Skażenie dotarło do Pacyfiku

Nad uszkodzoną przez trzęsienie ziemi elektrownią atomową Fukushima znowu
pojawiły się kłęby pary i dymu. Tymczasem w wodach opływających wschodnie
wybrzeże wyspy Honsiu, leżącej w pobliżu elektrowni, zarejestrowano podwyższony
poziom radioaktywności. Władze zaapelowały o wzmocnienie kontroli ryb i owoców
morza.

W wodach w rejonie elektrowni Fukushima I poziom radioaktywnego jodu przewyższa
prawie 127 razy normy, zaś poziom cezu 134 jest wyższy prawie 25 razy. Z
informacji przekazanej przez operatora elektrowni – firmę TEPCO – wynika, że
wyższy o 16,5 razy był również poziom cezu 137. Naoki Tsunoda z TEPCO uspokaja,
że taki poziom promieniowania nie stwarza zagrożenia dla zdrowia ludzi. Po
ujawnieniu tych informacji ministerstwo zdrowia zażądało natychmiastowego
wzmocnienia kontroli produktów morskich wzdłuż wybrzeży prefektur Ibaraki i
Chiba. Dodatkową kontrolę wszystkich produktów importowanych z Japonii
wprowadziły także kraje azjatyckie prowadzące wymianę handlową z tym krajem, w
tym: Filipiny, Hongkong, Korea Południowa, Chiny, Singapur i Malezja. Obawy
budzi zwłaszcza cez 137, który może pozostawać w środowisku nawet kilkaset lat,
powodując w tym czasie ogromne spustoszenie w organizmach. Pierwiastek ten
dopiero po około 30 latach traci połowę ze swojej radioaktywności. W tym tempie
– jak twierdzą specjaliści – nawet 240 lat może potrwać, zanim jego
radioaktywność się wyczerpie.
Sytuacja jest tym bardziej niepokojąca, że nad uszkodzoną przez trzęsienie ziemi
elektrownią atomową Fukushima I kolejny dzień z rzędu pojawiły się kłęby pary i
dymu. Japoński minister obrony Toshimi Kitazawa poinformował, że dym wydobywa
się z reaktora nr 3 i może mieć źródło w płonących fragmentach instalacji, zaś
obłoki pary tworzą się w reaktorze nr 2, prawdopodobnie za sprawą znajdującej
się w nim gorącej wody. Rzecznik japońskiej agencji bezpieczeństwa nuklearnego (NISA)
twierdzi jednak, że opary nie stanowią zagrożenia, a poziom napromieniowania w
elektrowni spadł. Władze poinformowały też, że do siłowni powróciły już ekipy
techniczne wycofane ze względów bezpieczeństwa, które doprowadzają zasilanie do
wewnętrznych systemów chłodzenia. Rząd twierdzi też, że nadal polewane będą wodą
uszkodzone reaktory, gdyż ich schłodzenie jest zasadniczym warunkiem opanowania
sytuacji w elektrowni. Odnosząc się do informacji o skażeniu wody morskiej,
rzecznik NISA stwierdził, iż agencja "nie traktuje tego jako szczególnego
zagrożenia".

Nie słuchali ostrzeżeń
Tymczasem jak wynika z ostatnich informacji podanych przez japońską telewizję
NHK, osoby zajmujące się projektowaniem elektrowni Fukushima I zbagatelizowały
istniejące zagrożenie, przyjmując za górną granicę dużo niższe parametry
ewentualnych wstrząsów i fal tsunami. Według danych operatora, Fukushima I
została zaprojektowana tak, by mogła wytrzymać falę tsunami o wysokości 5,7
metra, zaś Fukushima II – o wysokości 5,2 metra. TEPCO przyznało też, że
elektrownie zostały zaprojektowane, żeby wytrzymać wstrząsy o sile od 8 do 8,3 w
skali Richtera. Trzęsienie ziemi z 11 marca miało siłę 9 stopni w skali
Richtera. Telewizja NHK podaje z kolei, że w budynki, w których znajdują się
reaktory i turbiny w obu elektrowniach, uderzyły fale wysokie na 14 i 10 metrów.
To zaś sprawiło, że w chwili kataklizmu reaktory zostały częściowo zalane. W
większości reaktorów doszło do awarii systemów chłodzenia, a następnie
uszkodzenia rdzeni paliwowych w reaktorze nr 3 Fukushimy I, których następstw do
dzisiaj nie udało się opanować. Katastrofy można było uniknąć, gdyby projektanci
posłuchali ekspertów, który zalecali zwiększenie wytrzymałości i zabezpieczeń.
Przed dwoma dniami pracownicy i konstruktorzy z TEPCO przeprowadzili kontrolę w
obu elektrowniach, sprawdzając ściany ich budynków.
Z policyjnych danych wynika, że liczba ofiar śmiertelnych trzęsienia ziemi i
tsunami w Japonii przekroczyła już 9,1 tysiąca.

 

Marta Ziarnik, Reuters

drukuj