Ryzykujemy atak spekulantów

Rząd i Narodowy Bank Polski milczą w sprawie wielkości pomocy, jaką
NBP miałby wyasygnować z polskich rezerw walutowych na ratowanie upadającej
wspólnej waluty. Ekonomiści ostrzegają przed możliwością ataku spekulacyjnego na
Polskę w końcu roku. Eurostrefie nie da się już pomóc, a sobie możemy zaszkodzić
– twierdzą

W grę wchodzi od 7 do 20 mld euro, tj. od 30 do 100 mld złotych. Przyjęte
przez Donalda Tuska zobowiązanie do przekazania dużej części naszych rezerw do
Międzynarodowego Funduszu Walutowego, żeby ten pomagał krajom euro,
zbulwersowało posłów opozycji. Tym bardziej że wcześniej zasilenia MFW na rzecz
eurostrefy odmówili Amerykanie i Niemcy, którzy nie dopuścili, aby do Funduszu
trafiły środki z Europejskiego Banku Centralnego.

Tymczasem kierownictwo NBP poparło wydrenowanie polskiego banku centralnego z
rezerw walutowych.
"Gdy propozycje działań na rzecz stabilizacji sytuacji w strefie euro przyjmą
kształt konkretnych rozwiązań, NBP gotów jest je rozważyć i podjąć odpowiednie
decyzje dotyczące skali i zaangażowania banku" – czytamy w komunikacie. "NBP ma
nadzieję, że propozycje wypracowane przez Radę Europejską będą stanowić
skuteczny element poprawy sytuacji w strefie euro i uznaje je za niezwykle
istotne dla pomyślnego rozwoju sytuacji gospodarczej w Polsce. NBP uważa, że
gwałtowne zawirowania na rynkach europejskich wywierają negatywny wpływ na
działalność systemu finansowego w Polsce" – uzasadniają władze banku.

– NBP nie podjął jeszcze decyzji w sprawie zasilenia MFW. Będziemy analizować
pod względem nakładów i efektów, czy to jest dla nas korzystne z punktu widzenia
stabilności finansowej, czy nie – zastrzegł Zdzisław Sokal, członek zarządu NBP.
– Bardzo ostrożnie patrzymy na jakiekolwiek działania z użyciem rezerw. To
będzie niezależna decyzja zarządu NBP – podkreślił. Prezes NBP Marek Belka nie
zabrał jeszcze głosu w tej sprawie, co może sugerować istnienie sporu wewnątrz
zarządu banku centralnego.
Wiceminister finansów Ludwik Kotecki powiedział, że Polska udostępni MFW
pieniądze w formie pożyczki i że będzie to kwota niższa niż 10 mld euro.
Zapewnił, że jeśli Polska sama popadnie w tarapaty finansowe, będzie mogła te
pieniądze "w pewnym sensie wycofać z puli". Nie wyjaśnił jednak, czy w takim
wypadku Polska będzie musiała płacić za pożyczkę własnych walut odsetki na rzecz
MFW oraz czy będzie musiała poddać się w zamian ostrym regułom oszczędnościowym
MFW.
Jan Krzysztof Bielecki, szef Rady Gospodarczej przy premierze, jest zdania, że
część gotówkową wpłaty do MFW, w kwocie kilkuset milionów złotych, rząd jest w
stanie wygospodarować już w przyszłorocznym budżecie. – To nie są porażające
kwoty – twierdzi Bielecki, były szef włoskiego Pekao SA. Przypomnijmy, że
głównym obciążeniem strefy euro są obecnie właśnie Włochy z 1,9 bln euro długów
do spłacenia.

