Rywalizacja będzie zacięta

Z dr. Spasimirem Domaradzkim, prodziekanem Wydziału Stosunków
Międzynarodowych Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego,
rozmawia Marta Ziarnik

Pierwsze głosowanie w amerykańskich prawyborach wygrał Mitt Romney,
jednak jego przewaga nad Rickiem Santorumem wynosi zaledwie 8 głosów. Jak ocenia
Pan ten wynik?

– Jest to chyba jeden z tych momentów, na który warto zwrócić uwagę, biorąc
pod uwagę życie polityczne w naszym kraju. Proszę zauważyć wagę każdego głosu,
świadomość wyborców, zaangażowanie i determinację niezależnie od opisów i
przewidywań mediów, otwartość kandydatów i przejrzystość ich poglądów. Pozwolę
sobie zwrócić uwagę na fakt, iż chociaż wynik ten jest bardzo wyrównany, nie
bagatelizowałbym rezultatu, jaki osiągnął także Ron Paul. W zasadzie mamy do
czynienia z pierwszym przetasowaniem i na tę chwilę ta trójka (Romney, Santorum,
Paul) ma lepszą pozycję w wyścigu.

Do tej pory Santorum nie był typowany na jednego z głównych
kandydatów do zwycięstwa. Co się więc stało, że prześcignął chociażby Rona
Paula? Czy zdecydowało o tym konserwatywne stanowisko Santoruma, który jest
przeciwnikiem aborcji i związków homoseksualnych?

– Rzeczywiście mało kto wspominał o nim, ze względu na fakt, iż stosunkowo
późno włączył się do wyścigu o nominację. Jednak jego wyraźne poglądy
przyciągają osoby, które mają bardzo jednoznaczne stanowisko na społecznie
drażliwe tematy. Jak podaje CBS, przyciągnął on zwolenników z Tea Party oraz
kręgów konserwatywnych, a zatem tych, którzy najbardziej nie utożsamiają się z
obecną rzeczywistością w USA. W tym sensie jego szanse mogą jeszcze wzrosnąć,
jeśli Mitt Romney, starając się przeciągnąć więcej umiarkowanych głosujących,
popełni błędy, które umocnią przekonanie, iż jest gotów na kompromisy, a zatem
stanie się niewiarygodny dla religijnej prawicy w USA.

Wielu kandydatów postawiło w tej kampanii na negatywną reklamę. Jak
widać, taktyka ta popłaciła zwłaszcza Romneyowi?

– Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, iż taktyka opiera się przeważnie na
negatywnej kampanii. Taka jest rola opozycji wobec rządzącej ekipy. Co więcej,
kandydaci, którzy ubiegają się o nominację swojej partii, muszą udowodnić,
dlaczego warto postawić na nich, a nie na ich oponentów. Mitt Romney, który ma
doświadczenie w walce o nominację, wyciągnął wnioski i próbuje zająć bardziej
pojednawcze stanowisko, które zjednoczy mu bardziej umiarkowanych Republikanów.
Z drugiej strony takie działanie odpycha bardziej konserwatywną część
amerykańskiej prawicy. Santorum natomiast stawia na otwartość i determinację
opartą na społecznym rozczarowaniu, które widać, i na początku to pomaga.
Pytanie tylko, czy to wystarczy. Ron Paul z kolei jest kandydatem o
libertariańskich korzeniach i jest mało prawdopodobne, aby taka filozofia
ostatecznie zwyciężyła. Warto jednak zaznaczyć, iż przyciągnął on sporą część
młodego elektoratu w Iowa, a to przecież też ci, którzy ostatecznie doprowadzili
do wielkiej wygranej Baracka Obamy w 2008 roku.

Prawybory w Iowa zapoczątkowały sześciomiesięczną walkę wśród
Republikanów o możliwość stanięcia w bezpośrednie szranki z Obamą. Który z
republikańskich kandydatów ma, Pana zdaniem, największe szanse?

– Mamy do czynienia z nieprawdopodobnie ciekawym momentem. Spotkałem się z
komentarzami, iż Iowa nie jest najważniejszym stanem, skoro daje tylko 28
głosów. Ale w rzeczywistości, jeśli się w niej nie wygra, to szanse na nominacje
są marne. Tym samym powinienem powiedzieć, że już sprawa wydaje się jasna, lecz
według mnie, tak wcale nie jest. Proszę rozważyć też możliwość, iż nikt z
kandydatów nie uzyska wystarczającej większości, a tym samym decyzja zapadnie na
konwencji Partii Republikańskiej, gdzie do nominacji może ubiegać się również
kandydat do tej pory niestartujący w republikańskim wyścigu. Co więcej,
tendencja do namaszczania kandydatów przez media udowadnia swoją skuteczność w
naszej części świata, lecz w Stanach Zjednoczonych proces polityczny jest
znacznie bardziej otwarty i elastyczny.

A jak wygląda poparcie dla Obamy? Czy amerykańskie społeczeństwo
nadal patrzy na niego jak na idola i superbohatera z magiczną różdżką?

– Barack Obama jest ofiarą własnych czasów. Został prezydentem na fali
olbrzymiego społecznego rozgoryczenia oraz wielkiej nadziei na lepszą
przyszłość. Po prawie trzech latach urzędowania i walki o niepopularne reformy
oraz wciąż borykającą się z trudnościami gospodarkę nie jest już tym
"mesjaszem". Wywiązanie się z niektórych obietnic w sferze polityki zagranicznej
– jak chociażby wycofanie z Iraku, zabicie bin Ladena czy redukcja amerykańskiej
obecności w Afganistanie – może nie być wystarczające do przekonania o swojej
wiarygodności. Niektórzy pokładają nadzieję na bezgraniczną sympatię
Afroamerykanów, ale również oni odczuwają ciężkie czasy dla Ameryki. Dla Obamy
szansą może być mocne rozwarstwienie w szeregach Partii Republikańskiej, lecz
należy pamiętać, że jesteśmy na początku walki o najwyższy urząd i dopiero
nominacja republikańskiego kandydata, która nastąpi najpóźniej w lipcu,
doprowadzi do konsolidacji szeregów Republikanów.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj