Rynek pracy w górę


BILANS RZĄDOWY

Brak pracy lub perspektywa jej utraty stanowiły dwa lata temu, obok braku bezpieczeństwa osobistego, jedno z głównych zagrożeń, na jakie uskarżali się Polacy. We wrześniu 2007 r. liczba bezrobotnych spadła do 1 779 200 osób i wynosiła w skali kraju 11,7 proc. – o 6 punktów procentowych mniej niż dwa lata wcześniej. W największych miastach stopa bezrobocia osiągnęła wartości zbliżone do tzw. bezrobocia naturalnego – poniżej 5 procent. Między zwolennikami a przeciwnikami obecnego rządu trwa spór o przyczyny tego, pozytywnie przez większość Polaków odbieranego, zjawiska.

Zdaniem przeciwników gabinetu Jarosława Kaczyńskiego, spadek bezrobocia jest przede wszystkim efektem otwarcia rynków pracy, przynajmniej w niektórych krajach Wspólnoty Europejskiej. Istotnie, już w ostatnich miesiącach 2004 r. liczba osób pozostających bez pracy była minimalnie niższa niż rok wcześniej. Różnica ta przekroczyła w 2005 r. 1 punkt procentowy, jednak rzeczywiste przyspieszenie jest widoczne dopiero od tego momentu: w III kwartale 2005 r. zanotowano spadek o ok. 1,3-1,4 proc., w IV kwartale 2005 r. o 1,6 proc., w czerwcu 2006 – o 2 proc., w sierpniu i wrześniu 2007 r. – o 3,5 proc. (za każdym razem w porównaniu do wielkości 12 miesięcy wstecz, co eliminuje wahania okresowe). Według zmodyfikowanej metody liczenia stopy bezrobocia używanej przez Eurostat (procent osób w wieku 15-74 lata pozostających bez pracy, zdolnych podjąć zatrudnienie w ciągu najbliższych dwóch tygodni, którzy aktywnie poszukiwali pracy w ciągu ostatnich tygodni w odniesieniu do wszystkich osób w wieku produkcyjnym w danym kraju), już teraz mamy jednocyfrowe bezrobocie, poniżej 9 procent.

A więc odczuwalny społecznie spadek bezrobocia ewidentnie zbiegł się z początkiem kadencji rządów PiS. W tym samym czasie nastąpiło wyraźne przyspieszenie tempa wzrostu PKB z ok. 3 proc. do ok. 7 proc. rocznie. Skalę tego przyspieszenia można sobie uświadomić następująco: utrzymanie tempa wzrostu na poziomie 3 proc. pozwoliłoby osiągnąć obecną średnią unijną za dwadzieścia kilka lat, na poziomie 7 proc. – w ciągu poniżej 10 lat. Oczywiście unijna gospodarka też rośnie, właśnie w tempie blisko 3 proc. rocznie, stan gospodarki przed 2005 r. „gwarantował” Polsce trwałe zapóźnienie, 7 proc. pozwoli dogonić średnią unijną za 18 lat.

Właśnie w tych straconych latach daliśmy się przegonić m.in. krajom bałtyckim, które zresztą wciąż rozwijają się szybciej od Polski (7-10 proc.).

Obecne przyspieszenie gospodarki jest niezwykle istotnym czynnikiem spadku bezrobocia – wymusiło ono wyraźny wzrost zatrudnienia, ocenia się, że w ciągu dwóch lat przybyło ok. 800 tys. miejsc pracy. Jednocześnie przypuszcza się, że spora część osób figurujących w statystykach jako bezrobotne, pracuje za granicą. A więc nie tyle spadek z ponad 3 mln do przywołanej we wstępie liczby 1,78 mln jest spowodowany emigracją zarobkową, ile jeszcze od wspomnianej wielkości należy odjąć pewną liczbę emigrantów. Być może to oraz fakt, że za granicę wyjeżdżają także poszukiwani specjaliści, tłumaczy, że mimo iż teoretycznie wciąż jest sporo chętnych do pracy, przedsiębiorcy coraz częściej skarżą się, że nie mogą znaleźć pracowników. Według Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, 11,5 proc. małych i średnich przedsiębiorstw badanych w lipcu i sierpniu br. nie było w stanie znaleźć poszukiwanych przez siebie fachowców. Większość firm stara się zatrzymać pracowników, podnosząc zarobki: niemal połowa podmiotów była zmuszona zaoferować swoim fachowcom większe podwyżki niż przewidywano w planach finansowych. Część firm podnosi płace nawet bez wzrostu wydajności pracy.

Spadek bezrobocia i wzrost płac to zjawiska, które nie mogą nie cieszyć, zwłaszcza po tylu latach recesji. Jednak brak rąk do pracy powoduje określone zagrożenia dla gospodarki, może w pewnym momencie doprowadzić do zahamowania wzrostu gospodarczego, a przede wszystkim już zmusza do poszukiwania pracowników, a nawet firm, którym zleca się pewne zadania jako podwykonawcom, za granicą. Może więc dojść do paradoksu polegającego na tym, że Polacy będą pracować na Zachodzie, a lukę w rynku zapełnią Ukraińcy, a nawet Chińczycy.

Korzenie kłopotów polskich przedsiębiorców sięgają czasów recesji, która zbiegła się z nachalną propagandą leseferyzmu i konsumpcjonizmu. W okresie transformacji wmówiono Polakom, że najsprawiedliwiej jest tak, jak wskaże „rynek”, a „rynek” zachęcał do wymuszania pracy za najniższe stawki, nawet na czarno, skoro alternatywą był bruk (trzeba pamiętać, że bywały powiaty, gdzie bezrobocie sięgało blisko 40 proc.). Przepisy kodeksu pracy stawały się fikcją, gdyż próba ich egzekwowania, nawet zakończona powodzeniem, groziła również utratą pracy. W takiej sytuacji wystarczyło, że istotna część przedsiębiorców „przykręcała śrubę”, by reszta musiała robić to samo – lub wypaść z rynku, nie mogąc wytrzymać nieuczciwej konkurencji. Kilka lat takiego gospodarowania spowodowało, że coraz powszechniejsza stawała się iluzja trwałości statusu pracownika jako „zasobu ludzkiego” – również sami pracownicy byli przekonani, że „tak musi być”. Doszło do tego, że nawet media liberalne zaczęły ostrzegać, iż recesja nie trwa wiecznie i w momencie zmiany koniunktury na wygranej pozycji będą przedsiębiorstwa traktujące pracowników w sposób cywilizowany.

Przedsiębiorcy okazali się nieprzygotowani ani na zmianę koniunktury, ani na odpływ tak wielkiej liczby pracowników za granicę. Być może nawet relatywnie niewielkie, ale wyprzedzające, albo przynajmniej wystarczająco szybkie zmiany warunków pracy dokonane nie w jednej czy stu firmach, ale w skali masowej, ograniczyłyby emigrację. Jeśli chodzi o wzrost gospodarczy, to poprzednie lata nie zachęcały do podnoszenia płac: nie było po temu żadnej motywacji, skoro pracownik był i tak zadowolony, że zarabia cokolwiek. Wydajność pracy mimo wszystko rosła. Jeśli dziś słychać narzekania na presję, na wzrost płac szybszy od wzrostu wydajności, to jest to odziedziczona po poprzednim okresie luka, która musi się wypełnić.

Choć nowa sytuacja oznacza szereg wyzwań dla polskich przedsiębiorstw, nie można sobie życzyć powrotu do głębokiej recesji sprzed 2005 roku. Warto wprowadzać rozwiązania zachęcające do imigracji do Polski przede wszystkim Polaków, którzy zostali za wschodnią granicą, a także do powrotu tych, którzy wyjechali w ostatnich latach. Takie powroty w miarę wyrównywania się poziomu życia w poszczególnych krajach zdarzały się w historii europejskich gospodarek nie raz. Natomiast przykład Polski wskazuje, że błędem jest przekonanie o konieczności pozbawienia pracowników faktycznej ochrony, jako sposobu na dalszy rozwój. Obecnie słyszy się czasem o „modelu irlandzkim” jako propozycji dla Polski – propozycji zredukowanej do niskich podatków. Jeśli ma to oznaczać jednoczesny powrót do polityki niedoboru miejsc pracy, to jest to bardzo dalekie od ochrony, jaką mają zapewnioną irlandzcy pracownicy. Skoro o Irlandii mowa – tajemnica jej sukcesu, mierzonego wzrostem PKB/capita z 60 proc. do 140 proc. średniej unijnej leży w braku dogmatyzmu, w przyjmowaniu rozwiązań uznanych za najodpowiedniejsze w danym momencie i w danej sytuacji, a nie w pogarszaniu pozycji pracownika.

Krzysztof Jasiński

Rynek pracy, bezrobocie

Co się udało:

– znaczący spadek bezrobocia do 11,7 proc., a wg Eurostatu – poniżej 9 proc.

– wzrost PKB z 3 do ok. 7 proc. rocznie

– przybyło 800 tys. miejsc pracy

– wzrost płac

Co się nie udało:

– odpływ wykwali fikowanych pracowników do pracy za granicę

– brak pracowników na polskim rynku pracy, co wymusza konieczność sprowadzania robotników ze wschodniej Europy i Azji

Skutki zmiany układu politycznego na lewicowo-liberalny:

– niebezpieczeństwo powrotu zjawisk korupcyjnych, co może zahamować wzrost PKB i prowadzić do patologii na rynku pracy

drukuj