Skarbiec tradycji

Zwiększenie zdolności modernizacyjnych Polski oraz poprawa pozycji naszego
państwa w międzynarodowym podziale bogactwa i pracy wymaga przyjęcia i zgody na
realizację podstawowych postulatów stawianych przez środowiska konserwatywne,
niezależnie od ich partyjnej afiliacji – zarówno konserwatywne grupy w PiS i w
PO, jak i te, które znalazły się poza głównym nurtem dyskursu politycznego.
Pewne elementy programu politycznego podnoszone przez gremia konserwatywne
odpowiadają w sposób adekwatny na wyzwanie modernizacji. Powinny zostać przyjęte
przez rządzących i pozostawione poza bieżącym sporem politycznym.

Dla wielu osób termin "modernizacja" kojarzy się z "sekularyzacją", "laicyzacją"
czy "liberalizacją obyczajową". Jest to rozumienie nieprawidłowe, zawierają się
w nim bowiem twierdzenia nie opisowe, ale wartościujące z punktu widzenia
pewnego światopoglądu.
Tymczasem wbrew tym skojarzeniom chciałbym zaproponować rozumienie słowa
"unowocześnienie" czy – bardziej socjologicznie – "modernizacja" jako
oznaczające takie przemiany w funkcjonowaniu instytucji społecznych,
gospodarczych, życia publicznego i politycznego, które powodują, że społeczność,
w której i dla której one działają, jest zdolna:
1) przetrwać w zmieniających się warunkach zewnętrznych;
2) rozwijać się, zapewniając członkom tej społeczności możliwie najwyższy
standard życia według możliwie jak najszerzej przyjmowanej hierarchii tychże
standardów;
3) jawić się jako atrakcyjna przede wszystkim dla osób do niej należących, ale
także dla zewnętrznych obserwatorów.
Takie rozumienie wyrażenia "modernizacja" czy "nowoczesność" pozbawione jest
wartościujących i konstruktywistycznych elementów wpisywanych weń przez
ideologicznie uwarunkowane socjologiczne teorie modernizacji czy przez jeszcze
bardziej ideologicznie uwarunkowanych publicystów lub polityków w rodzaju Jacka
Żakowskiego, Grzegorza Napieralskiego czy Janusza Palikota.
Zdaję sobie sprawę, że wysuwanie postulatów środowisk konserwatywnych jako
adekwatnej odpowiedzi na wyzwanie modernizacji brzmieć może reakcyjnie, gdyż nie
uwzględnia "nieuniknionych i obiektywnych praw rozwoju historycznego". Za Karlem
Popperem twierdzę – o ile nie rozpatruję historii jako dziejów zbawienia – że
nie ma czegoś takiego jak "obiektywne prawa rozwoju historycznego". Fakt, że
dzisiejsza kultura popularna i trendy społeczne oraz polityczne w Europie
prowadzą w kierunku zaprzeczającym wartościom wskazanym w Konstytucji
Rzeczypospolitej Polskiej – to jest: prawdzie, dobru i pięknu, nie oznacza, że
jest to "obiektywnie konieczny" kierunek zmiany. Sekularyzacja Turcji też była
uważana do niedawna jako przesądzony kierunek reform kulturowych i społecznych.
Dzisiaj uznać należy, że procesy społeczne w Turcji odwróciły swój bieg. W
miejsce zsekularyzowanej, zmilitaryzowanej republiki powstaje demokracja
islamska.
Postulaty, których akceptację i wdrożenie do praktyki legislacyjnej i
politycznej uważam za konieczne, to:
1) wprowadzenie systemu podatkowego promującego posiadanie dzieci przez rodziny
zamożne i średniozamożne; niemieszanie polityki społecznej z polityką
prorodzinną;
2) zaniechanie reform edukacyjnych promujących nabywanie umiejętności w miejsce
uzyskiwania wiedzy;
3) afirmacja rodziny i jednoczesne zaniechanie działań zrównujących zachowania
społecznie szkodliwe lub prowadzące do osłabienia tych instytucji społecznych,
które obiektywnie sprzyjają modernizacji z jednoczesnym zminimalizowaniem
społecznego kosztu tej modernizacji;
4) afirmacja modelu autonomii i współpracy pomiędzy Kościołem a państwem
określonym w Konstytucji i konkordacie pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Stolicą
Apostolską przy jednoczesnej afirmacji chrześcijańskiego charakteru dziedzictwa
i kultury narodowej.
Tak sformułowane wnioski stanowią odpowiedź na główne przeszkody i zagrożenia
procesów modernizacyjnych w Polsce, z których najpoważniejszy to kryzys
demograficzny.

Polacy odchodzą
Tygodnik "The Economist" w wydawnictwie "Świat w roku 2010" rozdział poświęcony
Polsce zatytułował "Polacy odchodzą". Rok 2010 jest pierwszym w naszej
powojennej historii, w którym liczba Polaków wchodząca na rynek pracy jest
niższa aniżeli w roku poprzednim. Ta sytuacja będzie się pogłębiać. Wskaźniki
dzietności Polek, liczba rozpadających się związków małżeńskich, wzrost liczby
dzieci rodzących się poza małżeństwem (z zasady są to jedyne dzieci,
ograniczające liczbę następnych dzieci tej samej kobiety) już dzisiaj wskazują
na to, że nie możemy bez podjęcia zasadniczych działań zarówno przez państwo,
jak i inne instytucje życia społecznego – w tym Kościół i stojące najczęściej w
opozycji doń media komercyjne – oczekiwać jakiejkolwiek poprawy tej sytuacji.
Konieczne jest wspomożenie rodzin wielodzietnych, które żyją w ubóstwie. W
Polsce 48 proc. rodzin posiadających troje lub więcej dzieci żyje poniżej progu
ubóstwa. Wsparcie materialne dla tych rodzin jest elementem koniecznej polityki
społecznej, która winna być prowadzona bezwzględnie przez państwo. Nie jest to
jednak odpowiedź na postulaty polityki prorodzinnej i pronatalistycznej, która w
jakikolwiek sposób prowadziłaby do rozwiązania lub ograniczenia problemu kryzysu
demograficznego. Wprowadzenie tzw. becikowego było elementem polityki
społecznej, a nie elementem polityki prorodzinnej. Podobnie jako element
polityki społecznej powinno być traktowane wprowadzenie dla rodzin uboższych
zapomóg związanych z pójściem dzieci do szkoły.
Polityka prorodzinna powinna być nastawiona na stworzenie ułatwień i korzyści
dla pełnych rodzin posiadających dzieci, w szczególności w obszarze klasy
średniej. W interesie państwa, w interesie Narodu jest bowiem to, aby właśnie
rodziny średniozamożne i zamożne chciały mieć dzieci, żeby z posiadaniem dzieci
nie łączyło się nadmierne ograniczenie poziomu życia.
Co więcej, polityka ta powinna być ukierunkowana na wzrost ułatwień i korzyści
wraz z liczbą posiadanych przez takie rodziny dzieci. Najprostszymi jej
elementami powinno być wprowadzenie progresywnej kwoty wolnej od podatku, która
w sposób istotny rosłaby z posiadaniem drugiego, trzeciego i czwartego dziecka.
W oparciu o podobne zasady rodziny wielodzietne powinny być zwolnione z płacenia
podatku VAT, a także akcyzy przy zakupie samochodu rodzinnego mającego ponad
pięć miejsc siedzących. Dodatkowo możliwe jest wprowadzenie obniżonej stawki VAT
lub jego częściowego zwrotu dla rodzin posiadających więcej aniżeli dwoje dzieci
w przypadku wykupu wczasów rodzinnych w agencjach turystycznych. Obecnie w
ofercie biur turystycznych nie istnieje taki produkt jak wczasy rodzinne dla
rodzin z większą niż dwoje liczbą dzieci. Brzmi to być może dziwnie – nie jak
postulat polityki społecznej, ale jest rzeczywistym problemem. Dzieci z rodzin
wielodzietnych nie wiedzą, co to są "wczasy rodzinne"!
Ważnym elementem polityki prorodzinnej byłoby wprowadzenie ubezpieczeń
społecznych dla matek zajmujących się dziećmi. Dziś podjęcie przez rodzinę
zadania wychowania trzeciego czy czwartego dziecka łączy się zwykle nie tylko z
utratą dochodów przynoszonych do domu przez jedno z rodziców, ale także z
ograniczeniem wysokości przyszłej emerytury. Biorąc pod uwagę fakt, że na
emerytury dzisiejszego pokolenia 20-, 30- i 40-latków będą pracować dzieci tych,
którzy zdecydowali się na ich posiadanie, ten element systemu zabezpieczenia
społecznego uznać należy za szczególnie niesprawiedliwy. Posiadanie dzieci
powinno być bowiem traktowane jako inwestycja w przyszłość. Polityka prorodzinna
jest elementem nie tyle pomocy społecznej, co koniecznej polityki inwestycyjnej
państwa.

Pułapki pedagogiki pragmatyzmu
Drugim krytycznym punktem polskiej modernizacji jest stan szkolnictwa i
wychowania.
Wszyscy pamiętamy "amnestię" ogłoszoną przez ministra edukacji Romana Giertycha
związaną z tym, że liczba osób, które zdały maturę na poziomie ponad 50 proc.
punktów, była mniejsza niż połowa do niej przystępujących.
Reforma szkolnictwa przeprowadzona przez rząd AWS – UW wprowadzająca trzyletnie
gimnazjum i trzyletnie liceum doprowadziła do tego, że szkoła w miejsce wiedzy
dostarcza przede wszystkim umiejętności. Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się,
że mój syn, uczeń klasy maturalnej, uczy się – na ocenę, korzystać z narzędzia,
jakim jest "Microsoft Excel". Uzyskiwanie oceny za umiejętność nie wydaje mi się
normalne. Podobnie przerażający jest system kształcenia usuwający z kanonu
lektur podstawowe dzieła kultury narodowej, tudzież ograniczający nauczanie
historii. Prowadzić to będzie do wychowania – w miejsce światłych, dysponujących
wiedzą i zdolnych dokonać wyważonej oceny przedstawianych im faktów i opinii
obywateli – pokolenia konsumentów posiadających tylko umiejętności, które mogą –
lub nie – być przydatne na rynku pracy. Obecny stan szkolnictwa najlepiej
podsumowuje anegdota dotycząca wprowadzenia do programu nauczania języka
polskiego umiejętności napisania życiorysu i listu motywacyjnego. Niewątpliwie
ten, kto przeczytał i zinterpretował na lekcji wiersze Norwida, będzie potrafił
napisać życiorys i list motywacyjny, natomiast ten, kto na lekcjach języka
polskiego uczył się pisać list motywacyjny i życiorys, już pewnie nigdy nie
przeczyta Norwida.
Czy lektura Norwida zamiast pozyskania umiejętności napisania listu
motywacyjnego jest koniecznym elementem kształcenia zmierzającym do
modernizacji? Tak. Podobnie jak znajomość rachunku prawdopodobieństwa i drugiej
zasady termodynamiki, która świetnie uodparnia na magiczne zaklęcia pana
Richarda Dawkins’a o "spontanicznej samokreacji materii".
Prowadząc zespół młodych prawników w międzynarodowej kancelarii, coraz bardziej
zauważam brak wykształcenia ogólnego powodujący obniżenie możliwości
intelektualnych młodzieży. Również jako anegdotę przytoczę rozmowę z młodym
adeptem sztuki prawniczej szukającym pracy w kancelarii, który już w liceum
uczęszczał do klasy sprofilowanej w kierunku "prawniczym". Pozwoliłem sobie
zadać mu pytanie o rozważenie konfliktu, jaki powoduje posłuszeństwo dwóm
porządkom norm zawartym w "Antygonie" Sofoklesa. Młody człowiek nie wiedział, o
czym mówię. Poprosiłem zatem o to, by wybrał inny dramat antyczny lub dzieło
kultury europejskiej, które rozważa tego rodzaju konflikt. Aplikujący o pracę
nadal nie miał pojęcia, o czym mówię. Musiałem wyjaśnić, że w praktyce
prawniczej przepisy ciągle się zmieniają, ale problem konfliktu interesów i
wyboru dóbr – czy w języku nowożytnym wartości – pozostaje wciąż ten sam i żeby
poprawnie interpretować przepisy prawa oraz dobrze wykonywać społeczną rolę
przypisaną prawnikowi, trzeba znać kontekst kulturowy, w którym są one tworzone.
Wprowadzana od ponad dziesięciu lat reforma edukacji powoduje – w powszechnej
opinii – jej kryzys. Wbrew postulatom obecnego kierownictwa Ministerstwa
Edukacji Narodowej, szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum nie powinny być
miejscem zdobywania umiejętności koniecznych na rynku pracy, ale miejscem
pozyskiwania kwantum wiedzy koniecznej do życia we współczesnym świecie oraz
formacji obywatelskiej, która pozwoliłaby na krytyczną ocenę przekazu tak
medialnego, jak i politycznego. Błędem jest wczesne profilowanie nauczania,
które powoduje ograniczenie przyszłych wyborów kierunków studiów i możliwości
przekwalifikowania się. Słusznie raport Polska 2030, opracowany pod kierunkiem
ministra Michała Boniego, zwraca uwagę na to, że na nowoczesnym rynku pracy
konieczna będzie zdolność zmiany kwalifikacji i często zmiany zawodu. Jednak
właśnie praktycystyczny charakter programów nauczania w liceach i technikach
ograniczać będzie te kompetencje ich obecnych i przyszłych absolwentów. Wiedza
uzyskiwana na poziomie gimnazjum i liceum nie musi, a nawet nie powinna być
"przydatna" w rozumieniu rynku pracy. Powinna ona dawać podstawę do uzyskiwania
umiejętności na rynku pracy, które mogą być zdobywane w jakże licznych wyższych
szkołach zawodowych istniejących w Polsce, w uczelniach akademickich oraz w
różnych szkołach policealnych.
Doświadczenie wspólnoty żydowskiej, w której uczono dzieci wiedzy
niepraktycznej, całkowicie abstrakcyjnej, i to jeszcze w języku martwym, a
uzyskiwano wybitny, nieproporcjonlany do udziału tej grupy narodowościowej w
społeczeństwie udział wśród luminarzy nauki powinien być dla nas memento. Szkoła
to miejsce, gdzie mamy:
1) otrzymać niezbędne kwantum wiedzy dla człowieka żyjącego w społeczeństwie
opartym na wiedzy i na udziale we władzy;
2) zinternalizować postawę obywatelską – miłość Ojczyzny, oraz podstawowe normy
moralne i społeczne;
3) nauczyć się uczyć.
Szkoła polska przestaje także pełnić funkcje wychowawcze. Wskazane już wcześniej
wyrugowanie pewnych trudniejszych treści z programu nauczania języka polskiego
oraz faktyczne ograniczenie nauki historii jest istotnym elementem szkodzącym
tworzeniu wspólnoty narodowej. Dodatkowo niepowodzeniem zakończył się projekt
polegający na utworzeniu gimnazjów, także z punktu widzenia wychowawczego.
Jednym z argumentów za wyodrębnieniem okresu gimnazjalnego było zwrócenie uwagi
na przesunięcie się w dół momentu rozpoczęcia przez dzieci okresu dojrzewania. W
ten sposób próbowano rozdzielić młodzież, która wymaga odmiennego zestawu
środków wychowawczych od dzieci. Eksperyment ten się nie udał. Skrócenie
edukacji licealnej do trzech lat doprowadziło do kryzysu liceów. Obniżenie wieku
gimnazjalnego do 12-13 lat spowodowało, że we wcześniejszym niż poprzednio
okresie szkoła i rodzice stykają się z pewnymi negatywnymi zjawiskami.
Ideologiczna, a także wynikająca z braku bazy materialnej (zbiorcze szkoły
gminne) niechęć do rezygnacji z koedukacji powoduje, że nie jest możliwe
wprowadzenie pewnych oczywistych form działalności wychowawczej. Obserwujemy
obecnie sytuację, w której wiek inicjacji seksualnej młodzieży spada poniżej 15.
roku życia. Szkoła i rodzina są wobec tego faktu bezradne, a pomysły
wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół według programów przygotowanych przez
postępowe ośrodki przypomina pomysł gaszenia ognia przez dolanie doń benzyny.
Nieskuteczność tego sposobu działania pokazują doświadczenia brytyjskie i
amerykańskie.

Antymodernizacyjny permisywizm
Gdy formułuję postulat zaniechania promowania przez państwo zachowań społecznie
szkodliwych, wiem, że wchodzę na niebezpieczny grunt polemiki z dominującym
obecnie trendem permisywizmu moralnego. Propagowanie tzw. związków partnerskich
oraz alternatywnych sposobów życia może być interesujące dla mediów
komercyjnych, ale nie powinno w żaden sposób być atrakcyjne dla państwa.
Nie jest chyba potrzebne cytowanie badań wskazujących na to, że dzieci
pochodzące z pełnych rodzin uzyskują w szkołach lepsze wyniki od dzieci
pochodzących z rodzin rozbitych. W przypadku Warszawy, która "szczyci" się
zarówno wysokim odsetkiem rozwodów i "alternatywnych sposobów życia", jak i
wysokimi wynikami nauczania należy zwrócić uwagę na koszt uzyskania tych
wyników. Ponoszony zarówno przez podatników, jak i rodziców. Oczywiście istnieje
możliwość, ale i potrzeba wydawania przez państwo i rodziców dodatkowych
pieniędzy na kształcenie pozaszkolne w celu wyrównania szans takich dzieci w
stosunku do rówieśników żyjących w normalnych, pełnych rodzinach. Społeczne
skutki rozpadu życia małżeńskiego i propagowania tzw. alternatywnych sposobów
życia są bardzo kosztowne.
Nie jest zatem prawdziwe twierdzenie, że z punktu widzenia państwa to, jak
układają sobie życie jego obywatele, jest obojętne. Małżeństwo rozumiane jako
trwały i prawnie chroniony związek kobiety i mężczyzny nastawiony na poczęcie i
wychowanie potomstwa jest niewątpliwie społecznie bardziej wartościowe aniżeli
związki osób tej samej płci czy nawet płci odmiennych nastawionych wyłącznie na
zaspokojenie własnych potrzeb (związanych z wzajemną pomocą materialną,
zaspokojeniem napięcia seksualnego czy potrzeby bliskości).
Państwo może i powinno w sposób czynny zaangażować się w promowanie i ochronę
małżeństwa jako trwałego związku ukierunkowanego na przyjęcie i wychowanie
dzieci. Jest to możliwe zarówno poprzez implementację proponowanych wyżej reform
podatkowych, wprowadzenie jeszcze innych rozwiązań łączących społeczny koszt
wybranej drogi życiowej z kosztami podatkowymi, jak i finansowanie odpowiedniego
przekazu medialnego. Jeżeli grupy typu LBGT [Lesbians, Gays, Bisexuals,
Transgenders – przyp. red.] mogą finansować ukazywanie związków pederastów czy
lesbijek w pozytywnym świetle, państwo może finansować promowanie w popularnych
serialach telewizyjnych – które stanowią coraz silniejszy kanał przekazu i
propagowania wzorców – pozytywnych wartości rodzinnych i formy rozwiązywania
kryzysów rodzinnych nie poprzez rozwód, ale przez mediację i poradnictwo – tak
kościelne, jak i państwowe. Jest to także jedno z pól możliwej współpracy
pomiędzy państwem a Kościołem.
Podobnie konieczne jest przyjrzenie się praktyce sądów orzekających w sprawach
rozwodowych i ewentualne wzmocnienie obecnie istniejącej sankcji za spowodowanie
rozkładu więzi małżeńskiej. (Teraz sądy mogą zasądzić alimenty na rzecz osoby
niewinnej rozkładu więzi małżeńskiej). Powinno to stanowić standard. Co więcej,
nie jest to postulat feministyczny, ale niewątpliwie odpowiada on na potrzeby
kobiet, które najczęściej stają się ofiarą plagi rozwodów.
Takie działanie państwa – wspieranie i propagowanie małżeństwa nakierowanego na
posiadanie i wychowanie dzieci – nie powinno być elementem gry politycznej. Jest
to po prostu konieczny element polityki modernizacji. Państwa i gospodarki nie
unowocześnią słabo wykształceni egoiści. W perspektywie utrzymanie obecnego
kierunku zmian społecznych musi skończyć się marginalizacją naszego państwa.
Polski – a ostatnie doświadczenia wskazują, że także innych krajów – nie stać na
finansowanie naprawy negatywnych skutków zmian społecznych. Dużo bardziej
kosztowne jest naprawianie efektów negatywnych procesów niż zapobieganie im.

Warszawa i długo, długo nic
Kolejnym obszarem, który stanowi potężną przeszkodę na drodze procesów
modernizacyjnych w Polsce, jest centralizacja państwa i rozrost biurokracji. W
1990 r. przeprowadzono reformę samorządową, która wyzwoliła wielki kapitał
społeczny. Dzięki niej – bardziej niż dzięki trwającej w stolicy "wojnie na
górze" – Polska odmieniła się.
Niestety, ta reforma oraz przeprowadzona w końcu ubiegłego stulecia reforma
tworząca 16 zamiast 8 do 10 województw i 360 zamiast 150 powiatów nie została
przeprowadzona w sposób konsekwentny. Polska przyjęła model rozwoju, który
porównywać można z modelem francuskim czy modelem angielskim. W naszym kraju
istnieje tylko jedno centrum społeczno-gospodarczo-polityczno-kompetencyjne. Tym
centrum jest Warszawa. Polscy publicyści, a także raport Polska 2030 przywołują
przykłady wyludniającej się prowincji francuskiej, wskazując na "nieuchronność"
realizowania przez Polskę takiego scenariusza. Rzadko kto zwraca uwagę na fakt,
że podobne zjawisko nie występuje u naszych najbliższych zachodnich sąsiadów.
Już dzisiaj dochód narodowy per capita w Warszawie i okolicy jest na tyle wyższy
od średniej dla Unii Europejskiej, że ujmowanie całego województwa mazowieckiego
jako jednego regionu powodowałoby, że nie kwalifikowałby się on do korzystania z
funduszy spójności Unii Europejskiej. I to mimo tego, że niektóre z powiatów
Mazowsza są zaliczane do najbiedniejszych obszarów Unii.
Realizowanie przez polskie elity polityczne "warszawocentrycznego" modelu
rozwoju Polski powoduje naruszenie podstawowego postulatu modernizacyjnego –
zrównoważenia szans i możliwości rozwoju, co powoduje poszerzenie obszarów
rozwoju i nowoczesności. To, jak dalece model ten jest niezwiązany z rzeczywistą
dystrybucją talentów i kompetencji w Polsce, potwierdza rozwój
najnowocześniejszego medium w Polsce – internetu. Trzy dominujące na polskiej
mapie internetu portale powstały nie w Warszawie, ale w Gdańsku i Krakowie. Do
dziś istnieją w tych miastach ich siedziby i centra technologicznego rozwoju,
choć informacja w nich zawarta generowana jest już głównie w Warszawie.
Z "warszawocentrycznością" związana jest marginalizacja i odrzucenie przez
stolicę dużej części Polski. Nakłady na rozwój infrastruktury komunikacyjnej,
która prowadziłaby do integracji terytorialnej naszego kraju, są
niewystarczające i źle zarządzane. Program rozwoju polskiej sieci autostrad i
dróg szybkiego ruchu wydaje się być nakierowany raczej na potraktowanie Polski
jako europejskiego korytarza transportowego niż na integrację państwa.
Wybudowaliśmy już w Polsce prawie całą autostradę stanowiącą "polski odcinek"
autostrady Berlin – Kijów, tymczasem z Warszawy nie sposób przyzwoicie dojechać
do Lublina czy Białegostoku, nie mówiąc o Gdańsku, Szczecinie czy Wrocławiu.
Podobnie polityka firmy Polskie Porty Lotnicze – przedsiębiorstwa państwowego
działającego poza obszarem kontroli ministra Skarbu Państwa powoduje, że tańsze
jest latanie w świat z Poznania, Gdańska, Krakowa, Łodzi czy Wrocławia przez
Frankfurt, Monachium, Wiedeń czy Kopenhagę niż przez Warszawę (warszawskie
Okęcie jest jedynym chyba europejskim portem lotniczym, który pobiera opłatę
transferową, większość portów lotniczych płaci linii lotniczej za to, że jej
pasażerowie się w tym porcie przesiadają, a przynajmniej nie pobiera
jakichkolwiek opłat). Powoduje to znaczące obniżenie liczby opłacalnych
przelotów pomiędzy Warszawą a portami regionalnymi, co zwiększa skalę
marginalizacji tych regionów.
Wiele zostało już powiedziane w Polsce na temat biurokratycznych barier dla
działalności gospodarczej. Platforma Obywatelska, która szła do władzy pod
hasłem zwrócenia władzy obywatelom, doprowadziła do istotnego, wielokrotnie
opisywanego wzrostu liczby zatrudnionych w administracji rządowej. Gdy
przystępowaliśmy do Unii Europejskiej łącznie z Estonią, zwracano uwagę, że
dostosowanie polskiej administracji do standardów europejskich wymagać będzie
ograniczenia liczby urzędników, a w Estonii jej zwiększenia. Niestety, stało się
odwrotnie. W Polsce liczba urzędników zwiększyła się, z kolei w Estonii – w imię
oszczędności – zmniejszyła. Pomimo wzrostu zatrudnionych polska administracja
rządowa nadal działa źle lub bardzo źle. W Estonii, która w największym zakresie
wprowadziła postulaty i narzędzia "e-governement", przy proporcjonalnie dużo
niższej liczbie urzędników występuje dużo wyższy stopień zadowolenia z
działalności administracji rządowej.

Kapitał wiary
Naturalnym sojusznikiem państwa w realizacji wskazanych wyżej zadań jest Kościół
katolicki (a także Kościół prawosławny i Kościoły protestanckie). W ten sposób
dochodzimy do ostatniego z postulatów konserwatywnych, które wymieniłem powyżej
– afirmacji dotychczasowego modelu współistnienia państwa i Kościoła jako dwóch
instytucji posiadających co prawda odmienne cele, ale których realizacja często
prowadzi tą samą drogą.
Rozdział Kościoła i państwa według wzorca francuskiego byłby szkodliwy dla
modernizacji Polski i prowadziłby do obniżenia potencjału modernizacyjnego oraz
marginalizacji naszego państwa w światowym podziale pracy, bogactwa i jako
podmiot stosunków międzynarodowych (w tym pozycji w Unii Europejskiej). W Polsce
działanie procesów modernizacyjnych i potencjał modernizacyjny rozumiany jako
zasoby kapitału społecznego ukierunkowane na modernizację w sposób pozytywny są
związane z religijnością.
Problemem związanym z walką z istniejącym modelem stosunków państwa i Kościoła
jest to, że w miejsce systemu wartości opartego na nauczaniu Kościoła nie jest
proponowane żadne inne pozytywne rozwiązanie. W przypadku Francji w sposób
bardzo stanowczy propagowana jest ideologia republikańska. Nad Sekwaną w języku
dyskursu o kwestiach publicznych zamiast słowa "Francja" wprowadza się
rzeczownik "republika", który zaczyna pełnić rolę nazwy własnej, zastępującej
nazwę "Francja". Projekt ten przeżywa obecnie silny kryzys związany ze wzrostem
udziału w życiu zarówno publicznym, jak i społecznym imigrantów z krajów
muzułmańskich, dla których wyzbycie się wymiaru transcendentnego oznacza wprost
godne pogardy pogaństwo. Nicolas Sarkozy, sięgając po władzę, odwoływał się do
konieczności zwrócenia się przez Francję do jej chrześcijańskiego dziedzictwa.
Ciekawe, że świadomość tej konieczności ma żydowski imigrant z Węgier,
wielokrotnie rozwiedziony…
W Polsce przeciwnicy dotychczasowego modelu stosunków państwo – Kościół nie mogą
zaproponować nawet "nie-katolickiej" ideologii republikańskiej, gdyż taka –
niezależna od katolickiej przeszłości – nigdy w naszym państwie nie zaistniała
(nawet przedrozbiorowa ideologia republikańska w Polsce była silnie związana z
katolicyzmem). Istnieje oczywiście możliwość odwołania się do pewnych nurtów
liberalnych w polskiej kulturze (Tadeusz Kotarbiński – problem jego nawrócenia
się przed śmiercią "wolnomyśliciele" bojący się prawdy starają się przykryć
milczeniem; grupa poetycka Skamandryci; Stanisław i Maria Ossowscy), jednak nie
mają one zdolności stać się w żaden sposób płaszczyzną mającą charakter
spajający polską wspólnotę narodową i nie dają one jakichkolwiek szans na
ukierunkowanie wysiłku społecznego na modernizację państwa i życia społecznego w
Polsce.
 

Andrzej Mikosz
 

Andrzej Mikosz – prawnik i ekspert w dziedzinie praktyki rynków kapitałowych
oraz prawa spółek. Od października 2005 r. do stycznia 2006 r. pełnił funkcję
ministra Skarbu Państwa w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Obecnie jest
partnerem w międzynarodowej kancelarii K&L Gates. Od 1979 r. związany z
duszpasterstwem młodzieży, a później akademickim prowadzonym w Poznaniu przez o.
Jana Górę OP i z corocznymi spotkaniami młodzieży nad Jeziorem Lednickim.

drukuj