SANTO SUBITOStale jest z nami

Z ojcem prof. dr. hab. Zachariaszem Jabłońskim OSPPE, definitorem
generalnym Zakonu Paulinów, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Z Karolem Wojtyłą spotykał się Ojciec jeszcze przed Jego wyborem na Stolicę
Piotrową. Kim w oczach Ojca był ten, który w 1978 r. został Papieżem?

– Przede wszystkim był człowiekiem. To Jego człowieczeństwo obserwowałem jeszcze
jako kleryk, kiedy usługiwałem podczas posiłków biskupów uczestniczących w
rekolekcjach czy w innych uroczystościach na Jasnej Górze. Miałem wtedy okazję
podawać do stołu, przy którym siedział ówczesny ks. abp Wojtyła – wyręczał nas,
sam zbierając talerze np. po obiedzie. Fascynujące było również to, że ten
przecież poważny hierarcha jeździł na rowerze. Z kolei w Krakowie, na Skałce,
dostrzegałem Jego zatroskanie, by uroczystości ku czci św. Stanisława Biskupa i
Męczennika miały odpowiedni, bardzo podniosły charakter. Zauważałem, a był to
czas posoborowy, że ks. kard. Wojtyle zależało, żeby wierni aktywnie
uczestniczyli w Liturgii, także młodzież akademicka. W Jego sposobie bycia
uderzała niezwykła bezpośredniość, a w sprawach religijnych powaga. Eucharystia
– ten święty czas – była dla Niego czymś niezwykłym, wchodzeniem w Bożą
przestrzeń, w której się zamykał, ale też którą promieniował na zewnątrz.

Co zadecydowało o powołaniu kapłańskim Karola Wojtyły? Czy możemy powiedzieć,
że to powołanie zaczęło się od spotkania z Maryją?

– Z pewnością jest to tajemnica Jana Pawła II, trudna do odczytania dla nas, tak
zresztą jak nie do ogarnięcia jest logika Bożych działań. Wszystko zaczęło się
chyba już w domu rodzinnym, od modlitwy i nabożeństwa do Matki Bożej. W Jej
zasięgu promieniowania był jeszcze jako dziecko prowadzony przez rodziców przed
obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy w kościele parafialnym w Wadowicach, gdzie
potem już sam często się modlił. Dla mnie osobiście w tej drodze formacji
maryjnej Karola Wojtyły istotną rolę odgrywały pielgrzymki do Kalwarii
Zebrzydowskiej. Natomiast na Jasną Górę pielgrzymował wraz z parafią wadowicką
jako 12-letni chłopiec, w 1932 r., w roku jubileuszu 550-lecia sanktuarium, co
zresztą zostało uwiecznione na zdjęciu. Jednak moim zdaniem momentem niezwykle
ważnym, który pobożność maryjną Karola Wojtyły przestawił na inny, jeszcze
bardziej dojrzały poziom, było studium książki "Traktat o prawdziwym
nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny" św. Ludwika Marii Grignion de
Montfort. Tam też możemy odnaleźć korzenie hasła przewodniego Jego posługi
biskupiej – "Totus Tuus", a więc całkowitego, ufnego i dobrowolnego oddania się
w opiekę Maryi. Zresztą tę swoją pobożność maryjną potwierdzał wielokrotnie,
także we współpracy z Prymasem Tysiąclecia.

Dziś, w przededniu beatyfikacji, możemy już powiedzieć, że oto na naszych
oczach spełnia się wołanie z placu św. Piotra: "Santo subito!". A zatem historia
Papieża Wojtyły nie zakończyła się wraz z Jego śmiercią?

– Jan Paweł II stale jest z nami, wśród nas. Ktoś bardzo mądrze i interesująco
powiedział, że beatyfikacja jest sprowadzeniem świętego czy beatyfikowanego z
powrotem na ziemię, żebyśmy go zauważyli i na nowo odczytali jako pewien wzorzec
do życia Ewangelią. Osobiście bardzo mnie razi, że w próbach przedstawienia
postaci czy szukania klucza interpretacji świętości Karola Wojtyły mówi się –
zresztą prawdziwie – że był to geniusz słowa, człowiek teatru, który umiłował
piękno i człowieka, że głosił i ukazał światu na nowo Boże Miłosierdzie; a
niejako wycisza się klucz maryjny. Tymczasem Jan Paweł II wciąż uczy nas tej
maryjności, która została wpisana w Boże Miłosierdzie. Nie można przeciwstawiać
tych dwóch rzeczywistości, ale należy pamiętać, że dopełnieniem zawierzenia
Bożemu Miłosierdziu jest zawierzenie Matce Najświętszej, która to Boże
Miłosierdzie przybliża i która najpełniej go doświadczyła. Maryjność, która
wiąże się z zawierzeniem, jest maryjnością trudną. Nie jest bowiem naznaczona
wyłącznie naszym błaganiem, ale ma być także podjęciem odpowiedzialności za
zbawienie innych, co stanowi społeczny wymiar zawierzenia Matce Bożej. Szkoda,
że ten element maryjności nie do końca jest artykułowany.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj