Santo subito Świadek Prawdy
Z państwem Danutą i Stanisławem Rybickimi ze Środowiska ks. Karola Wojtyły
rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak znaleźli się Państwo w Środowisku ks. Karola Wojtyły?
Danuta Rybicka: – Po prostu szukał nas, a myśmy do Niego przyszli. Nasze
kontakty z ks. Karolem Wojtyłą zaczęły się w 1951 roku. Byliśmy wtedy
studentami, a On wikarym w kościele św. Floriana, niedaleko politechniki, na
której studiował mój mąż, i internatu prowadzonego przez Siostry Nazaretanki, w
którym mieszkałam w czasie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. W styczniu
1951 r. ks. Wojtyła poprosił, żeby Mu pomóc "rozśpiewać wiernych". Przyszło
kilka studentek i kilku studentów, poćwiczyliśmy i śpiew kolęd w uroczystość
Matki Bożej Gromnicznej zabrzmiał już tak, jak trzeba. Ksiądz podziękował nam i
zaprosił nas w środę na Mszę Świętą o godz. 6.00. Przyszliśmy i tak było już co
tydzień. Spodobał się nam także śpiew gregoriański i tak oto powstał
kilkuosobowy chórek. Te środowe Msze Święte i chórek dały początek wspólnocie,
która trwa do dziś. Ksiądz wstępował do nas na próby chóru, by posłuchać i
przypatrzeć się nam. Zaczęły się rozmowy na różne tematy. Słuchaliśmy Jego
kazań. Dla niektórych stał się też spowiednikiem i kierownikiem duchowym.
Spotykaliśmy się również poza kościołem: na wycieczkach górskich, narciarskich,
kajakowych. Wtedy zaczęliśmy Go nazywać "Wujkiem", na co chętnie się zgodził.
Wymusiła to sytuacja polityczna. Przecież w latach PRL zakazane były kontakty
duchowieństwa z młodzieżą poza kościołem. Ten pseudonim, który określał
pokrewieństwo, był bardzo wymowny: mówił bowiem o naszym stosunku do ks. Wojtyły
i Jego do nas.
Jakie znaczenie dla Państwa ma fakt spotkania na drodze swojego życia Karola
Wojtyły?
Stanisław Rybicki: – Byliśmy młodzi, dopiero wchodziliśmy w życie, a On nam po
prostu towarzyszył. Nie było nakazów, zakazów, przymusu, nic też nie było
dziełem przypadku. Było to celowe działanie, ale bez "kazań" czy pouczeń. Ksiądz
Wojtyła uczył nas życia: wybierania między wygodą, np. dłuższym spaniem, a
ofiarą, czyli wczesnym wstawaniem i uczestnictwem w Eucharystii. Często
odprawiał w naszej intencji Msze Święte: z okazji imienin, o pomyślność w
egzaminach, a później także przy okazji rozwiązywania różnych życiowych
problemów. Nie mówił dużo, ale za to nadzwyczajnie słuchał. Słuchał, jak
dyskutujemy, i krótko, na końcu, wypowiadał swoją opinię. Nie narzucał jednak
swojego zdania. Zapytany o sposób rozwiązania jakiegoś problemu mówił: "Można
tak… albo tak… albo tak…, zastanów się, wybierz, a jak chcesz, przyjdź
jeszcze raz, to się zastanowimy". Czasami wystarczało nam wspólne milczenie.
Kiedy my, wówczas młodzi, bawiliśmy się, "Wujek" nam się przyglądał, nie
ingerował, my zaś cieszyliśmy się Jego obecnością. Nie uważaliśmy Jego obecności
za "nadzór", choć narzucała nam pewien styl. To było takie piękne
wychowywanie… Codziennie przygotowywał nas do życia, przyjaźni i małżeństwa.
Zarówno wtedy, kiedy się z nami modlił, szedł na wycieczkę połączoną z trudem i
wysiłkiem, kiedy odwiedzał nas w naszych rodzinnych domach i prowadził do domów
przyjaciół, jak i wtedy, kiedy szedł z nami do teatru czy na koncert.
Co sprawiało, że Karol Wojtyła przyciągał do siebie ludzi, że był
autorytetem?
D.R.: – Ksiądz Wojtyła był i jest dla nas autorytetem, bo żył w prawdzie: według
Dekalogu i Ewangelii, a przy tym był autentyczny. W każdym widział dzieło Boże.
Jako bardzo dobry uczeń, wierny kolega, biedny robotnik w Solvayu, gorliwy
kapłan, dociekliwy i pracowity naukowiec, pasterz diecezji, ojciec soborowy,
Głowa Kościoła, zawsze był świadkiem Prawdy; tak samo wśród mądrych i możnych,
jak wśród krzywdzonych i opuszczonych.
Ojca Świętego już nie ma wśród nas, ale Jego Środowisko wciąż trwa…
S.R.: – Po studiach niektórzy z nas opuścili Kraków, ale więź pozostała. Naszą
ostoją był ks. Karol Wojtyła – już nie wikary, a habilitujący się naukowiec. Z
nas wyrośli inżynierowie, pedagodzy, lekarze, artyści. Niektóre przyjaźnie
przerodziły się w miłość prowadzącą do małżeństwa. "Wujek" je błogosławił, a
kiedy przychodziły na świat dzieci – chrzcił je, radując się nimi tak jak my.
Tak duszpasterstwo akademickie przerodziło się w duszpasterstwo młodych
małżeństw. Śluby i chrzty w Środowisku były zawsze omodlone. Byliśmy sobie
wzajemnie świadkami przysięgi małżeńskiej i rodzicami chrzestnymi naszych
dzieci. Powiększało się nasze grono, a ks. Wojtyła otrzymywał kolejne godności
kościelne… Kiedy został biskupem, baliśmy się, że Go "utracimy", a On
powiedział: "Wujek pozostaje wujkiem". Wybrany na Papieża, powtórzył te słowa w
liście do Środowiska, dodając: "A wasza głowa w tym, jak to zrobić".
Dziękuję za rozmowę.
