Rząd zmarnowanych szans

Termin „rząd solidarnościowy”, którym określa się gabinet Tadeusza Mazowieckiego, to, mówiąc eufemistycznie, duży skrót myślowy. Jego konstrukcja – czyli faktyczna koalicja OKP i z „panami”, i z „lokajami” – była dowodem na to, że polityczne kierownictwo strony solidarnościowej jest jak najdalsze od „triumfalizmu”, przed którym przestrzegał dziennik redagowany przez ówczesnego posła Adama Michnika, i pozostaje wierne „logice kompromisu” i otwartości na „partyjnych reformatorów”.

Reakcja strony komunistycznej po wyborach 4 czerwca 1989 r. była zrozumiała – głęboki szok i następujące zaraz po nim straszenie polskiej opinii publicznej, że dalszym zmianom politycznym „z pewnością” sprzeciwi się Związek Sowiecki oraz kontrolowane przez aparat partyjny wojsko i bezpieka. Natomiast reakcja „strony solidarnościowej”, a konkretnie Lecha Wałęsy oraz jego ówczesnego najbliższego otoczenia, zdominowanego przez reprezentantów laickiej lewicy, musiała budzić zdziwienie i niepokój.
Zaraz po zwycięskich dla kandydatów Komitetu Obywatelskiego wyborach „Gazeta Wyborcza” zaczęła przestrzegać przed „popadnięciem w triumfalizm”, przed „chęcią odwetu” i wykluczaniem „partyjnych reformatorów” (Kiszczaka et consortes) z procesu „trudnej polskiej transformacji”.
W efekcie kierownictwo polityczne strony solidarnościowej zgodziło się na uwiarygodnienie kompletnego horrendum, jakim była zmiana ordynacji wyborczej w trakcie wyborów. Umożliwiono w ten sposób stronie rządowej rozdysponowanie trzydziestu kilku brakujących miejsc (ze skreślonej przez wyborców listy krajowej) w okręgach wyborczych. Wszystko odbyło się pod hasłem pacta sunt servanda. Aczkolwiek można było odnieść wrażenie, że do „paktu” nie zostało dopisane społeczeństwo, które 4 czerwca 1989 r. dało wyraźnie do zrozumienia, co sądzi o okrągłostołowej umowie.

Jak gdyby nigdy nic nie było

Sprawa listy krajowej była odczytana przez komunistów jako ważny sprawdzian, test wytrzymałości kierownictwa Komitetu Obywatelskiego na rozsiewaną (przy wydatnym udziale rządowych mediów kierowanych podówczas przez Jerzego Urbana) atmosferę zagrożenia. Argumentem strachu skutecznie posłużono się również – tym razem wobec części parlamentarzystów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego – w lipcu 1989 r. podczas wyborów prezydenckich w Zgromadzeniu Narodowym. Tylko na skutek absencji niektórych posłów OKP 19 lipca gen. Wojciech Jaruzelski został wybrany na urząd prezydenta PRL większością jednego głosu. Jak wiadomo, w wyniku politycznych ustaleń Okrągłego Stołu urząd ten był zwornikiem całej koncepcji „miękkiego lądowania” komunistów podczas przygotowywanej „transformacji ustrojowej i gospodarczej”.
Jedną z pierwszych decyzji prezydenta Jaruzelskiego było desygnowanie na urząd premiera gen. Czesława Kiszczaka. 2 sierpnia 1989 r. uzyskał on aprobatę Sejmu zdominowanego przez PZPR i jego satelity. Tak więc niecałe dwa miesiące po wyborach 4 czerwca 1989 r. sytuacja wyglądała tak, jak gdyby nic się nie zdarzyło. Na czele państwa stało dwóch generałów. Ostatni raz z taką sytuacją mieliśmy do czynienia… podczas stanu wojennego. A czasy były przecież już zupełnie inne. Inny był przede wszystkim Związek Sowiecki, którego dygnitarze wielokrotnie po 4 czerwca 1989 r. dawali do zrozumienia swoim polskim towarzyszom, że nie mają co liczyć na „braterską pomoc” Moskwy. Postępowała ponadto destrukcja szeroko pojętego obozu rządowego.
Przede wszystkim chęć politycznej emancypacji zaczęli coraz wyraźniej okazywać dotychczasowi satelici PZPR: Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL) oraz Stronnictwo Demokratyczne (SD). Poważnym sygnałem potwierdzającym te tendencje było zachowanie się parlamentarzystów ZSL i SD, którzy nie poparli w 100 proc. kandydatury Jaruzelskiego na urząd prezydenta. Tak zachowali się ci posłowie „stronnictw sojuszniczych”, którzy dostali się do Sejmu jako „popierani przez Komitet Obywatelski” (choć z puli 65 proc. przewidzianej dla strony rządowej).
Do tego doszło przebijające się coraz wyraźniej po stronie solidarnościowej przekonanie, że konieczne jest jednak dopisanie swego rodzaju aneksu do umowy zawartej przy Okrągłym Stole (z pewnością jednak niecałkowite odrzucenie „logiki kompromisu”). Wyrazem tej postawy był opublikowany 3 lipca 1989 r. w „Gazecie Wyborczej” artykuł Adama Michnika (nie tylko redaktora tej gazety, ale również posła OKP) pod wymownym tytułem „Wasz prezydent, nasz premier”.

Rząd – kiedy i z kim?

Wysunięta przez posła A. Michnika (na dwa tygodnie przez prezydencką elekcją Jaruzelskiego) idea przejęcia przez stronę solidarnościową steru rządów nie była początkowo popularna wśród kierownictwa Komitetu Obywatelskiego. W jej zasadność powątpiewał m.in. Tadeusz Mazowiecki, który 14 lipca 1989 r. na łamach redagowanego przez siebie „Tygodnika Solidarność” stwierdzał, że „pospieszne domaganie się udziału we władzy może zniszczyć właściwą opozycji odpowiedzialność za państwo, a wcale nie zbudować skutecznej i trwałej odpowiedzialności za rządy”.
Trzeba zaznaczyć, że termin „nasz premier” był rozumiany przez posła A. Michnika i ważnych przedstawicieli laickiej lewicy (u steru w OKP i Komitecie Obywatelskim – Bronisław Geremek, Jacek Kuroń czy Henryk Wujec) jak najbardziej dosłownie. Z toczonych na początku sierpnia 1989 r. w obrębie OKP narad wynikało, że reprezentanci tego środowiska widzieli na urzędzie premiera B. Geremka (szefa OKP), a koalicję rządową miał tworzyć OKP z „reformatorskim skrzydłem partii”. Jak mówił poseł Michnik: „Rząd należy robić z panami, a nie z lokajami”. Ci ostatni to dawni satelici z ZSL i SD.
Ostatecznie zadecydowało zdanie Wałęsy. Od początku był on przeciwny kandydaturze Kiszczaka na premiera, a 7 sierpnia 1989 r. w specjalnym oświadczeniu stwierdził, że podejmie starania o utworzenie koalicji rządowej właśnie z „lokajami”. Taką koncepcję forsował m.in. senator OKP Jarosław Kaczyński, który z upoważnienia Wałęsy prowadził rozmowy z przywódcami ZSL i SD. 17 sierpnia 1989 r. koalicja OKP – ZSL – SD stała się faktem. Droga do powołania rządu z pominięciem PZPR została – jak się wydawało – otwarta. Jako kandydata na premiera Wałęsa wskazał Tadeusza Mazowieckiego – dawnego członka „Paksu”, redaktora „Więzi” i „Tygodnika Solidarność” (1980-1981 i ponownie od 1989); człowieka będącego od lat w najbliższym kręgu doradców przewodniczącego NSZZ „Solidarność”.
Należy zwrócić uwagę na fakt, że Mazowiecki nie był parlamentarzystą OKP. Nie kandydował do parlamentu (podobnie jak późniejszy minister w jego rządzie Aleksander Hall), wyrażając sprzeciw wobec niereprezentatywnego konstruowania list wyborczych KO (co leżało całkowicie w gestii Wałęsy i jego lewicowych doradców). W sierpniu 1989 r. konflikt z tymi ostatnimi wydawał się w oczach Wałęsy „plusem dodatnim” na rzecz Mazowieckiego, ponieważ dyskusje wokół politycznej konstrukcji „solidarnościowego rządu” ujawniły pierwsze poważne pęknięcia między Wałęsą a reprezentantami lewicy solidarnościowej. „Pan Tadeusz” wydawał się ponadto Wałęsie – jak później się okazało, całkowicie mylnie – bardziej sterowalny niż Geremek czy Kuroń.

