Rząd lubi drogą benzynę

Z Andrzejem Szczęśniakiem, ekspertem rynku paliw i
gazu, rozmawia Agnieszka Gracz

Ceny paliw szybko rosną i nie widać końca tego procesu…
– Rzeczywiście, wygląda to dość ponuro – od miesiąca ceny paliw gwałtownie
rosną. Jeszcze w przeddzień wyborów Orlen obniżył ceny paliw, utrzymując je na
poziomie 5,09 złotego. Wcześniej, we wrześniu, obniżył je nawet poniżej
psychologicznej bariery 5 złotych. W tej chwili ceny rosną, osiągając poziom
5,40, a nawet wyżej.

Za co płacimy, kupując benzynę?
– W skład ceny benzyny wchodzi przede wszystkim koszt zakupu ropy, który wynosi
teraz 2 złote 21 groszy za litr paliwa. Dodatkowe koszty są związane z przeróbką
ropy w rafineriach, gdzie marża przy oleju napędowym jest dziś bardzo wysoka –
prawie 80 gr za litr. I gdy rafinerie zagraniczne pobierają 40 groszy, polskie
dodatkowo biorą również 40 groszy za litr. Inne są koszty przy produkcji
benzyny, gdzie do rafinerii zachodnich trafia 8 groszy, a do polskich ponad 20
groszy. Trzecim elementem są koszty dostarczenia paliwa do klienta, marża stacji
paliw – dziś to około 19 groszy dla benzyny i 12 groszy dla oleju napędowego.
Kolejnym składnikiem są podatki: akcyzowy, opłata paliwowa i 23 proc. podatku
VAT. Podatki te przy niskich cenach ropy stanowiły nawet 65-66 proc. ceny paliw.
Dziś ten udział spadł, bo droga jest ropa, ale i tak podatki stanowią połowę
tego, co płacimy na stacji.

Połowa to też bardzo dużo. Polski fiskus jest więc bardzo pazerny…
– Bezkrytycznie poszliśmy w kierunku europejskich rozwiązań podatkowych, a nie
jesteśmy krajem tak zamożnym jak inne państwa Europy Zachodniej. I dziś widoczne
są skutki tej polityki – portfel Polaka jest trzykrotnie chudszy od
niemieckiego, a różnice w cenach paliw są minimalne. Ale jeszcze przed wejściem
do Unii, gdy ceny ropy były bardzo niskie – nawet 10 dolarów (gdy dzisiaj ponad
100), za rządów Leszka Balcerowicza rząd gwałtownie podnosił podatki. Wtedy było
to mniej odczuwalne, obecnie, gdy cena ropy tak bardzo wzrosła – odczuwamy to
już boleśnie.

Drogie paliwa mocno uderzają kierowców po kieszeni…
– Porównałem liczbę samochodów osobowych zasilanych benzyną i LPG ze zużyciem
tych paliw. Okazuje się, że widoczne są negatywne zjawiska – w latach 2006-2010
liczba samochodów osobowych zwiększyła się, ale jeden samochód zużywa o 17 proc.
mniej benzyny i gazu płynnego, co oznacza, że Polacy prywatnie mniej jeżdżą.
Stać nas na samochody, ale nie stać nas na paliwa. Oczywiście trzeba podkreślić,
że konsumpcja oleju napędowego stale rośnie, ponieważ wzrasta produkcja, rozwija
się budownictwo, to są pozytywne aspekty rozwoju gospodarki. Biorąc jednak pod
uwagę konsumpcję indywidualną, obserwujemy negatywne tendencje.

Czy musimy się liczyć z tym, że paliwo będzie kosztowało więcej niż 6 zł
za litr?

– Istnieje takie ryzyko, gdyż niestety dzisiaj cena ropy podlega szalonym
spekulacjom. Ten stan nie odzwierciedla fundamentów rynku, ponieważ nie brakuje
na nim ropy, a jej cena jest tak wysoka, jak w czasach największych kryzysów: w
trakcie wojny Iraku z Iranem, rewolucji irańskiej, czyli w tych momentach, gdy
ropy rzeczywiście brakowało na rynku i dlatego była bardzo droga. To jeden
czynnik niepewności. Drugi to podatki – w najbliższym czasie skończą się zniżki
na podatki europejskie, co spowoduje wzrost ceny oleju napędowego przynajmniej o
20 gr, chociaż wydaje mi się, że minister finansów może podnieść ją nawet o 30
groszy. Zakładając jednak wzrost o 20 groszy, cena wzrosłaby do 5,60 zł za litr.
Do 6 zł brakuje zatem 40 groszy, a taką podwyżkę może spowodować wzrost ceny
ropy o 20 dolarów, a to jest możliwe. Żeby jednak nie straszyć Polaków, co jest
dzisiaj powszechne, trzeba stanowczo stwierdzić, że równie dobrze ceny mogą
spaść. Może powtórzyć się scenariusz z 2008 roku, kiedy nastąpił szczyt
spekulacji cenami ropy: mieliśmy drastyczny wzrost cen do 4,70 zł, a później
nastąpił spadek i paliwa na stacjach kosztowały 3,30 złotego. Gdyby dziś doszło
do kryzysu finansowego, paliwa byłyby po 3,50 złotego. Obydwa scenariusze są
możliwe.

A może polski rząd powinien wreszcie podjąć działania, które
doprowadziłyby do obniżki cen paliw?

– Wpływy z podatków paliwowych do budżetu są znaczne, więc rząd nie jest
zainteresowany niskimi cenami paliw. W Europie, choć zasadniczo podatki są
wyższe, można zauważyć, że wiele krajów stosuje ulgi dla poszczególnych grup
konsumentów, jednak polscy politycy nie podejmują kroków w tym kierunku w ramach
przepisów Unii Europejskiej. Wręcz przeciwnie – dołączają dodatkowe koszty.
Jednym z nich są m.in. wysokie koszty obowiązkowych biopaliw, które są dużo
droższe, co więcej – budzą etyczne wątpliwości, podwyższając ceny żywności. Ich
używanie dodaje do każdego litra 6-10 groszy. Może się to wydawać niewiele, ale
dla wszystkich kierowców będą to kwoty rzędu 1,5 do 2,5 mld zł rocznie.
Droga jest więc otwarta, ale działania naszych polityków zmierzają w innym
kierunku. Paliwa są doskonałym "ukrytym" podatkiem, łatwym pieniądzem dla
budżetu. Politycy myślą kategoriami dochodów do budżetu, a nie kategoriami
konsumentów i niskich cen. Na to nakłada się nieefektywne zarządzanie, które
powoduje, że polskie rafinerie produkują drogo i zaniedbują na przykład krajowe
wydobycie ropy, która kosztuje kilkanaście dolarów. Jeśli polskie firmy mogłyby
same taniej wydobywać surowiec, zarabiałyby na ropie i paliwa mogłyby sprzedawać
nieco taniej. Rząd ma pewne narzędzia działania, jednak obniżenie cen dla
konsumenta i gospodarki nie jest jego priorytetem.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj