Santo subito: Kochał ludzi, lubił śpiewać

Z Teresą Malecką, profesor Akademii Muzycznej w Krakowie, rozmawia Mariusz
Kamieniecki

Pani długą znajomość z Ojcem Świętym Janem Pawłem II zakończyła dopiero
śmierć Sługi Bożego. W jakich okolicznościach poznała Pani przyszłego Papieża?

– Moja starsza siostra Maria była w grupie młodzieży skupionej wokół młodego
wówczas kapłana ks. Karola Wojtyły. "Wujek" – bo tak w środowisku był nazywany,
przychodził do naszego rodzinnego domu na godzinę, dwie w ramach powycieczkowych
spotkań z młodymi. W 1958 roku jako 14-letnia dziewczyna poznałam Go jako
opiekuna duchowego tej starszej młodzieży, której się wówczas przyglądałam. 

Wkrótce dołączyła Pani do tej grupy. Czym ujmował młodych ks. Wojtyła, że tak
bezgranicznie Mu ufali?

– To była wielka osobowość, którą jako młodzi podziwialiśmy. Pierwszy raz byłam
na wycieczce z "Wujkiem", mając 16 lat, wówczas moje postrzeganie świata było
jeszcze bardzo niedojrzałe, ale z czasem stawało się pełniejsze. Osobiście
fascynowało mnie, że jest to młody, uroczy, wesoły, a zarazem głęboko myślący
ksiądz, którego cechowało niesłychanie bezpośrednie podejście do młodych ludzi.
U każdego z nas dostrzegał same pozytywne cechy. Właściwie nigdy nie widział w
nas negatywnych cech, a przy tym otaczał młodych czymś więcej niż przyjaźnią,
można powiedzieć – czułością i ogromną ojcowską wrażliwością. Był człowiekiem,
do którego można było przyjść z każdą ludzką sprawą i porozmawiać. Zawsze
znajdował dla nas czas i z ogromnym zrozumieniem traktował wszystkie nasze
problemy. A przy tym umiał słuchać. Ilekroć mieliśmy okazję z Nim rozmawiać,
nawet kiedy już był Papieżem, zawsze zadawał pytania, wspaniale słuchał i
reagował. Zdumiewające, jak umiał się koncentrować na drugim człowieku, można
powiedzieć, że był nim zainteresowany, i to każdym bez wyjątku.

Jak wyglądały spotkania z Janem Pawłem II w Watykanie i Castel Gandolfo?
– Po każdym takim spotkaniu zdawaliśmy sobie sprawę, że choć na chwilę pozwolono
nam wejść niejako do raju i przeżyć coś niezwykłego, o czym nigdy wcześniej nie
mogliśmy nawet marzyć. Były to bardzo długie rozmowy, często przy posiłkach, na
bardzo różne tematy, w których istotną rolę odgrywały również wspomnienia z
naszych młodzieńczych wypraw, a także wycieczkowych górskich przygód, kiedy np.
zeszliśmy z wytyczonej trasy. Ojciec Święty bardzo lubił te wspomnienia. Zawsze
ciekawiły Go też nasze sprawy rodzinne czy zawodowe, interesowała go Polska.
Były to zatem rozmowy na wiele tematów, ale zawsze przeniknięte ciepłem. Czasem
śpiewaliśmy podczas tych spotkań nasze stare wycieczkowe piosenki.

Wspomniała Pani o śpiewie. Trudno teoretyka i znawcę muzyki nie zapytać o
związki Papieża Polaka z muzyką. To, że lubił śpiewać, wszyscy wiemy, ale jaka
muzyka była tak naprawdę bliska Jego sercu?

– Ojciec Święty miał fantastyczny słuch, wspaniale śpiewał drugim głosem i
przede wszystkim lubił śpiew. Był on dla Papieża niejako elementem pewnego
rozluźnienia, kontemplacji, skoncentrowania się na jakiejś sprawie, ale także
jednym ze sposobów wyrażania miłości i uwielbienia Boga. Bez wątpienia Jan Paweł
II był też zainteresowany muzyką. Szczególnym umiłowaniem darzył muzykę
współczesnego polskiego kompozytora Henryka Mikołaja Góreckiego, u którego
jeszcze jako metropolita krakowski zamówił dzieło na uświetnienie obchodów 900.
rocznicy męczeńskiej śmierci św. Stanisława biskupa w 1979 roku. Później dzieło
to przeobraziło się w jeden z największych utworów sakralnych tego czasu,
związany już z Ojcem Świętym i Jemu dedykowany słynny psalm "Beatus vir". Jednym
z dyżurnych tematów naszych rozmów z Janem Pawłem II była fizyka z uwagi na
profesję mojego męża, a z drugiej strony poruszaliśmy tematy muzyczne. Papieża
ciekawiły nowo powstające utwory. Zresztą w związku z osobą Ojca Świętego
powstało ok. tysiąca utworów, można zatem powiedzieć, że te związki Jana Pawła
II z muzyką były obustronne. 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj