Skończyć z partyjniactwem

"Trwały ustrój państwa musi odpowiadać trwałym cechom narodu, dla którego
jest przeznaczony, i ludów, z których ten naród się składa" – pisał w latach 20.
ubiegłego stulecia prof. Wincenty Lutosławski, filozof i mesjanista. Dziś już
nikt nie czyta jego prac filozoficznych o Platonie. Nikt nie pamięta o jego
zasługach w walce o polskie narodowe sprawy na Kongresie Wersalskim. Kogo dziś
interesuje bujne życie i bogata twórczość Lutosławskiego czy innych wielu
wspaniałych Polaków, którzy jako dojrzali ludzie doczekali się w 1918 roku
wolnej Polski, a odchodzili do Stwórcy w latach okupacji niemieckiej czy
sowieckiej lub krótko po wojnie.

Nieco więcej wiemy o tych najwybitniejszych, spopularyzowanych przez podręczniki
historii: Józefie Piłsudskim, Ignacym Paderewskim, Romanie Dmowskim, Gabrielu
Narutowiczu, ale już prawie nic o ich równie wielkich rówieśnikach, choćby o
Feliksie Konecznym, Ferdynandzie Antonim Ossendowskim, Ferdynandzie Ruszczycu,
Mariuszu Zaruskim, i wielu, wielu innych Polakach urodzonych po Powstaniu
Styczniowym w 1863 roku. Ich dokonania przykrył na dziesiątki lat czerwony
komunistyczny pył, odbierając dwóm pokoleniom Polaków myśli, słowa, uczynki i
heroiczne często zmagania tych, którzy żyjąc pod zaborami, nie zatracili
polskości i wywalczyli ją, gdyż pielęgnowali myśl o niej jako coś najbardziej
drogiego.
Ta zerwana ciągłość duchowa współczesnych Polaków z pokoleniem pradziadów,
zerwana podwójnie boleśnie, bo po utracie ich progenitury, czyli najcenniejszych
przedstawicieli pokolenia II RP, ma do dziś swoje konsekwencje. We współczesnej
publicystyce, również młodego pokolenia Polaków, padają kardynalne pytania o to,
kim są dziś Polacy, co sobą prezentują, czy jesteśmy nadal narodem, czy tylko "polactwem".
W tym zamęcie duchowym zaginęły dawne recepty, pomysły, diagnozy, które tylko
pozornie wydają się dziś przestarzałe czy "nienowoczesne". Przy dobrej woli
mogłyby się okazać nam, współczesnym, niezwykle pomocne, w tym przemyślenia
cytowanego na wstępnie prof. Wincentego Lutosławskiego.
Czy nie ma on racji, domagając się od władzy wszelkich szczebli "wysokich
kwalifikacji moralnych i umysłowych". To podstawowy warunek, aby taka władza
mogła pracować na rzecz dobra wspólnego. Trwały ustrój państwa to także taki
ustrój, w którym, jak pisze Lutosławski, centralizacja państwa ma dotyczyć
jedynie "obrony całości i bytu państwa", a pozostałe dziedziny powinny zostać
poddane daleko idącej decentralizacji i autonomii. Można by powiedzieć, że to
program dzisiejszych konserwatystów i liberałów, gdyby nie współczesne
"liberalne" partie polityczne, których programy rozmijają się z hasłami
wyborczymi i które zwyczajnie oszukują obywateli.
Twórcy reformy samorządowej, profesorowie Jerzy Regulski i Michał Kulesza, w
20-lecie odrodzenia się samorządu terytorialnego mają koordynować pracę nowo
powołanego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego gremium "Forum Debaty
Publicznej – Samorząd dla Polski". Przy tej okazji wysokie odznaczenia państwowe
otrzymali też samorządowcy, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz,
marszałek sejmiku mazowieckiego Adam Struzik, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz,
prezydent Poznania Ryszard Grobelny. Już same te nazwiska świadczą o tym, że
nasz system samorządu terytorialnego, także pod względem personalnym, pokrywa
się idealnie z systemem władzy i administracji państwowej. Przedstawiciele
władzy i samorządu są u nas najczęściej czołowymi politykami partyjnymi
zależnymi w działaniu od swoich kierownictw, programów i partyjnych statutów, a
nie od wyborców. Samorząd terytorialny traci przez to konieczną w jego
funkcjonowaniu autonomię i staje się częścią władzy, którą zdobywa się w czasie
wyborów samorządowych jak partyjne łupy. W pewien delikatny sposób potwierdził
to prof. Michał Kulesza, mówiąc, że w Polsce "nadal jest silna centralistyczna
kultura władzy i zarządzania". A jakim absurdem jest funkcjonowanie, a raczej
zwalczanie się partyjnych frakcji na szczeblach lokalnych samorządu
terytorialnego, widzimy na co dzień.
Zmienić może to tylko nowa ordynacja wyborcza do samorządu terytorialnego.
Prezydent zapowiedział, że od 2014 roku wybory we wszystkich jednostkach
samorządu terytorialnego mogłyby się odbywać w okręgach jednomandatowych. To
kolejna zapowiedź polityka Platformy Obywatelskiej, której program sprzed lat
przewidywał wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych.
A co z podobną zasadą w wyborach do Sejmu? Kiedy dojrzeje myśl, że dla dobra
kraju, dla dobra wspólnego, potrzebni są także parlamentarzyści o "wysokich
kwalifikacjach moralnych i umysłowych", o czym powinni zdecydować wyborcy, a nie
partyjne gremia?

Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem Programu 3 Polskiego Radia.

drukuj