Wielka koalicja, której oficjalnie nie było

Tadeusz Mazowiecki jako premier zyskał zaufanie Sejmu 24 sierpnia 1989 r., a przedstawiony przez niego skład rządu otrzymał wotum zaufania 12 września 1989 roku. Wymowne były liczby. W pierwszym głosowaniu kandydaturę Mazowieckiego poparło 378 posłów, a tylko 4 było przeciw (głosowało 423). Rząd poparło zaś 402 posłów, 13 wstrzymało się od głosu, nikt nie był przeciw. To daleko więcej niż arytmetyczna większość, którą dysponowała koalicja OKP – ZSL – SD; za każdym razem premiera i jego rząd popierali posłowie PZPR. Patrząc bowiem na skład rządu Mazowieckiego, okazuje się, że de facto stała za nim „wielka koalicja” OKP – ZSL – SD – PZPR, którą proponował jeszcze przed kandydaturą Kiszczaka prezydent Jaruzelski.
Informując Jaruzelskiego o zawiązaniu przez OKP koalicji z ZSL oraz SD, Wałęsa zapewnił jednocześnie, że w nowym rządzie wyłonionym przez tę koalicję „jest miejsce dla wszystkich reformatorskich sił w parlamencie” i „nie można nikogo dyskryminować, rugować, eliminować”. I słowa dotrzymał. W rządzie Mazowieckiego, który 12 września 1989 r. otrzymał zaufanie Sejmu, obok przedstawicieli dotychczasowej opozycji oraz ZSL i SD byli również przedstawiciele PZPR, i to zajmujący kluczowe resorty: MSW – gen. Czesław Kiszczak, MON – gen. Florian Siwicki. Co ciekawe, w rządzie kluczowe stanowisko ministra finansów i wicepremiera objął dr Leszek Balcerowicz, nominalnie zaliczający się do strony solidarnościowej, ale którego trudno nazwać wybitnym działaczem strony opozycyjnej.
Bardzo wymownym, ale często umykającym uwadze faktem było przegłosowanie również 12 września 1989 r. kandydatury Władysława Baki na prezesa NBP; objęcie tego stanowiska przez twórcę w przeszłości kolejnych „etapów socjalistycznej reformy gospodarki” skutecznie zabezpieczało ekonomiczne interesy środowisk postkomunistycznych.

Zbyt ostrożnie i zbyt mało

Co ważniejsze jednak, pryncypia te – faktycznie spowalniające drogę wychodzenia Polski z komunizmu (na czele z patologiami charakterystycznymi dla zjawiska postkomunizmu) – można było odnaleźć w polityce realizowanej przez rząd Mazowieckiego. Polityka gospodarcza została podporządkowana dwóm podstawowym celom: okiełznaniu szalejącej inflacji i zabezpieczeniu budżetu państwa przed katastrofą. Cele oczywiste i trudne do zakwestionowania. Jednak twardej polityce monetarystycznej nie towarzyszyły zmiany strukturalne, zwłaszcza gdy chodzi o strukturę własności. Nie podjęto zupełnie problemu reprywatyzacji (nie mówiąc o jakimkolwiek innym programie upowszechnienia własności wśród Polaków). W marcu 1990 r. Stefan Kisielewski ostrzegał m.in. przed tym brakiem w „planie Balcerowicza”: „Panuje u nas swoista, bo szczera „propaganda sukcesu”: że owszem jest ciężko, ale jak przezwyciężymy trudności, to przyjdzie Wolny Rynek, a wtedy już będzie bardzo dobrze. Otóż uwaga: wolny rynek, gospodarka rynkowa, to nie jest żadna gwarancja dobrobytu, istnieje wiele krajów wolnorynkowych, np. w Ameryce Południowej albo w Afryce, które są bardzo biedne. Wolny rynek to niezbędna METODA, ale bez gwarancji, bo do jej sukcesu potrzeba wielu jeszcze rzeczy: kadr produkcyjnych, produkcji oryginalnej, specyficznej, potrzebnej w świecie, kapitału inwestycyjnego, rynku kapitałowego… Wolny rynek to dobry instrument, ale nie każdy może na nim zagrać. Co więc będzie, gdy Polska po reformie stanie się krajem gospodarki rynkowej, ale gospodarki biednej?”. Dodajmy do tego zadziwiającą bierność rządu Mazowieckiego wobec nasilających się w gospodarce zjawisk o charakterze aferalnym (por. aferę alkoholową czy aferę wokół FOZZ).
Nazbyt powoli postępował demontaż państwa komunistycznego. Zlikwidowano co prawda SB i MO, powołując na ich miejsce (wiosną 1990 r.) UOP oraz Policję, ale nie przeprowadzono rzetelnej weryfikacji funkcjonariuszy dawnej bezpieki (por. kazus płk. Lesiaka, a takich było więcej); Wojskowe Służby Informacyjne pozostały nietknięte (wraz z całą siecią powiązań „na styku biznesu i polityki”). Nie zatrzymano akcji niszczenia archiwów MSW, a co więcej – wszystko wskazuje na to, że kierował nią jeden z ministrów w rządzie Mazowieckiego – Czesław Kiszczak (szef MSW do lipca 1990 r.).
Co charakterystyczne, gabinetowi Mazowieckiego nie zabrakło energii w torpedowaniu oddolnych prób usuwania pozostałości komunistycznego państwa. Pod hasłem obrony „państwa prawa” rząd stanowczo sprzeciwił się jesienią 1989 r. akcji młodzieżówki KPN zajmowania budynków należących do PZPR. Równie energicznie rząd sprzeciwiał się podejmowanym przez część parlamentarzystów OKP próbom nacjonalizacji kontrolowanego przez PZPR koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch (tutaj gabinet Mazowieckiego znalazł sojusznika w pośle Michniku, który grzmiał z trybuny sejmowej przeciw „bolszewickim metodom”). W praktyce oznaczało to pozostawienie rynku prasowego bądź w rękach dotychczasowych, postkomunistycznych redakcji (pod postacią tzw. spółek dziennikarskich), bądź przekazanie w obce ręce (w Polsce Zachodniej był i jest to przede wszystkim kapitał niemiecki – zupełnie przypadkowo, rzecz jasna).
Opieszałość rząd Mazowieckiego wykazał również w kwestii zapobieżenia przejęciu majątku rozwiązanej w styczniu 1990 r. PZPR przez jej sukcesorkę – Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Przypomnijmy, że majątek ten był wygenerowany dzięki wieloletniemu rabunkowi budżetu państwa (czyli wszystkich obywateli, partyjnych i niepartyjnych). Ta bierność oznaczała, że partii Kwaśniewskiego udało się przejąć znaczną część tego majątku. Wszystko pod szyldem walki o „państwo prawa” i „wystrzegania się nadmiernego triumfalizmu”.
Znamienne było również to, że dopiero pod naciskiem posłów OKP zniesiono w 1990 r. cenzurę, podczas gdy w tym samym czasie przedstawiciele rządu Mazowieckiego (np. Jerzy Ciemniewski) utrzymywali, że nie należy się nadmiernie spieszyć z jej likwidacją.
Z pewnością do „plusów dodatnich” rządu Mazowieckiego należy zaliczyć to, że nie włączył się on do rozkręcanej właśnie (m.in. przez gazetę posła Michnika) kampanii walki o „neutralność światopoglądową państwa”. W 1990 r. na mocy rozporządzenia szefa MEN powróciła katecheza do szkół, co „Gazeta Wyborcza” przywitała jako „przykrą niespodziankę”.
W zakresie polityki zagranicznej należy pozytywnie odnotować starania rządu – chociaż nieskuteczne – by włączyć Polskę do rozmów o statusie zjednoczonych Niemiec i ostrożną politykę wobec rozpadającego się Związku Sowieckiego. Zawarty w listopadzie 1990 r. układ Genscher – Skubiszewski potwierdzał dotychczasową granicę polsko-niemiecką, ale nie znalazły się w nim żadne regulacje zabezpieczające chociażby prawa Polaków w Niemczech (status mniejszości narodowej). Jak pokazała najbliższa historia, kwestia ta nie została uregulowana także w późniejszym traktacie polsko-niemieckim o dobrym sąsiedztwie.
Czy można czynić rządowi Mazowieckiego zarzut, że 12 września 1989 r. był ostrożny, gdy od wschodu, zachodu i południa mieliśmy Armię Czerwoną, gdy istniał Układ Warszawski, a Zachód był daleko i raczej nie chciał przełamywania żelaznej kurtyny? Oczywiście, w takiej sytuacji – nie można. Ale ta sytuacja przestała istnieć już kilka tygodni później, gdy posypały się komunistyczne reżimy w krajach „demokracji ludowej”, Układ Warszawski faktycznie zamarł, a upadek muru berlińskiego udowodnił, że Sowieci „spisali na straty” swojej imperialnej polityki Europę Środkową. W tej sytuacji ostrożność nie była już wyrazem roztropności, ale zaniechania. A niewykorzystane sytuacje mszczą się. Nie tylko na boisku.


Prof. Grzegorz Kucharczyk

********

Prof. Grzegorz Kucharczyk jest historykiem myśli politycznej XIX i XX w., pracownikiem naukowym Instytutu Historii PAN, Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu, autorem książek, m.in. takich jak: „Czerwone karty Kościoła” (2002), „Pierwszy holokaust XX wieku” (2004), „Kielnią i cyrklem. Laicyzacja Francji w latach 1870-1914” (2006), „Mała historia wielkiej Polski” (2007), współautorem serii podręczników do historii dla gimnazjum.

drukuj