolna dyskusja o tym, co
się wydarzyło, a polscy internauci prowadzą indywidualne śledztwa w sprawie
przyczyn katastrofy. I dochodzą do zastanawiających wniosków. Są one proste i
logiczne. I są wręcz odwrotne do tych, jakie im podsuwano. Choćby podrzucając –
ku rozbawieniu gawiedzi – "dowcipy" o "polowaniu na kaczki". Ale "gawiedź" już
nie reaguje zgodnie z instrukcją. Przestała być "sterowalna".

VII. "Jakaś nadludzka siła skrzepiła członki rycerza. Darł się przez trzciny,
kępy, zapadał w błota, topił się, płynął i podnosił znowu. Nie śmiał jeszcze
wyjść na brzeg… skierował się ku brzegom i wychynął z trzcin. Bór sosnowy
zaczynał się tuż za sitowiem i trzcinami. Zapach żywicy doszedł do jego nozdrzy.
Rycerz po raz drugi upadł na kolana i ziemię całował w modlitwie. Był ocalony".

Jarosław Kaczyński, brat poległego pod Smoleńskiem prezydenta, dzieli czas
pomiędzy czuwaniem w szpitalu przy chorej matce a udziałem w najkrótszej
kampanii prezydenckiej. W jego sytuacji jest coś symbolicznego. Jego potrzeba
aktywności, spotykania się z ludźmi – zawsze manifestująca się tak silnie –
została radykalnie powściągnięta przez fakt cierpienia najbliższej mu – od
śmierci ukochanego brata – osoby. Dziennikarze zastanawiają się, "czy się
zmienił". Ale stawiając to pytanie, chyba nie bardzo rozumieją, o co pytają.
Jarosław Kaczyński nie sprawia wrażenia, jakby się denerwował, że uciekają mu
cenne godziny, które można by przeznaczyć na aktywność polityczną. Przeciwnie.
Sprawia wrażenie, jakby wiedział, że nie do niego należy czas. Że czasu dla jego
działań w kampanii będzie akurat tyle, ile trzeba. Mówi, że ma dzięki temu
okazję, by przyjrzeć się realiom publicznego szpitala. I widzi, jak budująca
jest ofiarność ludzka, jak wspaniali są nasi lekarze, pielęgniarki. Jest
spokojny. W swoich nielicznych wywiadach mówi o pracy dla Polski, która jest dla
niego największym dobrem. Dla Polski, która powinna nas łączyć. I – rzecz
przedziwna – te spokojne słowa jakoś niezwykle drażnią. Dla ludzi partii
rządzącej okazują się wręcz nie do zniesienia. Starsi panowie o nobliwym
wyglądzie, słysząc je, dostają białej gorączki. Skąd ten szał wypowiedzi, które
są jakby poza kontrolą umysłu? Skąd zachowania, które nikomu nie przystoją?
Przecież ewidentnie szkodzą osobie, której chcieli się przysłużyć, kandydatowi
PO na prezydenta. Dlaczego przestaje działać samokontrola?

Ewa Polak-Pałkiewicz
 

drukuj