Schetyna nie oddaje pola

W Platformie Obywatelskiej dojrzewa koncepcja rezygnacji z wystawienia Donalda Tuska jako kandydata w tegorocznych wyborach prezydenckich. Do pozostania na stanowisku premiera i szefa partii namawiają go najbliżsi współpracownicy, czujący na plecach oddech Grzegorza Schetyny przyczajonego do przejęcia władzy. Kto, jeśli nie Tusk? Senatorowie PO wymieniają w tym kontekście najczęściej dwa nazwiska: Hanna Gronkiewicz-Waltz i Bronisław Komorowski.

W wyborach prezydenckich Donald Tusk wystartowałby z wielką chęcią, aby wziąć rewanż na Lechu Kaczyńskim za swoją porażkę w 2005 roku. Ale to, co jeszcze kilka miesięcy temu można było uznać za pewnik, teraz nie jest już tak oczywiste. Tusk może nie wystartować w wyborach prezydenckich nie dlatego, że nagle stracił ochotę na przeprowadzkę do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, w sytuacji gdy jego sondaże spadają. Bardziej istotne jest to, że do pozostania na stanowisku premiera i szefa partii namawiają go bliscy współpracownicy. Ta grupa boi się, że w Platformie Obywatelskiej wzrośnie za bardzo pozycja Grzegorza Schetyny, który jeśli Tuskowi by się udało zrealizować ambicje, wytnie wszystkich jego stronników – tych, którzy nie odejdą do pracy w Pałacu Prezydenckim.

Nazwisko kandydata Platformy Obywatelskiej, który wystartuje jesienią w wyścigu prezydenckim, miało być oficjalnie ogłoszone na majowym kongresie krajowym partii. Zapowiadano to jako formalność, ponieważ choć pojawiały się inne nazwiska pretendentów, to raczej mało kto przypuszczał, aby tym kandydatem mógł być ktoś inny niż Donald Tusk. Lider Platformy z chęcią przyjąłby taką nominację, gdyż jest przekonany, że wygraną miałby w kieszeni, ale coraz częściej słychać wśród polityków tej partii głosy odradzające Tuskowi start przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu i Andrzejowi Olechowskiemu. Jednak otwarcie do tego przyznaje się na razie tylko wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Janusz Palikot. – Doradzam premierowi, by nie startował w wyborach prezydenckich – stwierdził otwarcie. Lubelski poseł zapewniał, że ten temat poruszał nawet podczas ostatniej przed świętami rozmowy z premierem. Według niego, Tusk nadal powinien być szefem rządu i partii.

Na drugi dzień premier odniósł się do tych sugestii. Podkreślił, że to na pewno nie opinie Palikota zdecydują o tym, czy wystartuje w wyborach prezydenckich, ale zadeklarował, że w sprawie wystawienia swojej osoby w wyborach wypowie się „wcześniej niż wiosną”. Ale jednocześnie Donald Tusk się asekurował, stwierdzając, że udział w elekcji prezydenta nie będzie rozpatrywany w kategorii spełnienia jego politycznych marzeń. Napomknął, że na tę sprawę musi patrzeć przez pryzmat swojej obecnej funkcji, a przecież jako premier „ma naprawdę jeszcze kawał roboty do wykonania”.

– Donald się waha, to prawda. I jest namawiany do tego, aby nie opuszczał obu gabinetów: premiera i przewodniczącego partii. Janusz Palikot powiedział po prostu publicznie to, co ja i wielu moich kolegów i koleżanek także myślimy. My wolelibyśmy, aby w wyborach prezydenckich wystartował inny kandydat wystawiony przez Platformę – mówi nam jeden z posłów PO.

Dlaczego inni milczą, a tylko Palikot przy pomocy mediów naciska na premiera? – On może, bo przecież wszyscy wiedzą, jaka jest pozycja Janusza Palikota w PO. On nie ryzykuje wiele, ja od razu zostałbym postawiony do pionu przez władze klubu za taką „własną inicjatywę”. Ale dzięki Januszowi sondujemy reakcję dziennikarzy i elektoratu na taką koncepcję. Gdyby została poddana totalnej krytyce, zawsze można byłoby powiedzieć, że to był kolejny wybryk i oryginalna, choć nierzeczywista koncepcja Palikota – tłumaczy nasz rozmówca.

Inny z parlamentarzystów PO, senator tego ugrupowania, podkreśla, że nikt otwarcie nie chce w mediach „powielać Palikota”, aby się nie narazić na gniew Grzegorza Schetyny, potężnego przewodniczącego klubu. Ponieważ Schetyna realizuje własny scenariusz: zdobycia władzy w Platformie. Teraz jego pozycja wydaje się osłabiona, ale w przyszłości może być zupełnie inaczej. Pod warunkiem, że Tusk będzie prezydentem…

Wewnątrz PO trwa ostra walka o wpływy. Premier odesłał Grzegorza Schetynę do Sejmu, ale to, co miało być karą, teraz może wyjść byłemu wicepremierowi na dobre. – Grzesiek unika starcia z Donaldem, bo liczy, że dzięki tej pokorze zachowa wpływy w partyjnym aparacie. Jeśli bowiem dobrze rozegra tę partię szachów, to we władzach powiatowych i wojewódzkich partii będzie miał wielu swoich zwolenników. To zaś może zaprocentować w przyszłości – mówi senator Platformy.

Z dużą uwagą trzeba będzie więc obserwować wybory do lokalnych struktur PO, począwszy od gmin, przez powiaty, a skończywszy na władzach wojewódzkich, które poprzedzą zjazd krajowy. Wtedy okaże się, czy Schetyna zachował wpływy w aparacie, czy też jego ludzie zostaną – i w jakim stopniu – „wycięci”. A przecież ci liderzy będą przez kilka lat kierować partią i nadawać jej ton, ważne więc, kogo uznają za swojego lidera w Warszawie.

Gdyby teraz Tusk chciał się rozprawić ze Schetyną, to stronnicy byłego wicepremiera niewiele by zrobili w jego obronie. Jednak po objęciu fotela prezydenta Donald Tusk musiałby komuś przekazać stanowisko premiera i funkcję przewodniczącego PO. I najpewniej teraz nie objęłaby ich jedna osoba, tylko dwie, aby nikt w Platformie za bardzo nie urósł. Mało prawdopodobne wydaje się też, aby jedno z tych dwóch stanowisk objął Schetyna. – Ale jest to człowiek cierpliwy. Obawiam się, że mógłby się powtórzyć scenariusz z lat 90., który przerobiono w SLD. Wtedy Leszek Miller też nie od razu został szefem partii i premierem, ale poczekał i przy pomocy aparatu partyjnego zdobył w Sojuszu pełnię władzy. Jeśli u nas kanclerzem zostałby przewodniczący Schetyna, to wtedy i ja, i inni jego przeciwnicy zostalibyśmy przykładnie ukarani, choćby przez usunięcie z list wyborczych albo umieszczenie na dalekich miejscach. Wszak wiemy, że Schetyna jest pamiętliwy i nie daruje tym, którzy go „zdradzili” – twierdzi nasz rozmówca.


Grzesiek zwiera szeregi


Tymczasem Grzegorz Schetyna umacnia swoją pozycję w klubie parlamentarnym i w samej partii. Znamienne jest choćby to, że nie odtrącił ani Zbigniewa Chlebowskiego, ani Mirosława Drzewieckiego, dwóch bohaterów afery hazardowej. Tusk krótko się wahał przed „rzuceniem ich na pożarcie”, ale Schetyna powoli przywraca ich do łask: utrzymuje z nimi kontakt telefoniczny, zaprasza na spotkania i rozmowy. Nawet gdy na spotkaniach klubu inni posłowie i senatorowie próbują unikać bliskich spotkań z bohaterami afery hazardowej, Schetyna ostentacyjnie z nimi rozmawia. Daje tym samym sygnał, że nie zostawia „swoich ludzi w potrzebie” bez względu na to, za jakie przewiny popadli w niełaskę Tuska. I jest przez to mniej – mimo wszystko – „pryncypialny i bezwzględny” od premiera.

Szef klubu parlamentarnego rozgrywa też po swojemu sejmową komisję śledczą, która ma się zająć rozwikłaniem afery hazardowej. Każdemu z posłów PO, którzy w niej zasiadają, rozpisano konkretne role. Komisja ma tak pracować, aby jej śledztwo wyrządziło jak najmniej szkody Platformie. Potwierdzają się więc wcześniejsze obawy, że przewodniczący komisji śledczej poseł Mirosław Sekuła może być niesamodzielny i wykonywać polecenia Schetyny, podobnie jak jego klubowi koledzy zasiadający w komisji. Wszelkie przesłuchania mają zaciemnić odpowiedzialność ludzi PO za nieprawidłowości przy pracach nad ustawą hazardową. – I to, że z afery wyjdziemy z małymi stratami, będzie zasługą Schetyny, bo przecież premier nie jest w stanie tej sprawy kontrolować, a szef klubu i owszem. Zresztą Schetyna nieraz już sugerował w różnych naszych rozmowach, że Tusk zostawił go samego z problemem afery hazardowej i to on musi wziąć ten ciężar na swoje barki – mówi osoba z kierownictwa krajowego PO. To dlatego, gdy Schetyna zdecydował o wyrzuceniu z komisji posłów Beaty Kempy i Zbigniewa Wassermanna z PiS, premier się od tego odcinał, twierdząc, że lepiej byłoby oboje zostawić w komisji.

Wszystkie te działania zmierzają ku temu, aby wzrosła siła Grzegorza Schetyny w Platformie. Oczywiście, nawet jeśli Donald Tusk wygrałby wybory prezydenckie i odszedł formalnie z Platformy, jeszcze długo mógłby dyrygować swoją partią i decydować o jej personalnych nominacjach. Jednak z czasem PO przyzwyczajałaby się do nieobecności swojego ostatniego tenora, a wtedy siłą rzeczy musiałaby się rozegrać prawdziwa bitwa o przywództwo. Schetyna w tym rozdaniu nie musiałby się już z nikim liczyć.


Lepiej być premierem?


Ale oprócz problemów wewnętrznych w PO o rezygnacji Tuska ze startu w wyborach prezydenckich mogą zdecydować jego spadające notowania. Jeszcze niedawno wydawało się, że premier w cuglach wygra to głosowanie. Co prawda nie od razu w pierwszej, ale w drugiej turze, jednak faworyt był oczywisty. Od pewnego jednak czasu poparcie dla premiera spada, a straty zaczyna odrabiać Lech Kaczyński i różnica między nimi zaczyna zbliżać się do 10 procent. – Rok przed wyborami w 1995 roku też wszyscy stawiali krzyżyk na Lechu Wałęsie, twierdzono, że nie ma szans na reelekcję, że powinien ustąpić miejsca choćby Hannie Gronkiewicz-Waltz. Ale jak przyszło co do czego, to o mało Wałęsa nie wygrał z Kwaśniewskim. Teraz może być podobnie, bo żelazny elektorat Lecha Kaczyńskiego pójdzie do urn, a wielu naszych wyborców z 2007 roku, którzy rozczarowali się rządami Platformy, może zostać w domu – mówi jeden z posłów.

Dlatego współpracownicy Donalda Tuska pilnie śledzą badania opinii publicznej i na tej podstawie premier też będzie podejmował decyzję o swojej politycznej przyszłości. Na pewno nie zaryzykuje startu, jeśli jego notowania nie będą dostatecznie wysokie. Nasi rozmówcy z Platformy podkreślają, że choć ich rząd jest coraz częściej krytykowany za efekty swojej pracy, to notowania samej partii są wciąż dość wysokie – jeśli wierzyć sondażom, to w sprzyjających okolicznościach partia Tuska i Schetyny mogłaby w nowym parlamencie zdobyć bezwzględną większość i samodzielnie tworzyć rząd. – Moim zdaniem, zamiast prezydentury lepiej byłoby dla Tuska doprowadzić Platformę do tak spektakularnego zwycięstwa. Wtedy byłbym pierwszym po 1989 roku premierem, który wygrał ponownie wybory i rządził przez więcej niż jedną kadencję – argumentuje jeden z parlamentarzystów PO. – I wiem, że Donald poważnie bierze taki argument pod uwagę. Zachowałby przecież realną władzę, a miejsce w naszej najnowszej historii miałby też zapewnione. Myślę, że po części docierają też do niego argumenty podnoszone na przykład przez Leszka Millera, że lepiej być premierem niż prezydentem, bo to w Radzie Ministrów jest realna władza – dodaje.


Kto zamiast mnie?


Jeśli założymy, że jednak Donald Tusk postanowi wycofać się z wyborów prezydenckich, to powstaje pytanie, kto zamiast niego w nich wystartuje. Janusz Palikot wymienił trzy nazwiska: przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego i marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Ale Buzek od razu zaprzeczył, aby w ogóle rozważał start w wyborach, ponieważ chce zostać w PE, a o Sikorskim sam Palikot mówił, że nie będzie kandydatem PO, bo jest za słabo związany z partią. Pozostaje więc Komorowski. Jego kandydatura byłaby naturalna, bo przecież marszałek Sejmu to – według Konstytucji – druga osoba w państwie i to w Ustawie Zasadniczej zapisano, że gdyby prezydent z jakichś powodów nie mógł sprawować swojego urzędu, to do czasu nowych wyborów jego obowiązki przejmuje właśnie marszałek Sejmu. Bronisław Komorowski ledwo skrywa swoje ambicje prezydenckie i na pewno głośno o nich powie, gdy Donald Tusk ogłosi, że w tegorocznych wyborach jednak nie wystartuje. Teraz byłaby to polityczna uzurpacja i przejaw arogancji, ale nie wtedy, gdy „imperator” zostawi wolne pole.

Ale wówczas na pewno nie tylko Komorowski zostanie wzięty pod uwagę. Kilka miesięcy będą trwały wewnątrzpartyjne przepychanki, dyskusje i spory, kogo wskazać jako kandydata na prezydenta. To będzie także okazja do pokazania siły przez Grzegorza Schetynę. Dlatego Komorowski stara się nie drażnić ani grupy premiera, ani koterii Schetyny, licząc na to, że może być dla obu najbardziej kompromisowym kandydatem.

Nie można jednak wykluczyć i innych scenariuszy. Senator Platformy wskazuje na możliwość wystawienia kandydatury… kobiety. – Może prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz? – zastanawia się. – Za jednym zamachem załatwilibyśmy dwie sprawy: prezydentem państwa byłaby osoba lojalna wobec Tuska, która na pewno nie zbudowałaby konkurencyjnego ośrodka władzy, a poza tym byłby to najlepszy argument za tym, że jako partia realizujemy nawet z nawiązką postulat zwiększenia obecności kobiet w życiu publicznym – mówi senator. Jednak nasz rozmówca przyznaje, że Donald Tusk ma niewielkie pole manewru. Skutecznie w poprzednich latach wykosił w PO indywidualności pokroju Jana Marii Rokity, Macieja Płażyńskiego czy Zyty Gilowskiej, więc i ławka znanych dla Polaków twarzy jest krótka. Bo pojawiające się wśród parlamentarzystów Platformy propozycje, aby kandydatem uczynić osobę znaną, ale spoza świata polityki, tzw. autorytet, można włożyć między bajki. Tak samo jak nikt poważnie nie traktuje wystawienia marszałka Senatu Bogdana Borusewicza.


Może inny tenor?


Ale kto wie, czy nie będziemy wkrótce świadkami wielkiego politycznego pojednania, ponieważ wśród polityków Platformy coraz częściej słychać o tym, że będą prowadzone negocjacje z Andrzejem Olechowskim, jednym z założycieli PO. Zgłosił on swój start w wyborach, ale jeszcze niedawno liczył na pomoc struktur oraz wsparcie finansowe Stronnictwa Demokratycznego i biznesu. Liczyły się też tu powiązania kandydata z ludźmi ze służb specjalnych, którzy obsadzili wiele stanowisk właśnie w biznesie. Olechowski prezentuje się jako kandydat niezależny i ta niezależność ma przyciągać elektorat. I choć kandydat krytykuje Platformę, to jest mu do niej bliżej, niż nam się wydaje. Może więc być i tak, że Tusk dogada się z dawnym partyjnym tenorem i zaproponuje mu start pod szyldem PO. Premier kalkuluje bowiem, że na fotelu prezydenta zasiądzie polityk, który nie będzie przeszkadzał mu w rządzeniu, a ponadto w zarodku zniszczy się potencjalnych konkurentów w wyborach parlamentarnych w 2011 roku. A bez Olechowskiego atrakcyjność listy kandydatów do Sejmu i Senatu, którą chciałby utworzyć Paweł Piskorski, będzie bardzo niska. Przecież Platforma dąży do zdobycia pełni władzy, aby nie musiała się z nikim nią dzielić i spokojnie wdrażać swoje plany i projekty.


Krzysztof Losz
drukuj