Santo subito Stanowczość przywódcy Kościoła i serdeczność ojca
Z Bogusławem Szpytmą, burmistrzem Kłodzka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak zrodziła się Pana fascynacja Papieżem Janem Pawłem II?
– W 1983 r. studiowałem w Krakowie. Był to rok drugiej pielgrzymki Sługi Bożego Jana Pawła II do Ojczyzny. Przyjechała do mnie rodzina z Rzeszowa, 12 osób spało w małym studenckim pokoiku, a rano o godz. 4.00 wyruszyliśmy na Błonia, na spotkanie z Papieżem. Po celebrze, kiedy Jan Paweł II przejeżdżał koło sektora, w którym staliśmy, zobaczyłem Go z bliska. Poczułem wówczas impuls, niczym przeskok iskry elektrycznej, coś się ze mną wtedy stało… Później przez cały dzień biegałem po Krakowie, by tylko być na trasie przejazdu Ojca Świętego, by znów być blisko Niego. Nie wiem, co takiego miał w sobie ten człowiek, przecież nigdy z Nim nie rozmawiałem. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie, które do dziś noszę w sercu. Myślę, że było mi to potrzebne, aby później nie tylko patrzeć na Papieża Polaka, ale skupić się na Jego czynach i nauczaniu.
Jest Pan samorządowcem. Jak w praktyce wygląda wprowadzanie w życie zasad sprawiedliwości społecznej, których nauczał Jan Paweł II?
– Jest to trudne, nawet bardzo trudne. Jednak Ojciec Święty często staje przed moimi oczami – nie jako naukowiec, kapłan czy Papież, ale jako robotnik z Solvayu. Wówczas pokornieję i dostrzegam, że wszyscy ludzie wokół mnie mają w sobie ogromną wartość. Komunizm usiłował wypaczyć w nas spojrzenie na człowieka. Murarz miał budować, żołnierz strzec granic, a szewc – naprawiać buty. Tymczasem Papież uczył, że: „człowiek pracujący jest nie tylko narzędziem produkcji, ale podmiotem; podmiotem, który w całym procesie produkcji ma pierwszeństwo przed kapitałem”. Dzisiaj poważnym problemem jest systemowe czy też dokonywane przez poszczególnych ludzi blokowanie możliwości rozwoju osobowego człowieka. Praca jest traktowana jako towar, ma umożliwiać nabywanie dóbr, pomijając kontekst rozwoju duchowego człowieka. Dziś ludzie uczciwi, dobrze wykształceni często nie mają szans na uzyskanie odpowiedniej dla siebie pracy. Natrafiają na mur znajomości, układów… To zaprzeczenie papieskiej nauki o zasadach sprawiedliwości społecznej, sprawiedliwego podziału dóbr i równości każdego człowieka.
Szczególne miejsce w posłudze Sługi Bożego zajmowało nauczanie o małżeństwie i rodzinie. Czy świętość małżeństw w zlaicyzowanym świecie jest możliwa?
– Oczywiście, że świętość jest możliwa. Każdy może być świętym, niezależnie od stanu czy miejsca, w którym żyje. Małżeństwo jest ciągłym, bezinteresownym dawaniem siebie drugiej osobie. Owszem, związek mężczyzny i kobiety jest jedną z najtrudniejszych ludzkich relacji, może także dlatego, że jest nierozerwalny. Z drugiej strony właśnie ta stabilność jest wspaniała, zwłaszcza w świecie, który w imię rzekomego postępu próbuje odchodzić od norm etycznych i wskazań moralnych. Jednym z przykładów, że sakramentalne małżeństwo jest wspaniałą drogą do świętości, są małżonkowie Luigi i Maria Beltrame Quattrocchi, których Papież Polak beatyfikował w 2001 r. i o których mówił, że „przeżyli zwyczajne życie w nadzwyczajny sposób”.
Jan Paweł II łączył w sobie pewność i stanowczość przywódcy Kościoła z serdecznością ojca…
– To jest fenomen. Są to bowiem dwie postawy tylko z pozoru się wykluczające. Świat przekonuje, że skoro już jestem na piedestale, to nie wypada mi być blisko drugiego człowieka, bo jakoby umniejszałoby to moją wielkość. Jan Paweł II w swojej osobie potrafił obie postawy zjednoczyć, i był w tym wiarygodny, prawdziwy. Był wielkim przywódcą Kościoła, a zarazem ojcem każdego człowieka, zarówno tego z wyżyn społecznych, jak i tego biednego, żyjącego w cieniu wielkich tego świata.
Dziękuję za rozmowę.
