Siemoniak łamie armii kręgosłup
Z gen. dyw. dr. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM,
szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Marta Ziarnik
Jak Pan ocenia decyzję nowego szefa MON o rozwiązaniu 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego? Może powinna zostać poprzedzona poważnymi
konsultacjami?
– Świętej pamięci gen. Bronisław Kwiatkowski [dowódca operacyjny Sił Zbrojnych
RP – przyp. red.], z którym się przyjaźniłem, powiedział mi kiedyś – gdy
zwróciłem uwagę na pewne aspekty prawne – że "prawo jest dla maluczkich". I
niestety, prawo jest często właśnie tak traktowane. To jest niezgodne w ogóle z
pragmatyką. Wojsko obowiązują pewne procedury, chociażby komunikacji. I jeżeli
kogoś się zwalnia, nawet człowieka, który w jakiś sposób, powiedzmy, "podpadł",
to jest do tego odpowiednia procedura. Tymczasem w tym przypadku podjęto decyzję
o rozwiązaniu jednostki i poinformowano o tym przez media. Sami żołnierze nic o
tym wcześniej nie wiedzieli. Ponadto nie zbadano najpierw, czy można podjąć taką
decyzję o rozwiązaniu 36. SPLT, czy też nie. To mi przypomina szalone lata
reformy wojska po przejściu z PRL, gdzie nagle grupa generałów się "nawróciła",
w rozwiązywanie jednostki i parę miesięcy później zawiązywanie tejże samej, bo
ktoś rzekomo się pomylił przy rozkazie.
Minister Siemoniak mógł formalnie podjąć taką decyzję?
– Nie jestem pewien, czy rzeczywiście wszystkie formalności wymagane do podjęcia
tak poważnej decyzji zostały dopełnione. Ale nie ulega wątpliwości, że najpierw
wykonano ruch, a dopiero później zaczęto zastanawiać się nad tym, jak to
przykryć i uzasadnić praktycznie. Czyli mamy do czynienia z zasadą, że najpierw
obowiązuje PR, a prawo później się do tego dopasuje.
Co ma Pan na myśli?
– Zacznę przede wszystkim od formy, gdyż ta w ogóle nie przystaje do sytuacji –
do tego, by w taki właśnie sposób, jak to uczyniono, rozwiązywać jednostkę. Jest
przecież pewien standard i są pewne tradycje budowane przez lata. Forma
rozwiązania jednostki – mówiąc najdelikatniej – była niegodna. I jeżeli ktoś
mówi, że to jest "twarde wejście" nowego ministra, to ja, niestety, tego nie
mogę potwierdzić, gdyż jest to głupie wejście. Bo przecież nowy minister nawet
się nie przyjrzał sprawie i chcąc pokazać, że jest niby twardym facetem, podjął
decyzję o rozwiązaniu. Czyli najpierw działa, a potem myśli. A przecież gdybyśmy
w wojsku najpierw działali, a później myśleli, to mielibyśmy codziennie Nangar
Khel.
Druga kwestia to uzasadnienie. Po pierwsze 36. SPLT to nie tylko jednostka do
przewozu VIP-ów, ale także do przewozu m.in. generałów wyższych sztabów
zajmujących się planowaniem, by mogli oni udać się chociażby do żołnierzy na
pole walki. A takich możliwości nie daje samolot pasażerski. Nie daje on również
możliwości udzielania pomocy humanitarnej, możliwości szybkiego pojawienia się w
regionach kryzysowych – chociażby takich jak Somalia, gdzie jest klęska głodu i
gdzie pilot cywilny nie wyląduje, bo należy liczyć się z ostrzałem. To są
specyficzne wymogi techniczne tego typu samolotów. Bo wątpię, by na LOT-owskich
samolotach montowało się system wystrzeliwanych flar na wypadek, gdyby ktoś
chciał ten samolot strącić. Piloci cywilni i wojskowi uczeni są różnych ścieżek
podchodzenia do lądowania, jak to było chociażby w Bagdadzie, gdzie każdy pilot
wojskowy podchodził tak naprawdę różną, indywidualną ścieżką, najczęściej
spiralnie, z wysoka, niemal pikując, by nie ułatwiać ewentualnego ostrzału. Samo
uzasadnienie, że teraz najważniejsze osoby w kraju będą latać śmigłowcami,
bardzo źle wpływa na bezpieczeństwo państwa. To tak, jakbyśmy uważali, że BOR
może zastąpić agencja ochrony. Aczkolwiek w naszym wypadku, gdy zginęło 96
najważniejszych osób w państwie, a BOR nie ma sobie nic do zarzucenia, to chyba
faktycznie jest ono – przynajmniej w takiej formie – do niczego niepotrzebne.
Podejrzewam, że szef jakiejkolwiek firmy ochroniarskiej, gdyby zginęła grupa
ludzi, którą ochrania, na pewno do takiej odpowiedzialności by się poczuwał.
Wiceminister Czesław Mroczek stwierdził, że VIP-y mogą latać liniami
rejsowymi, a specpułk trzeba było rozformować, bo nie ma samolotów.
– Szczerze mówiąc, jest to kompromitujące. Rozwiązanie 36. SPLT nie jest żadnym
rozwiązaniem. Na tej samej zasadzie będzie można niedługo dokonać przeglądu
Marynarki Wojennej i jej obecnego wyposażenia i podjąć decyzję także o jej
rozwiązaniu. Bo i tam niestety jest źle, gdyż długo już nie dokonujemy żadnych
zakupów i mamy problemy ze sprzętem. Jeśli rząd będzie utrzymywał taką sytuację,
już niedługo naprawdę nie będziemy mieli Marynarki Wojennej. Tymczasem nie tędy
droga. Myślę, że trzeba przestać oszukiwać siebie i obywateli, karmiąc ich
propagandą sukcesu na miarę Gierka i zacząć rzeczywiście coś robić. Bo
wykonywane na potrzeby kampanii wyborczej gesty tego typu, jak chociażby
rozwiązanie specpułku, naprawdę przynoszą niewyobrażalną szkodę nie tylko
ludziom w nim zatrudnionym, ale i państwu. Przecież w 36. SPLT zainwestowano już
kilkadziesiąt milionów złotych, a teraz chce się to wszystko przekreślić, nie
potrafiąc nawet rzeczowo wyjaśnić tej decyzji.
Najpoważniejsze konsekwencje tej decyzji poniosą sami piloci, młodym oficerom
praktycznie uniemożliwiono służbę Ojczyźnie. W pewnym sensie zostali zbiorowo
zlinczowani.
– Rozmawiałem kiedyś z jednym z młodych pilotów i mówił mi, że niejednokrotnie
zmuszany był do łamania prawa. Bo takie stworzono mu ramy działania. I nagle po
katastrofie wszyscy się od nich odwrócili i winią ich za ten stan. Co do braku
środków chociażby na szkolenia, to przecież nie rozlicza się polityków.
Niejednokrotnie przecież słyszeliśmy, że Bogdan Klich był świetnym ministrem,
dostał za to nawet podziękowania, nazwano go człowiekiem honoru. Tymczasem mnie
uczono, i to wydaje się logiczne, że jeżeli w jakiejś instytucji – w którejś
ktoś zawiaduje nie miesiąc, a lata – źle się dzieje, to winny jest zły szef,
którego trzeba zmienić. I nie ma wątpliwości, że tam był zły szef.
Jego następca będzie lepszy?
– Jeżeli nowy szef zaczyna od tego, że zanim jeszcze zobaczył swoje biurko,
podpisał rozkaz, to też dobrze nie wróży.
Decyzję Siemoniaka z euforią przyjął szef polskiej dyplomacji Radosław
Sikorski, akcentując, że rozwiązanie 36. SPLT przyniesie duże oszczędności.
– Jeszcze więcej oszczędności przyniosłoby nam jednoczesne rozwiązanie Marynarki
Wojennej i jeszcze kilku innych jednostek… Ale zastanówmy się, do czego to
doprowadzi?! To jest kolejna propaganda sukcesu wmawiana nam przed wyborami,
niezgodna ze stanem faktycznym.
Sikorski twierdzi, że czarterowanie samolotów wyniesie nas mniej, niż kupno
nowych i ich utrzymanie.
– To nie jest tylko kwesta ceny. To jest kwestia też tego typu, że na pokładzie
samolotu wożącego najważniejsze osoby w państwie czy generałów powinna być
chociażby tajna łączność, a takiej nie ma w samolotach cywilnych. Ale co tu dużo
mówić, skoro po katastrofie smoleńskiej zaczęto nam wmawiać, że fakt, iż zginęły
tajne telefony całego naszego dowództwa wojskowego, które są prawdziwą bazą
wszelkich istotnych dla naszego kraju informacji, nie jest niczym szczególnym i
wartym zajęcia.
Rozwiązanie 36. specpułku odbije się na wizerunku polskiej armii na świecie?
– Powierzenie cywilom, a nie wojskowym transportu prezydenta Rzeczypospolitej,
jej władz i generalicji, jest jawną demonstracją braku zaufania do własnej
armii. To bardzo przykre i z pewnością nie wpływa dobrze na jej morale. Ale to
też pokazuje w świecie, że w Polsce te chlubne tradycje, z których byliśmy dumni
i z których chcemy być dumni, przestają być taką kartą atutową, którą do tej
pory dobrze rozgrywaliśmy. Bo bez względu na to, jak było w naszej armii na
terenie kraju, zawsze mogliśmy być dumni, bo nasi żołnierze wszędzie na świecie
z osobistym poświęceniem, odwagą i determinacją udowadniali, że są bardzo
dobrymi żołnierzami, że jednak coś jest w tej naszej polskiej naturze, że mamy
duszę wojownika. Nasi piloci, kiedy im się pozwoli szkolić, wyposaży w
odpowiedni sprzęt i potraktuje poważnie, odpłacą się tym samym. I przekonałem
się o tym wielokrotnie, szkoląc swoich żołnierzy. Muszę przyznać, że naprawdę
nigdzie nie widziałem tak oddanych żołnierzy.
Zamiast specrozwiązania powinna być specinwestycja?
– Tak, to byłoby najlepsze rozwiązanie. I chciałbym zauważyć, że cywilna
kontrola nad armią nie powinna polegać na tym, że minister obrony narodowej czy
inni przełożeni podejmują decyzje za wojskowych. Tymczasem dochodziło
wielokrotnie do sytuacji, gdy chociażby gen. Włodzimierzowi Potasińskiemu
wyznaczono dowódców kluczowych jednostek, którzy pochodzili tak naprawdę z
klucza politycznego. I generał dowiadywał się o tym nawet z mediów. Cywilna
kontrola nad armią polega na sprawdzeniu ważnych kwestii, jak np. czy armia ma
rzeczywiście odpowiednie zdolności. Ale to fachowcom powinno się dać narzędzia,
by wykonywali swoje obowiązki. Nie powinno się pozbawiać ich motywacji do
działania na kluczowych przecież stanowiskach.
Dziękuję za rozmowę.