– Sytuacja, w której państwo pożycza na światowych rynkach finansowych
dziesiątki miliardów złotych rocznie na wysoki procent, a jednocześnie deklaruje
pomoc innym państwom w obniżeniu kosztów odsetkowych długu i pomoc ich bankom w
wycofaniu się z błędnych inwestycji w obligacje, jest zgoła absurdalna. To tak,
jak gdyby właściciel folwarku miał problem z zapłaceniem przedsiębiorcy za
dostarczony kredyt, więc kazał go podżyrować chłopom, bo przecież mają zdolność
kredytową.
– komentuje propozycję dr Cezary Mech, były doradca prezesa NBP. – Na absurd
zakrawa też fakt, że Narodowy Bank Polski chce przekazać część swoich rezerw
walutowych do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a jednocześnie posiada w
tymże MFW elastyczną linię kredytową, za którą płaci setki milionów rocznie (za
samą gotowość MFW do udostępnienia środków koszty ewentualnego skorzystania z
linii będą jeszcze wyższe). I pomyśleć, że NBP naraża kraj na ryzyko kursowe w
celu ratowania krajów euro, które ryzyka kursowego nie mają – podkreśla
finansista.
– To wszystko jest z gruntu nieracjonalne. Krajom peryferyjnym eurostrefy, które
mają 3,7 bilionów euro długów, to nic nie pomoże. A nam poważnie zaszkodzi! –
podsumowuje dr Mech.
– Podobnie jak półtora roku temu kryzys można było zatrzymać, przeprowadzając
kontrolowane bankructwo Grecji, teraz tak samo jest z Włochami – twierdzi
Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP. Według niego, są dwa możliwe sposoby
rozwiązania problemu: pierwszy to natychmiastowe kontrolowane bankructwo Włoch
połączone z nacjonalizacją części sektora bankowego w strefie euro, drugie –
wprowadzenie nowego euro poprzez wymianę według innego przelicznika dla Niemiec
(1:1), innego dla Włoch (1:1,5) itd. Bez sięgnięcia po jedno z tych rozwiązań
włoski dług jest, zdaniem ekonomisty, nie do spłacenia.

– Strefy euro w obecnym kształcie utrzymać się nie da. To jest sztuczna
konstrukcja – uważa prof. Tomasz Gruszecki z Katedry Ekonomii KUL. – Jedynym
oparciem dla współczesnego papierowego pieniądza emitowanego przez banki
centralne jest zaufanie do państwa i jego obligacji, a zaufanie to wynika z roli
państwa jako podmiotu mającego monopol na pobór podatków. Normalny bank
centralny jest nie tylko emitentem pieniądza, ale także "pożyczkodawcą ostatniej
instancji", dającym gwarancję bezpieczeństwa sektora bankowego. EBC tej funkcji
nie pełni. Europejski Bank Centralny, bez zaplecza w postaci unii fiskalnej,
niejako "wisi w powietrzu", unia walutowa, która za nim stoi, nie posiada
własnych wpływów podatkowych – tłumaczy ekonomista. W jego ocenie, sytuacji,
która prowadzi do permanentnego kryzysu w eurostrefie, nie da się zmienić, bo
państwa nie godzą się na pełną unię fiskalną. Rynki wiedzą o tym fundamentalnym
błędzie tkwiącym w konstrukcji eurostrefy. Postanowienia szczytu UE nie zdołały
przywrócić ich zaufania. Dowodzi tego rentowność włoskich obligacji, która po
chwilowym spadku znów skoczyła wczoraj powyżej 6 procent. Eurostrefa w obecnym
kształcie wymagać będzie ciągłej pomocy zewnętrznej.

– Jeżeli euro jest chore, to trzeba tę chorobę leczyć u źródła, zamiast
wspierać rozwój choroby – tak komentuje prof. Gruszecki ofertę pomocy Polski dla
zagrożonej eurostrefy. Rozpad strefy euro jest, według niego, przesądzony. Być
może utrzyma się ona w okrojonym kształcie tzw. Nordeuro (Niemcy, Austria,
Holandia, Luksemburg, może Francja).
– Obniżanie rezerw NBP tuż przed końcem roku, gdy rząd szykuje się do
interwencji na rynku w celu umocnienia złotego i zbicia relacji długu do PKB
poniżej 55 proc. – wystawia Polskę na atak spekulacyjny. Rynki wiedzą, że będzie
interwencja przed nowym rokiem, i spekulanci mogą uderzyć. Gdyby doszło do
ataku, rezerwy walutowe NBP będą bardzo potrzebne – ostrzega prof. Gruszecki.

Małgorzata Goss

drukuj