Rybak to nie tylko zawód

Polscy rybacy nie chcą otrzymywać dotacji z Unii Europejskiej.
Domagają się jedynie od urzędników unijnych zniesienia absurdalnych
przepisów zabraniających im uczciwie pracować

Za złomowanie kutra rybacy mogą dostać od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych. Pomimo że kwoty te mogą zabezpieczyć ich materialnie na całe życie, zdecydowana większość woli jednak pracować na swoich kutrach, łowiąc ryby w Bałtyku zgodnie z wielowiekową tradycją ich przodków. Czy polityka UE doprowadzi do tego, że z Bałtyku zniknie polska flota rybacka?

W połowie września br. wszedł w życie obowiązujący do końca grudnia br. całkowity zakaz połowu dorszy na wschodnim Bałtyku dla polskich rybaków wprowadzony przez Komisję Europejską z powodu przekroczenia przyznanych Polsce limitów połowowych. W rzeczywistości jednak polscy rybacy nie łowili dorszy już od połowy czerwca br. z uwagi na przypadający w tym czasie okres ochronny dla tych ryb. Zakaz połowu dorszy może doprowadzić do bankructwa polskiego rybołówstwa na Bałtyku – zgodnie uważają rybacy. Niezrozumiałe jest także to, że dotyczy on wyłącznie polskich kutrów łowiących we wschodniej części Morza Bałtyckiego.

Limity – ochrona Bałtyku czy podstęp?

Niezrozumiała jest determinacja z jaką komisarz unijny ds. rybołówstwa i gospodarki morskiej Joe Borg walczy o ochronę dóbr Bałtyku, zakazując połowu polskim rybakom, podczas gdy jednostki paszowe pływające pod niemieckimi, duńskimi i szwedzkimi banderami bez ograniczeń łowią tysiące ton ryb przerabianych następnie na mączkę rybną. Statki te, popularnie zwane przez rybaków „odkurzaczami”, prowadzą połowy tuż przy naszych wodach terytorialnych. – Używają one sieci o rozpiętości do 120 m i długości w głąb 60 m, które potrafią złowić 800-1000 ton ryb. Wśród nich są także objęte ochroną dorsze i łososie. Od Polaków pracujących na tych statkach wiemy, że wracają one do portów, mając w ładowniach do 10 ton łososia i 60-80 ton dorsza – mówi Grzegorz Szomborg, rybak z Półwyspu Helskiego. Dla porównania warto przypomnieć, że limity na połów dorszy dla polskich kutrów wynoszą od 16 do 52 ton na cały rok.

Ponadto wysoko wyspecjalizowane statki łowią szprotki i śledzie, które są pokarmem dla dorszy. Wbrew twierdzeniom unijnych urzędników polscy rybacy uważają, że populacja bałtyckich dorszy nie jest tak mała, a śledzi i szprotek nie jest tak dużo, jak twierdzi komisarz Joe Borg. Oceniają to na podstawie swoich połowów. Zagrożenie dla bogactw Bałtyku widzą natomiast w działalności statków paszowych, które ze względu na swoją wielkość mogą łowić niezależnie od pogody praktycznie przez cały rok. Rybacy zaś, szczególnie ci z małych łodzi, przez wiele dni w roku muszą stać w portach.

Ponad 80 proc. polskiej floty rybackiej stanowią niewielkie łodzie, dla których połów dorszy stanowi realne źródło dochodu. Zakaz połowu na Bałtyku oznacza dla nich bankructwo. Pracę może stracić w ten sposób nawet kilka tysięcy osób.

Bój o komisję

Rybacy z Jastarni, Helu, Kuźnicy, Władysławowa, Ustki, Darłowa, Jarosławia i Kołobrzegu walczą o swoje prawa. W ubiegły wtorek udali się do Brukseli, gdzie protestowali przed siedzibą Komisji Europejskiej przeciwko polityce UE i zarządzeniom komisarza Borga.

– Domagamy się powołania międzynarodowej komisji, która zbadałaby, jaka jest rzeczywista populacja dorsza w Bałtyku i jakie są prawdziwe połowy w poszczególnych krajach nadbałtyckich – wyjaśnia Grzegorz Szomborg. Oprócz tego rybacy domagają się cofnięcia zakazu używania tzw. pławic, czyli sieci do połowu łososi. Zakaz, który ma obowiązywać od początku przyszłego roku, wprowadzono pod pretekstem ochrony morświnów. Jednak rybacy uważają, że te ssaki morskie widzieli jedynie na zdjęciach i rysunkach. Powołując się na badania naukowe, uważają, że nie występują one w tej części Bałtyku. Podkreślają, że nie chcą od UE dotacji. Chcą jedynie, by urzędnicy unijni nie zabraniali im uczciwie pracować. Rybacy mogą wychodzić w morze i łowić flądry, śledzie, szproty. Jednak podczas tych połowów w sieci wchodzą także dorsze. – Gdy je wyjmujemy z sieci, są już nieżywe. Musimy je wyrzucać do morza, gdyż za przywiezienie dorsza do portu grożą surowe kary w wysokości od 5 do 50 tys. zł – mówi Wojciech Kohnke, rybak z Jastarni. – Tam, gdzie zaczyna się Unia Europejska, kończy się zdrowy rozsądek – dodaje Grzegorz Szomborg, komentując absurdalne przepisy unijne, które zmuszają rybaków do wyrzucania padniętych ryb.

– Przecież nie zawiesimy na sieciach kartki z napisem: dorszom wstęp wzbroniony. Nie jest możliwe łowienie jednego rodzaju ryb. Czy wyrzucanie dorsza, który zaplątuje się w sieci, ma coś wspólnego ze zdrowym rozsądkiem i logiką? – pyta Paweł Budda, rybak z Jastarni z wieloletnim doświadczeniem pracy na morzu.

Według dotychczasowych przepisów prawa, łowiąc flądry, śledzie czy szprotki, można było mieć 20 proc. dorszy w stosunku do pozostałych ryb. Teraz w ogóle nie można mieć dorszy. Martwe można wyrzucić do morza. Do portu przywieźć nie można.

Dobry stary kuter

Utrzymanie kutra rybackiego wiąże się z ogromnymi kosztami. Podczas godziny pracy silnik zużywa około 40 l paliwa, do tego dochodzą podatki, liczne opłaty i wynagrodzenie dla załogi. Ponadto często trzeba remontować i modernizować wysłużone jednostki rybackie, które niejednokrotnie liczą więcej niż 40 lat. Kutry są modernizowane przez montowanie nowoczesnych systemów nawigacji. Podnosi to zdecydowanie poziom bezpieczeństwa, ale jest kosztowne.

– Obecnie nie buduje się nowych kutrów dla polskich rybaków. Nie stać nas na kupno nowych jednostek, tym bardziej że nie wiemy, jakie nas czekają perspektywy w najbliższych latach – tłumaczy Grzegorz Szomborg.

Cena za kilogram wypatroszonego dorsza wynosi obecnie około 3,5-5 zł, zależnie od pory roku, a za kilogram flądry – 1,8 złotego. Za śledzie rybacy mogą dostać 1-1,20 zł, a za szprotki jedynie 40-60 groszy. Konsument w sklepie musi zapłacić za te same ryby kilka razy więcej. Rybacy zgodnie twierdzą, że bez połowu dorszy ich działalność staje się nieopłacalna.

Rybacy nie mają wątpliwości co do intencji UE względem polskiego rybołówstwa. – Unii nie chodzi o likwidację przestarzałych kutrów, gdyż wysokość odszkodowania za złomowany kuter zależy od wieku jednostki. Suma jest tym wyższa, im młodszy jest kuter. Stare jednostki i tak z wiekiem zostaną wyeliminowane w naturalny sposób – mówi Wojciech Kohnke. Jednak niewielu rybaków pozbywa się swoich kutrów. – Pieniądze nie są najważniejsze. Judasz wybrał srebrniki i jak skończył, wszyscy wiedzą. Moi przodkowie z dziada pradziada zajmowali się rybołówstwem. To nie tylko zawód, ale i przywiązanie do tradycji przodków. Chciałbym, żeby tę tradycję kontynuował mój syn – tłumaczy Wojciech Kohnke.

Patrząc na tę determinację, możemy mieć nadzieję, że mimo unijnych absurdalnych rozporządzeń polska flota rybacka nie zniknie z Bałtyku.

Andrzej Kulesza

drukuj